Prace terenowe w Beskidach – czyli jak być w Peru, Kanadzie i Japonii, nie opuszczając kraju

Beskidy – czyli góry, które od dawna stanowiły ważną część kultury Polskiej, Słowiańskiej i ogólnie wschodnioeuropejskiej. Wraz z Bieszczadami i Podhalem wchodzi w skład kręgu kultury Wołoskiej (brzmi podobnie jak rosyjskie Vołokhov, ale i też może jest związane z Wołynianami/Wenetami). Tak na prawdę jest to krąg kulturowy powiązany z rodzimym Podhalem (Pod Halle), który to obejmuje jednak kulturę również Podkarpacia i Żywiecczyzny. Jest on nieco transnarodowy, bowiem wpływa też na dalszą stronę gór – w Czechach i Słowacji.

Zdajemy sobie sprawę, że Kultura Wołoska to nie tylko Podhale, ale też znacznie większa część Polski. Według dostępnych mi danych zaczyna się od Podkarpacia aż do Żywca, czasami zaczynając się już od terenów Lwowa. Trzeba jednak podać na porozumienie się ona znacznie dalej – aż do Sudetów okolic Czech, genetycznie słowiańskiej wschodniej Austrii, a także wychodząc częściowo na wschodnią Bawarię (komuniści tuszowali Wołoską tradycję Czechosłowacji i Dolnego Śląska, gdyż Dolny Śląsk uchodził za – „ten zły, nazistoski”).

Rejon Bawarii jest nieprosty geometryczny jeśli chodzi o geografię – niewielka jej część to specyficzny „spadek schodek” (mówiąc o granicach Bawarii), który idzie na wschód. Tam właśnie mieszkają potomkowie tak zwanych Słowian Bawarskich -wpłynęli one nieco na kulturę Bawarii Wschodniej – zachowali sporo zwyczajów między inni zdejmowanie butów po wchodzeniu do domu (nie ma w go Niemczech z wyjątkiem Połabia). Właśnie dlatego Hitler porównywał Bawarię do Podhala -ponieważ duży szlak Kultury Wołoskiej zostawił na Bawarii swoje ślady. 

Gdy Słowianie rozdzielali się na przełomie paleolitu i neolitu wówczas z Rosjan wyodrębnili się Białorusini z nich – Polacy. Ukraińcy również wyodrębnili się od Rosjan, tyle że bardziej na wschodnim-południu. Następnie Słowianie szli na północny zachód. Zarówno wschodni jak i zachodni szlak imigracyjny na południe, w pewnym momencie się zaczął z powrotem krzyżować gdzieś na terenie Daków, Traków (7 Słowiańskich Rodów czyli Bułgaria) czy Serbii.

Jednak kultura Wołoska to góry, zwróćmy jednak uwagę na to że daje bardzo dużo danych na temat tego jak stabilizował o się osadnictwo w naszym rejonie Europy bowiem góry były często trudne do przekroczenia – część ludności się tam zbierała dlatego też południe polski jest gęściej zaludnione, a ci którzy dali radę przekroczyć granicę gór oddzielali się do tego stopnia, że stworzyli nowe narody tak jak Czesi czy Słowacy. Dlaczego ludzie w Polsce bali się i nadal się boją budować w górach domy? Tutaj sytuacją może być odpowiedź w postaci mitu o biesach i czadach – bowiem Beskidy tak jak Bieszczady uważane były za siedziby biesów/czartów. taki sam mit od podobny mit o demonicznym wpływie gór można znaleźć między innymi w Japonii – do dziś widać ślady takich wierzeń zarówno w Japonii jak i Polsce.

Wyprawę zaczynamy od Koniakowa, czyli jednego z centrów folkloru Beskidzkiego, od przeganiania owiec. I w sklepie z dziełami ludowymi już na początku każdy miłośnik archeologii polskiej ma potężne Deja Vu – to co tutaj widać, to wypisz wymaluj fibule Kultury Przeworskie (środkowa i południowa Polska, okres do V wieku n.e). Zgadza się motyw zawieszki, motyw falki na zawieszce, a nawet specyficzne „palce”. Do tego znaczek „gwiazdy” jest zupełnie identyczny, jak te z wykopalisk Kultury Przeworskiej. To cu tutaj widzimy jest niezbitym dowodem na przekazywanie z pokolenia na pokolenie od czasów późnej starożytności do dziś specyficznego wzoru fibuli, który choć uległ ewolucji i różnym rozgałęzieniom to jednak jest dalej widoczny, a jego najbardziej istotnym śladem jest słynna rozeta zakopiańska. Krótko mówiąc mówimy o rękodziele z tradycją sięgającej co najmniej 2000 lat.

Tu z kolei widać inne odmiany – tym razem pojawia się skromniejszy motyw, ale zachowano ogólny wzór, pojawiają się wzorki jakby Kaukaskie, a i też elementy synkretyczne.

Tutaj z koleii znany motyw gwizdków zrobionych na kształt kur, gęsi i ptaków. Gwizdki takie wylepiano u nas jeszcze przed naszą erą (wraz z szklankami w kształcie Indyków) i można je podziwiać w muzeum na warszawskim arsenale. Tradycja conajmniej 4 000 letnia.

Tu z kolei – kolejny już symbol słońca, czyli słynna koronka. Występuje w wielu odmianach, a jednym z jej fenomenów jest to, że ma nieskończoną liczbę osi symetrii.

Zwiedzanie kontynujemy patrząc na specyficzne ptaszki z charakterystycznym kształtem dzioba, oraz charakterystyczne figurki uwielbianego w naszym rejonie Europy – kota.

Tutaj z kolei mamy jedną z odmian symbolu zwanego potocznie „Perunicą”. Ta wariacja znana jest chociażby z wykopalisk, które pochodzą z czasów wczesnego średniowiecza, a dziwnie podobny znak jest znakiem jednego z japońskich rodów (różni się w zasadzie tylko liczbą linii). Ten symbol wykorzystał George Lucas (masowo inspirujący się Kurosawą), tworząc logo dla Separatystów z Trylogii Proqueili. A to tylko jeden z wielu przypadków analogii między Słowianami, a Japonią.

 W muzeum, w którym mamy między innymi gigantyczne góralskie instrumenty dęte. Trudno powiedzieć czy to kobza czy coś innego po prostu jest to szokiem dla warszawiaka… Do tego pokazy malunków góralskich i kolejnych koronek.

Tutaj można już ocenić jak bardzo dużo instrumentów stworzyli dawni Słowianie. Gwizdki, rogi (co widać na posągu Światowida i babach pruskich) a także to co widzimy tutaj, czyli wielkiej coś – trudno właściwie to opisać. Prócz tego flet wydający ultradźwięki i będący czymś na kształt harmonijki, który odnaleziono ZX wykopaliska Kultury Pucharów Lejkowatych. Możemy zrekonstruować muzykę słowiańską na podstawie tego typu instrumentów. W końcu Celtowie znają już swoją starożytną muzykę, to może czas na nas?

Posąg ala totem, czyli wzór człowieka z drewna, który w młodości powodował u mnie strach (nie wiem czemu, może przez tą „drewniany/łupany” wzór?). Z drugiej strony postać, która siedzi i się podpiera, a może ma puste wnętrze? Do tego kij czyli nieodłączne insygnium Baby Jagi, ale o czarach będzie potem.

Trochę sztuki ludowej, czyli coś zupełnie innego niż malarstwo zachodnie.

Brzask na tle kłosów, oraz sad – motywy przypominające tła z najlepszych odcinków Wiklinowej Zatoki i Kota Filemona.

Zjeżdżamy nieco na połnocny-wschód koło Wisły by odwiedzić fantastyczne miejsce, czyli Kolibę pod Czarcim Kopytem.

A teraz etymologiczny łamijęzyk wyrazów pokrewnych: Piekielny czart w piecu pieczary, czarami czarne pieczarki w czarze piecze.

Na samym początku zwracamy uwagę na kolejny słowiańsko-ałtajski symbol – czyli gwiazdkę, która do dziś gości na fladze Udmurcji.

Głowa czarta – oczywiście zrobiona w sposób „ciosany” – to dodaje jej nie tylko lokalnego stylu, ale i też czegoś strasznego.

Tutaj z kolei wielka noga nie wiadomo czego. U Słowian granica między materią ożywiona, a nieożywioną jest bardzo mylna!

Piec z czasów, gdy okolice były niemieckojęzyczne. Widzimy tutaj krzyż żelazny, czyli symbol słońca, który istnieje w Europie Wschodniej co najmniej od czasów Kultury Łużyckiej, a jest na pewno znacznie starszy, bo podobne symbole znajduje się chociażby u ludów ałtajskich.

Zawsze, gdy widzę taki klimaty przypomina mi się pewne bajki, związane z pieczarami, które widziałem jak byłem mały. Żwirek i Muchomorek, Bazyliszek, Smok Wawelski? Gdzie to było? Tak czy inaczej motyw diabła to co innego niż chrześcijański „upadły anioł”, a czarty przedstawia się w sposób specyficzny, co widać chociażby, o tym jak się przedstawia diabły w książeczkach dla dzieci. Gdy tutaj jesteśmy mamy właśnie taki piecowy/kielny klimat, rodem klimatu dobranocek z początku naszego millenium, tylko że tym razem natrafiliśmy na twarz rodem z Dooma.

Skoro dla słowian ogień był tak ważny, że aż istniał jego patron Swarożec – to może dlatego, podchodzimy do demonów tak „baśniowo” i diabeł stał się u nas czas pozytywną (czasami) postacią?

Marcin Luter w grobie się przewraca? Trzeba by było zacytować słynny tytuł rozdziału „Szatan z piątej klasy” – „Diabeł wyskakuje z kominka” i nasze diabelskie loga do marek węgla drzewnego by zrozumieć klimat, którego nie zrozumią mieszkańcy Zachodniej Europy.

Trafiamy do Żywca i widzimy żywą rzeźbę, zrobioną na kształt ptaków, które były robione z drewna, w pamiątkowi.

Tutaj z kolei mamy tablicę pamiątkową – ród Hasburgów (wywodzący się ze słowiańskich Noryncjan, choć potem niemieckojęzycznych) rządzi w Austrii do dziś.

Do muzeum zapraszają nas różnorodne wystawy – między innymi informacje o stróju żywieckim, wraz z jakby żupanem, który przypomina męskie kimono.

Leliwa, czyli odmiana tamgi i jednocześnie polski wariant herbu Kaganatu Mongolii. Leliwa to Polska, nazwa ale ten symbol jest popularny w wielu miejscach Europy Wschodniej i stepów Azji. To po prostu słońce wschodzące nad doliną, co było widać chociażby w przypadku flagi Nepalu.

Herb Żywca – orzeł jak widać analogiczny do tamgi Ukrainy i to nie jest przypadek, bo nasz orzeł to właśnie tamga, choć początkowo model ewoluował być może z kura.

Chramy animistyczne i kościoły (polsko jasełkowe) jednocześnie czyli przykład na to jak na chramach słowiańskich wzorowano kościoły (czytaj „centra synkretyzmu religijnego).

Żupan.

Najświętsza Maryja Panna stylizowana na bardziej polskie motywy.

Kolejny już kontusz.

Chińsko japoński budynek – paradoksalnie najbardziej pasujący do klimatu Beskidów budynek w okolicy.

Kolejny przypadek architektury sakralnej w obszarze „Wołochowa”.

Specyficzne kapliczki, które stawiano na rozstajach dróg by odpędzały czarta – do środka wstawiało się różne rzeczy (potem figurki NMP). Bardzo podobne robi się w Japonii (motyw taki pojawił się chociażby ze słynnym Serebii z Pokemonów), gdzie wkłada się figurki kamienne buddyjskiego mnicha. Mam lekkie wrażenie, że styl ich rzeźbienia przypomina Baby Pruskie, ale to już dalsze dochodzenie.

Perun i Dziadek Mróz? A może Święty Mateusz i Święty Mikołąj? Tak na prawdę to właściwie jedne i te same postacie. Czemu? Bowiem „kult świętych” wywodzący się z Polski, to właśnie pozmienianie imion duchom słowiańskim. Patrząc na styl figur, widać że wystarczyło Białobóg skrócić na „Bóg” i mamy już „chrystianizację”.

Latarnia – coś dziwnie kojarząca się ze Shinto, co jest coraz bardziej widoczne, gdy idziemy w stronę dalszej częśći muzeum.

Tutaj z kolei można zauważyć, że wzór na kratach jest niemal kopią wzorów Kazachstańskich, czyli jednych z najbardziej znanych wzorów ałtajskiego kręgu kulturowego, którego wywodzi się też kultura słowiańska (pokrewieństwo z Kirgizami czy mieszkańcami gór Ałtaj jest potwierdzone, podobieństwa kultur widzimy własnymi oczyma) – widać coraz większy synkretyzm wschód-zachód.

Kapliczka-totem

Motywy z Jasełek, zawierające zarówno przedchrześcijańskie motywy, jak i motywy późniejsze.

Kolejne rzeźby, które stylem przypominają japońskiego „Boga bez twarzy”.

Motyw w stylu masek Oni

Stare zdjęcia górali Beskidzkich, którzy przypominają Indian z Peru. Paradoksalnie Indianie mają więcej cech z Polakami, niż Niemcy czy Francuzi.

Przekrój haty w wiadomym nam stylu.

Wracamy do miejscowości, z której zaczynaliśmy i odwiedzamy muzeum koronek.

Właśnie to różnorakich eksponatów z zwrócimy uwagę na tak zwane łapacze snów czyli stare talizmany, które miały odpędzać demona zwanego Marą od człowieka kiedy spał. Z identycznego motywu korzystali/ją Indianie z Kanady czyli tak zwani Inuici oraz Indianie w północnej części USA. Za to wzór przypinana są niektóre wzory wykorzystywane na Nepalu. Ułożone są w koronkę która coraz bardziej przypomina mi chryzantemy z herbu Japonii poza tym, jestem pewien że widziałem w Japonii w jednym miejscu praktycznie identyczne wzory które były częścią japońskiej sztuki ludowej.

Słynne białoruskii motyw, choć może się też kojarzyć Chorwacją albo Ukrainą czy Bułgarią w Polsce też dosyć obecny. Zauważmy że są tu specyficzne białoruskie trzy kwiaty. Widzimy tutaj również uralskie zygzaki przypominające te na wzorów ludności Jamalskiej. Obecne są również na specyficzne znaczki przypominające ten na fladze Udmurcji, a także charakterystyczne dla Obwodu Jamalskiego znaczki strzałek, które stały się jednymi inspiracją dla stworzenia loga Galerii Północnej w Warszawie.

A tutaj coś jakby lekko kołowrót/swarożyca.

Orzeł w wersji koronkowej – widać bardzo dobrze, że kształt wywodzi się z tamgi.

Podróż kończymy w trójwsi, gdzie stykają się trzy granice państw. Koło słupa wzorowany na totemie widzimy coś niezwykłego – grupa osób podchodzi i zaczyna pochód w kółko i machać flagami tańcząc, a następnie mówiąc po słowacku „dziękujemy ci za zbawienie narodów”. Nie ma wątpliwości że jest to synkretyzm szamanizmu słowiańskiego z chrześcijaństwem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s