13 powodów, dlaczego j. polski był bardziej spokrewniony z japońskim, niż z niemieckim czy francuskim.

Język polski, którego używamy na co dzień posiada ogromną liczbę domieszek romańsko-germańskich. Nie tylko w postaci słów, których używany, ale także głosek czy zasad gramatycznych. Istnienie takich głosek czy zasad gramatycznych, budzi błędne przekonania o przeszłości naszego języka. Bowiem zapożyczyć można praktycznie wszystko. Skoro zdarzały się przypadki, że dany naród stopniowo tracił dany język zamieniając go na np. język sąsiada to jak najbardziej mogły by być etapy pośrednie. My jesteśmy obecnie w momencie, w którym mimo tego że oczyściliśmy go częściowo – nadal widać pewne zmiany. Są one większe niż w np. Ukraińskim, co nie znaczy że w tamtym języku też nie ma poważnych zmian. Poniżej przedstawię kilka wyjątkowo kontrowersyjnych faktów o języku polskim.

  1. Nie było odmiany przez rodzaj
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-7.png

Swojego czasu sporo się mówiło o aferach związanych z tym, że nazwy niektórych zawodów nie są odmieniane przez rodzaj żeński, co spowodowało że feministki domagały się zmiany, uważając że zostało to wymyślone umyślnie, aby stworzyć stereotyp, że kobieta nie może pracować w niektórych zawodach. Najciekawsze jest jednak to że – kiedyś w języku polskim (i co za tym idzie – najpewniej we wszystkich językach słowiańskich) – nie było odmiany przez rodzaj! Przyrostek żeński „-a” wywodzi się z łacińskiego przyrostka oznaczającego to samo. I tak np. „Amicus” to przyjaciel, a przyjaciółka – „Amica”. Albo słowo „Animus” i „Anima”, czy też idąc dalej „Julius” i „Julia”. Setki lat nauczania w kościele po łacinie i nauki uniwersyteckiej po łacinie nie pozostały bez (nomen omen) konsekwencji. Szczególnie miało to znaczenie w przypadku imion żeńskich i męskich. Co ciekawe – Rosyjskie Sasha może być imieniem i męskim i żeńskim! Tak jak np. japońskie imię Hikari, ale nie np. imiona łacińskie czy angielskie. Odmiana przez rodzaj w przypadku imion była wiadoma, ale jak ustalić to jakim rodzajem określić słowa takie jak np. woda czy trawa? Bardzo proste – zrobić to co jest typowe dla ludu szamanistycznego – oprzeć się na powszechnie przyjętej personifikacji. Większość z licznych bóstw wodnych w Polsce była bóstwami żeńskimi – woda kojarzyła się z damskimi włosami (tak wiec w mitach często występowały kobiety – bo odnosiły się one do przyrody). Takich utożsamień nie było np. w Grecji bo Greczki miały inny kształt włosów. Tak więc niemieckie „wasser” gdy zostało spolszczone na „woda” zyskało łacińską odmianę żeńską. Trawa stała się formą żeńską bo jak tu nie porównać włosów kobiety do trawy?

2. Nie było odmiany przez liczbę

Język polski nie posiadał pierwotnie również odmiany przez liczbę! Takie wnioski nasuwają się między innymi na skutek języka starocerkiewnego. Zachowały się w nim między innymi takie słowa, w których występują jery czyli, krótkie samogłoski które mogą mieć dwie formy – tylną i przednią. Jedna z nich zmienia koniec zdania po miękkiej spółgłosce na coś co przypomina węgierskie „y” na końcu zdania. Potem ta sama głoska zaczęła być używana w językach słowiańskich jako końcówka mogąca być użyta dla zaznaczenia liczby mnogiej. Skąd się to wzięło? Na pewno nie z łacińskiego „es”, oraz angielskiego „s”. Najbardziej prawdopodobne jest to że pochodzi od niemieckiego „e” (germanizacja językowa była tak samo obecna jak latynizacja) używanego do określenia liczny mnogiej i np. drzewo to „Baum”, a drzewa to „Baume”. Najpewniej to właśnie niemieckie „e” zostało zamienione na bardzo podobnie brzmiące „y” w tworzeniu odmiany przez liczbę. Potem doszła jeszcze synteza z też zapożyczoną odmianą przez rodzaj i powstały kolejne, nowe przyrostki. Najpewniej próbowano użyć takich sufiksów do przekazania większej ilości informacji.

4. Głoski sz, cz, rz wzięliśmy z Niemieckiego



W języku polskim nie było kiedyś głosek takich jak sz, cz i rz. Zarówno cz jak i sz to zapożyczenia z niemieckiego. Dawniej każde, rdzennie polskie słowo zamiast „sz” posiadało coś stylu „si”, a zamiast „cz” coś w rodzaju „ci”. Słowa będące zapożyczeniami często zawierały takie głoski jak „cz” czy „sz” więc ich używano, a w końcu zaczęły się mieszać ze słowami z języka polskiego. Jeśli jakieś słowo kończy się na spółgłoskę, po której jest „c” „Szmelc” to mamy niemal pewność że jest germanizmem. Czasami próbowano w Polsce dodawać „e” przed „c” (np. „walec”), ale było z tym różnie.

5. Głoski ż i dż wzięliśmy z Francuskiego

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-8.png

Również ż i dż mają obce pochodzenie – najczęściej z francuskiego. Jest to szczególne bowiem, wiele słów z ż. rz ma ma negatywny wydźwięk: żul, żółty, żygać, żaba, żyd, murzyn, albo takie słowa jak dżuma czy dżdżownica. Czemu? Słowa te mają negatywny wydźwięk bo są kojarzone z rzeczami negatywnymi. A czemu są kojarzone z rzeczami negatywnymi? Bo mają negatywny wydźwięk – błędne koło. Przyjęło się że rzecz negatywna ma „ż” w nazwie bo brzmi nienaturalnie dla Polaków. Nie zawsze jest to pojęcie negatywne, ale tak się kojarzy. Szczególnie znaczenie w przypadku słów z francuskiego mają słowa na końcówkę „aż”, jak np. witraż, tatuaż, makijaż, legendaż. Potem mieszało się to i zaczęło się pojawiać w słowach rdzennie polskich. Zamiast ż i dż było tam kiedyś ź i dź.

Bardzo często zdrobnienia w j. polskim polegają na dodawaniu miękkich głosek. Np. dzidziuś, mamusia, jedzonko. Potem Polacy śmieją się z Czechów, Rosjan i Ukraińców (albo z Japończyków) że ich język brzmi jak zdrobnienia. To jednak pierwotna forma tych języków. Zdrobnienia w j. polskim nie są (tak jak np. zdrobnienia w języki Niemieckim) de facto zdrobnieniami. Są próbą przywrócenia j. polskiemu rodzimej formy. Takiej, która nie kojarzy się obco tak jak np. język Niemiecki, który brzmi dla Polaków jak wulgaryzmy. I tak np, słowa „jedzonko”, „spanko” „sianko” posiadają końcówkę „nko”, które jest bardzo popularne w np. języku białoruskim.

6. Było ograniczenia występowania samogłosek, w stosunku do innych samogłosek

Aby dany język mógł zostać zaklasyfikowany do grupy tzw. „indoeuropejskiej’ musi jednocześnie spełnić pięć wymogów. Jednym z nich jest fakt nieposiadania tzw. harmonii wokalicznej, czyli ograniczenia występowania samogłosek w stosunku do innych samogłosek. Na skutek makaronizmów, wtrąceń i zapożyczeń doszło jednak do zalania języka słowami obcymi, więc wystąpiła sytuacja, w której trudno było mówić o takim ograniczeniu. Jednak, gdy oddzielać obce słowa i głoski z czasem widać jak narasta harmonia wokaliczna. Przykład: w języku Polskim „u” nie może występować po „A”. Słowo takie jak „Aura” jest dla nas trudno do wymowy. Aura nie jest jednak słowem polskim – pochodzi z łaciny. Jest więc jednak harmonia wokaliczna. Gwoździem do jej trumny była kwestia wprowadzenia przyrostków. W łacinie przyrostki powstawały poprzez wymowę „o” pomiędzy nimi. Np. PseudOefedryna, KorpoOrealizacja, ProtOmalaOpolinezyjczycy. Można było niemal w kółko dodawać kolejne moduły. W Polsce zaczęto w pewnym momencie stosować ten trik w stosunku do słów, rodzimych albo słów z języków trzech – często jednocześnie. Przykłady: WielOosobowy (czy widzicie te podejrzane „podwójne O”?), niebieskOróżowy (niebieski – rdzenny, różowy – z francuskiego). Aby zapobiec natężanie się kolejnych zdecydowano, że należy w pewnym momencie zacząć dodawać myślniki, ale i tak było już trochę za późno. W ten sposób człowiek musiał robić kilka razy wdech w ciągu jednego słowa.

7. Nie było przedstostków, wzięliśmy je z łaciny

Nie spełnienie jednego z 5 punktów wystarcza by uznać, że język polski nie był językiem indoeuropejskim. Oprócz tego można jednak też pokusić się o dowodzenie spełnienia innego punktu – istnienia przedrostków. Przedrostkiem w łacinie mogło być praktycznie wszystko lecz były też krótkie, specjalne. W Polskim nie było pierwotnie przedrostków. Niemal każdy pochodzi z łaciny. W ten sposób doszło do pewnego rodzaju zapożyczeń, na dodatek z zamienieniem elementów na głoski nie występujące pierwotnie w języku, polskim i wzięte z np. z francuskiego (który z łaciną jest powiązany). W ten sposób nastąpił taki proces:

Pre –> Przed

Post –> Po

Dys –> Bez

Non –> Nie

Para –> Prawie

Przykładów takich jest więcej, z czasem zaczęto też próbować tworzyć własne przedrostki. Ciekawostka – w słynnych słowach z XIV wieku „Daj, ja pobruszę, a ty poczywaj” jest „poczywaj”, a nie „odpoczywaj”. Teraz zauważmy nienaturalny „szef” między „D”, a „P”. Czy „po” jest przedrostkiem? Raczej nie ma słowa „czywaj” więc najpewniej to nie przedrostek lecz forma jakiejś dawnej odmiany rzeczowników.

8 i 9. Było prawo otwartych sylab i było więcej samogłosek

Zdania niemal zawsze kończyły się na samogłoskę. Wyjątków było niewiele, dotyczyły szczególnie samogłoski „k”. W północnoazjatyckich językach z prawem otwartych sylab, jedną z niewielu samogłosek, którą można wymawiać na końcu jest między innymi „s” (popularne w językach słowiańskich i bałtyckiej, oraz w fińskim, a także językach takich jak japoński), oraz „k” (węgierski, japoński, eskimoski). Zauważmy teraz, że bardzo wiele zdrobnień zawiera „k” na końcu: ananasek. bochenek, Kamilek, Maksiuniek. świntuszek. Najpewniej to próba przywrócenie rodzimej, miło brzmiącej formy. Ale np. taki węgierski posiada to zawsze czy japoński, który był izolowany od wpływów.

Teraz porównajmy słowa w polskim do słów w ukraińskim, który zachował wiele elementów starych. Na przykład weźmiemy czasowniki.

Sprzątam – ja pribiraju

Uciekam – ja tikaju

Szukam – Ja siuju

Szepczę – Ja siepociu

Trę – Ja natiraju

Żmudzę – Ja linniły

Potrzebuję – Ja potreba

Wrzucam – Ja kidaju jocho

Przeszukuję – Ja siukaju

Rzebrzę – Ja blachaju

Nie dość, że widać jak przedrostki uciekają to jeszcze słowa zaczynają przypominać coś w stylu japońskiego. Do tego odmiana przez osoby nie istnieje, a osobę określa się przez partykułę (tak jak np, w japońskim, gdzie dopowiednikiem „ja” jest „łatasi”) i widać że nie ma swobodnej alternacji w obrębie rdzenia wyrazowego (co jest trzecim punktem wykluczającym języki słowiańskie z grupy indoeuropejskiej). No i słowa kończą się niemal zawsze na samogłoskę. Do tego trzeba dodać dużą ilość samogłosek. Co ciekawe prawo otwartych sylab, dotyczy przede wszystkim czasowników. W przypadku rzeczowników dopuszczone są takie końcówki jak „s”, „k” czy „n”. Wspominałem kilkukrotnie o j. japońskim. Dodam, że w języku japońskim również istnieje trend, w którym spółgłoski na końcu są zarezerwowane głównie dla rzeczowników, a czasowniki mają ich najmniej (w wersji standardowej). Z kolei w przypadku przymiotników, kończą się one zazwyczaj na „i”. Tak samo jak w j. polskim! U nas jest oprócz tego jeszcze wersja „y” czyli bliźniacza do „i”.

10. Zgłoski były ograniczone i typowo ałtajskie

Zgłoski w języku polskim był ograniczone i dotyczyły tylko wybranych syntez. Były one generalnie typowe dla takich języków jak fiński, japoński czy języki indiańskie. Przykładowymi zgłoskami, które były akceptowalne jeśli dodać do nich samogłoskę „a” było „ska”, „tka”, „bra”, „kta”, „nba”, „cka”, „nka”. Jak widzimy dotyczą one przede wszystkim zestawień głosek bezdźwięcznych i to tylko gdy są maks dwa. Tak samo jest w języku japońskim! Wyjątkiem jest „n” i to w obu przypadkach. I np. japońskie „Konbanła” i góralskie „Gońba” opierają się na swobodzie albo „n” albo „ń” jako głoska dźwięcznej. Sprawa słowa takiego jak „Brama” można wyjaśnić w ten sposób, że w jeżyku japoński, czasami „u” jest praktycznie niesłyszalne. Jest tam wiele słów, które brzmią inaczej według japończyków, niż podają zagraniczni tłumacze (np. takie dziwne słowa jak jakitomorokosz czy kinjoskyj). „Br” może występować np. w słowie „Bradziru” (Brazylia), choć japoński język jest ograniczony sylabariuszem. Oprócz tego „br” występuje w językach indiańskich jak np słowie „Nebraska”.

11. Nie było podwójnych, identycznych samogłosek

Takie przypadki jak „kk” czy „bb” był nieobecne. Bowiem słowo „Wanna” jest zapożyczeniem. i np. hebrajskie „abba” czy arabskie „rakka” czy też język niemiecki, zawierały takie systemy, ale nie języki słowiańskie. Nawet słowo „lekko” jest wzięte od łacińskiego „leptos” więc nie wiadomo przez jaki proces przemiany musiały dostać się do polskiego.

12. Nie było głoski „F”, bądź był okazyjna

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-10.png

Już za czasów głagolicy pojawiały się pierwsze znaki do zapisu „x” oraz „f” w języku starocerkiewnym, tylko że dotyczyło wyłącznie zapożyczeń z greki. O ile w przypadku „x” jest to logiczne, to mało kto wie że „f” nie było kiedyś obecne w językach słowiańskich.

Weźmy przykładowe słowa na „f”: frędzel, figiel, fenyloalanina, ferie, freja, fiołek, fantazja, farfocel, fantom.

Słowa 1, 2 i 8 to germanizmy. 3, 4, 5, 6 i 8 to latynizmy. Piątka pochodzi ze staroskandyanwskiego. F jest obecne w językach germańskich, romańskim, perskich czy arabskim, ale nie u Słowian! A jak to wygląda w przypadku np. Japonii? Cóż, niby jest, ale np. Fukashima, czyta się raczej „Wukasima”. Pomiędzy „W”, a „F”. Po za F jest dopuszczalne tylko przed „u”. Tak jak np. w Czeskim („Kolejka nie funguje bo weter fuka).


13. Mieliśmy inny szyk zdania

Najbardziej popularna cecha języka staropolskiego to specyficzny szyk zdania. Zamiast systemu takiego jak np. w języku angielskim, czy niemieckim – podmiot orzeczenie dopełnienie, był system taki jak w języku japońskim, bądź koreańskim – podmiot dopełnienie orzeczenie. Każdy kto czytał „Janko Muzykanta”, czy „Krzyżaków’ wie że tak właśnie brzmiał język polski. I tak np. zdanie „Ja siedzę na tapczanie”, musiało by brzmieć „Ja na tapczanie siedzę”. A przypadku Ukraińskiego „Ja sydziu na dywani”, zmieniło by się na „Ja na dywani sydziu”. Skąd zmiana? Najpewniej na skutek języka niemieckiego, który spowodował że około 100 lat temu zmiana szyku zdania była już zaawansowana. Szybko wpłynęła na Polskę, a to wpłynęło też na rejon na wschód od niej. Często jednak używa się nadal starego szyk uzdania, jak chce się zaakcentować orzeczenie, albo po prostu piszę się anonimowy komentarz w Internecie będąc zdenerwowanym, wściekłem hejterem, robi się nie tylko błędy ortograficzne, ale i też dotyczące szyku zdania. Taki sam szyk zdania jest w japońskim i np. „Nie, to tak nie jest” (jedno ze zdań, które w polskim mają nadal szyk zdania starty), to „Ie, cigajmas”. W j. japońskim każde zdanie ma ten szyk.

Dlaczego Japonia otworzyła się w XIX wieku?

Przyczyny Izolacji

W Japonii od wieku XVII-ego przez wiele lat trwał stan wyjątkowy. Wynikiem tego był kontakt z mieszkańcami Europy, głównie Francuzami, Hiszpanami, Portugalczykami i Holendrami, którzy po odnalezieniu morskiej drogi do Indii i Chin, dotarli ostatecznie do Japonii. Po okresie przyjaznej współpracy, coraz to większe kontrowersje wzbudziło to kim w rzeczywistości byli przybysze. Szczególne przerażenie wzbudziła wojna hiszpańsko-meksykańska, w ramach której niemal cała Mezoameryka znalazła się pod okupacją Hiszpanów, oraz wygrana wojna z Inkami i okupacja większości ich terytorium, oraz okolic, w szczególności zbrodnie dokonane podczas walk na ludności cywilnej i wandalizm. To właśnie one wytworzyły przez kolejne lata światowy stereotyp Autochton=Dobry, Przybysz=Zły.

Zdobycie Teutochican/Mechiko City przez Corteza przy wsparciu plemion sąsiednich, stało się symbolem rodzenia się największego europejskiego imperialistycznego kraju, od czasów Rzymu.

Hiszpanów uznano w Japonii za szpiegów mających na celu przygotować się na podbój Japonii, tak jak dawniej przybysze do Ameryki opowiadali rodakom o tym co tak znaleźli. Japończycy (którzy według, niektórych teorii mieli odkryć Amerykę jeszcze przed Kolumbem) uważali, że Hiszpania może być gotowa na powtórkę scenariusza w przypadku Japonii (szczególnie że okupacja Meksyku, spowodowała krach na europejskich rynkach złota i Hiszpania szukał nowych rozwiązań na ratowanie ciężkiej sytuacji w swoim kraju). Kontrowersje wzbudziła też rywalizacja między Katolikami, a Protestantami, co w przypadku Japonii mogło doprowadzić do przeniesienia się wojny 30-letniej na część ich kraju i doprowadzić do scen rodem z „Imienia Róży”. Ostatecznym argumentem dla Szogunatu było powstanie chłopskie, którym broń dostarczyli Portugalczycy. Europejczyków uznano za takie samo zagrożenie, jak dawniej Mongołów, wywołało to przerażenie. Europejczyków uznano za zagrożenie najwyższego stopnia i zdecydowano się wprowadzić nadzwyczajne środki, mające zapewnić Japonii suwerenność za wszelką cenę i każdym kosztem.

Zabicie europejskich misjonarzy i pro-europejskich Japończyków. Zdjęcie szokuje przede wszystkim dlatego, że zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo kimono przypomina mnisią szatę. Nie ma wątpliwości, że strój tak jak i żupan, musi się wywodzić od jednego syberyjskiego stroju. Był to jeden z elementów, który sprawił, że Chrześcijaństwo odnosiło początkowo sukcesy w Japonii, jednak tym samym stawało się tym bardziej ryzykowne, jako element wywiadu i potencjalnej pułapki w rękach Europy.

Dokonano brutalnych ataków na Europejczyków, pozostałości ich działania wykorzeniono siłą, nałożono szereg embarg, w tym na Francję, Hiszpanię czy Portugalię oraz ograniczono ogólnie handel morski. Granica została zamknięta i nie pozwolono Japończykom na zapuszczanie się poza granice kraju. Kraj zaczął się coraz bardziej militaryzować, budowano artylerie nabrzeżne, zwiększała się ilość klasy samurajskiej – i tak mocno zmilityrazycowane państwo, stało się jedną wielką fortecą, europejskie statki, które zbliżały się do Japonii, miały być natychmiast likwidowane bądź odstraszane salwą bez ostrzeżenia.  Jedynie Holandia i Chiny mogły nadal prowadzić wymianę handlową z Japonią.

Wyspa z osadami i faktoriami holendrów. W okresie edo była miejsce, gdzie Holendrzy jako wyróżniony naród mogli swobodnie prowadzić handel z Japonią.

Pierwsze zmiany

W wieku XVIII pozwolono na import książek z Europy poprzez kupców z Holandii. Instytut Badania Nauk Zamorskich stał się pierwszym w Japonii uniwersytetem, choć jego czasy świetności zaczęły się dopiero w okresie Meji.

Instytut Badania Nauk Zamorskich, od Meji, Cesarski Uniwersytet w Tokyo, od 1949 Uniwersytet Tokijski.

Znacznie istotniejsze w kwestii otwarcia się Japonii była ekspedycja na Sachalin i Wyspy Kurylskie, pod koniec tamtego stulecia. Ludność ta zamieszkiwana była przez Ainów, najbardziej wyizolowany, pierwotny i egzotyczny odłam narodu Japończyków. Choć ich język sama ludność była genetycznie niemal identyczna z Japończykami z południa, to jednak przez tysiące lat ich język (choć mający podobne zgłoski) stał się niezrozumiały. Przez lata Ainowie i Japończycy południowi i środkowi żyli w relatywnie pokojowych stosunkach, choć Ainowie musieli też dostosować się do nowych nakazów standardów stanowych okresu Edo (strój, język urzędowy). W momencie dotarcia Japończyków na Kuryle i Sachalin zetknięto się z północną częścią tej ludności. Handlowano z nimi (między innymi kupowano skóry) – twierdzono, iż rejon ten jest częścią Japonii, który to przez tysiące lat uległ jednak „separatyzmowi”, co skłoniło do wysiłków w celu faktycznego przyłączenia tego rejonu do Cesarstwa. Wyprawa zakończyła się jednak efektem znacznie rozleglejszym niż przypuszczano. Zetknięto się bowiem z przedstawicielami nie tylko ainowskim państewek, ale późniejsz też samego Carstwa Rosyjskiego.

Niektóre z rdzennych narodów Syberii.

Rosja od wieku XIV stopniowo ogłaszała wstąpienie do Rosji kolejnych części Syberii. Obecność tej ludności, oraz ich potomków zmieniła całkowicie strukturę ludnościową Rosji, przenosząc ciężar realnej władzy w stronę wschodniej części. Dzięki pozytywnym oświadczeniu woli lokalnej ludności, obyło się praktycznie bez walk i proces osiągnął niebywałe rozmiary, tworząc nowy „Wielki Chanat”. Już w XVII wieku ogłosiła wstąpienie de nomine części środkowych i wschodnich, lecz w realu w roku 1800 w granicach de facto było jedynie kilka procent tych rejonów (głównie sukcesujących po Złotej Ordzie). Mimo to było to wystarczające, aby Japończycy zetknęli się z Rosjanami, czy też mówiąc bardziej szczegółowo Rosjanami, oraz różnorodnymi kulturowo potomkami narodów Syberii, w tym momencie mówiących już jednak po Rosyjsku. Moment ten był szokiem dla Japończyków, bowiem nie spodziewali się że jakiekolwiek państwo północne czy północny podmiot dyplomacji spróbuje nawiązać z nimi kontakty.

Część jeżyków na Zachodzie Rosji.

Sytuacja nie skończyła się tak jak w przypadku kontaktów z mieszkańcami Zachodu, bowiem mieszkań Europy Wschodniej, różnili się od mieszkańców Europy Zachodniej, wszystkim – zarówno wyglądem jak i mentalnością czy kulturą ludową. Zdobyli sobie zaufanie Japończyków, którzy rozumieli ich w przeciwieństwo do niż poczynań czy kultury mieszkańców Zachodu. Szczególną role miała ludność Rosji Azjatyckiej. Szczególnie z Jakucji, która niemal nie różniła się od Japończyków fizjologicznie i wydawała się być z nimi kulturowo wręcz bliźniacza. Niektórzy Japończycy wyruszyli w podróż po Carstwie Rosyjskim i państewkach syberyjskich – podczas tej wyprawy dotarli, aż do Moskwy, brali udział w Rosyjskich uroczystościach i zwiedzali Rosję w ramach misji dyplomatycznej i ekspedycyjnej (z Królestwem Polskim i Ukrainą włącznie). Werdykt był prosty – Rosjanie i ich krewni, choć teoretycznie mieszkają w Europie nie są spokrewnieni z „Kolonialnymi Barbarzyńcami”. Nawet język Rosyjski choć oddalony o tysiące kilometrów ukazał się nieporównywalnie szybszy do przyswojenia przez osoby japońskojezyczne niż Holenderski, co przyspieszyło mediacje i kontrakty handlowe.

Początek integracja Rosja-Japonia miała ogromne znaczenie dla późniejszych wydarzeń, gdy to Japończycy inspirowali się głównie kulturą Rosyjską, oraz Pruską (Królestwo Prus przed zjednoczeniem Niemiec, choć zamieszkiwane przez ludność niemieckojęzyczni, była w 95% bratnia z Rosjanami, w tym w aż 80% Prusaków pochodziło od Polaków). Właśnie dlatego mundur Cesarza Meji przypomina strój barbórkowy, a japońskie mundury – ułanów. Utożsamienie Rosysjkiego/Pruskie/Wschodnioeropejskiego „krzyża słonecznego” (pogańskiego symbolu, wchłoniętego przez chrześcijaństwo) z Amaterasu, dało początek nowym Japońskim odznaczeniom. Dlatego właśnie tak wiele z nich posiada elementy podobne do tych z Ukrainy, Polski czy Rosji.

Folklor Rosyjski miał ogromne znaczenie w integracji Japońsko-Rosyjskiej. Zwrócono uwagę nawet na podobieństwo „płaskich” malowideł i mitologie.

Analogie stylu symboli (nawet barw) oraz inne przypadki analogii Rosja-Japonia pozwoliły szybko przełamać pierwsze lody, jednak nadal pozostawała kwestia ustaleń terytorialnych. Japończycy bowiem rościli sobie prawo do części Sachalinu ze względu na zamieszkujących ich Ainów. Rosjanie z kolei rościli sobie też do niego prawo, gdyż usiłowali zjednoczyć wszystkie narody Syberii w ramach jednej, wielkiej Wszechrusi.

Relacje Japońsko-Rosyjskie były mimo tego pierwszymi od lat przyjaznymi kontaktami Japończyków z obcokrajowcami prócz Chin i Holandii. Czy to właśnie Rosjanie przekonali Japończyków taka naprawdę do otwarcia handlu? Trudno powiedzieć, ale na pewno miało to ważny wpływ na późniejsze wydarzenia.

Zmiany na Pacyfiku i mała stabilizacja

Pod koniec wieku XVIII siły Hiszpani i Portugali nieprzerwanie od 300 lat okupywały 80% terytorium Mezoameryki, 25% terytorium Ameryki Południowej. Jednak 10-letnia wojna o ich niepodległość była dla Hiszpanów tym, czym dla Francuzów Waterloo. Powstanie kilkudziesięciu niepodległych państw, zamieszkiwanych przez zlatynizowaną ludność rdzenną bądź wielonarodową ludność rdzenno-napływową obaliły kolonializm. Terytoria „Ameryki ponadśrodkowej” było w 8% zajmowane przez marionetkowe państwa UK i Francji, jednak była to inna forma sytuacji, z resztą powstanie wielonarodowego USA szybko przyniosło stratę UK. Przez ponad 80 następnych lat nikt nie myślał o zamorskich podbojach, na dużą skalę. Jednocześnie rozwój handlu z Chinami i pojawienie się parostatków, sprawiło że coraz to więcej okrętów zaczęło (chociażby nieświadomie) trafiać w okolice Japonii. Pojawiały się statki między innymi Angielskie czy Francuskie (nie było rzecz jasna znienawidzonych przez Japończyków Hiszpanów). Japonia nie podchodziło do sprawy przychylnie, statki które musiały z jakiegoś powodu coś powiedzieć miały jeden wyznaczony port, ale generalnie nadal Japonia traktowała Europejczyków Zachodnich  jako wysokiej rangi zagrożenie.

Terytoria okupywane przez Królestwo Hiszpanii i Królestwo Portugalii na przełomie XIX wieku. Na szaro – niepodległe państwa Indiańskie.

Punktem przełomowym był jednak kontakt Japończyków z Amerykanami od strony Wschodu 1837. Wówczas to do Japonii przypłynął amerykański statek, z Japońskimi rozbitkami chcący uzyskać pomoc, oraz poprosić o możliwość uzyskania miejsca, gdzie Amerykanie mogli by odpoczywać i zjeść coś po ciężkiemu wyprawie wielorybniczej. W obawie, iż jest to flota wroga, statek został ostrzelany przez artylerię nabrzeżną, co zmusiło go do odwrotu. Władze młodego państwa USA zaniepokoiły się sytuacją, co doprowadziło do zimnej wojny między Japonią, a USA. Jednocześnie władze Kraju Kwitnącej Wiśni nakazały przygotowanie się do odparcia ataków morskich i postawiono artylerię w stan najwyżej gotowości. USA w związku z sytuacją wysłały ekspedycję kilku okrętów wojennych, które miały zbadać sytuację. USA w owym okresie było państwem obejmującym de facto jedynie 25% obecnego terytorium, toczące ciężkie walk i Indianami co sprawiło, że kraj ten nie był pewien jak długo utrzyma się na mapie. Oceanię, traktowano jako kolejny ‘”dziki zachód” wymagający wyjątkowej ostrożności i środków prewencji. Japończycy widzą statki zrobili publiczne pokazy sumo w celu odstraszenia „barbarzyńców” jednak dla Amerykanów, pokazy te wyłącznie zdziwiły. W roku 1846 do Japonii przybył komodor Biddle, nie mogąc stawić czoła obronie przeciwokrętowej nie osiągnął żadnych sukcesów. Dopiero Kapitan Perry w asyście kilku statków zdołał dostać się na ląd, ale nie otrzymał odpowiedzi od władz. Głosowanie w Shogunacie było w większości za status quo polityki zagranicznej i ignorowanie żądań Amerykanów, tym bardziej że duża część amerykanów stanowili Brytyjczycy, którzy byli przedstawicielami Europy Zachodniej.

Nawet 100 lat potem toczyły się dyskusje co do zamiarów Amerykanów. Przeciwnicy tego kraju (w szczególności ZSRR) powtarzał, iż Amerykanie mieli na celu kolonializm Japonii w stylu „zgniłego zachodu”, jednak Amerykanie bronili się twierdząc, że sytuacja nie była dla nich korzystna, relacje z Japonią niestabilne, zaś podejrzenia wobec Amerykanów o imperializm, wynikały wyłącznie z uprzedzeń Japończyków do białych ludzi. Jako, iż USA samo w sobie było kiedyś kolonią, ich polityka wobec odległych krajów była dosyć inna.

„Czarne statki” McPerrego – zostały ukazane na japońskiej karykaturze jako wroga ekipa piracka.

Rok po pierwszej wizycie, kiedy to McPeery został odgoniony, powróciła kolejna ekspedycja. W związku z ryzykiem wybuchu wojny Japońsko-Amerykańskiej i nieprzewidywalnością Japończyków, McPeery zyskał ochronę w postaci 9 statków i piechoty morskiej. Zaproponował Japończykom traktat. Traktat zawierał: zobowiązanie do wzajemnej nieagresji, możliwość wzajemnego handlu w pięciu portach japońskich, ustanowienie konsula do spraw amerykanów na wyspach, zakup przez Japończyków broni amerykańskiej i wysokość ceł.  Do reprezentacji Japonii wyszedł panujący wówczas Shogun, gdyż obecność Cesarza przed obcokrajowcami była wówczas absolutnie wykluczona. McPerry nie wiedział jednak, że nie stoi przed głową państwa, tym samym nawet po pod posianiu traktat nie mógł legalnie wejść w życie, nawet gdy minie data jego rozpoczęcia. Podpisanie traktatu przez Shoguna rozładowało jednak napięcie i ryzyko wojny, w szczególności artykuł o nieagresji. W późniejszych latach, Shogun wystąpił do Cesarza o ratyfikację tego i innych traktatów. Otwarcie portów dla USA na skutek usilnych nacisków amerykańskich statków rozpoczęło okres zwany Bakumatsu.

Amerykanie i Japończycy w Kanagawie

            Kolejnym traktatem zajął się Harrison. Amerykanin jak przystało na jego naród był umiejętnym marketingowcem oraz negocjatorem handlowym i powołał się na sytuację we Francji oraz UK. Zwrócił uwagę na konflikt pomiędzy UK, a Chinami (Wojna Opiumowa). Handlarze Angielscy byli mocno obciążeni przez podatki Chińskie, więc próbowali przemycać opium. Chiny zaczęły wówczas konfiskować zapasy tego zioła. Zamiast jednak pozostawić je w konfiskacie, zaczęli niszczyć te zapasy opium, zaś zdenerwowana UK wysłała 10 000 żołnierzy w statkach aby odbić swoją własność, zanim zostanie zniszczona do końca. Harrison chwalił, iż USA jest pokojowe w przeciwieństwie do Anglii i Francji, oraz podjudzał Japonię przeciw tym dwóm krajom i że interesy z USA są znacznie lepsze. Dodał, żeby podpisał traktat i zastosował do UK i Francji zasady takie jakie zaproponuje USA, nie zaś propozycje Francji i UK. Był to jednak jedynie element marketingu, który różnił się od realnych wydarzeń. Żołnierze morscy w Chinach nie byli tak liczni by działać (oprócz wyjątków) na lądzie tak zaludnionym jak Chiny, wojna była spontaniczna, nie zaplanowana dalekosiężnie, zaś ustępstwo wynikało bardziej z faktu, iż Chiny (w przeciwieństwie do UK) mogło sobie na takie manewry pozwolić, wpływ miał też Konfuncjanizmu i mentalności Chińczyków. Można się spodziewać, że Togutawowie zdawali sobie z przewagi jaką mieli nad Wielką Brytanię, oraz mityzacją jej osiągnięć – być może właśnie to doprowadziło, do tego że zgodzili się na pomysł Amerykana.

Brytyjski statek zatopiony przez marynarkę Chinską

W kolejnych latach sytuacja się zmieniała. Japonia zdecydowała się podpisać traktat z Wielką Brytanią i Francją (ta pierwsza zwierała też podobne podejście do konsulatu jak w przypadku USA), tym bardziej że w tamtych czasach nie zdołał się jeszcze wykształcić Francuski i Angielski imperializm kolonialny (w rozumieniu tworzenia państw marionetkowych, choć dochodziło do spięć i starć). Zreorganizowano handel z Holandią (1856), polepszono stosunku z Rosją. Carstwo w 1855 zaproponowało Japonii „salomonowy” kompromis – Japonia bierze krainę Ainów, zaś Rosja bierze krainę Oroków (północ Sachalinu). Traktat ten był jednak tylko oceną tego, gdzie dany kraj ma się nie zbliżać, nie zaś kontraktem ze stroną, która reprezentowała dany naród Sachalinu. Stąd też mimo, iż była źródłem stabilizacji na granicy Japońsko-Rosyjskiej – to do realnego włączenia tych terenów w dane państwa, potrzeba było jeszcze kolejnych lat i stopniowych procesów. Jednocześnie zdecydowano się o rozwinięciu handlu z Rosją. Ważny był też traktat handlowy z Prusami (1861), którego traktowano podobnie jak Rosję. Zdecydowano się na stosunki z niewielką Portugalią (1860), która to w czasach Konkwistadorów, preferowała pokojowe osady na wybrzeżu późniejszej Brazylii, niż wojny. Nie podpisano natomiast traktatu z Hiszpanią.

Pruska wyprawa do Japonii. Warto zwrócić uwagę na wschodnioeropejskie „stalinowe” wąsy Prusaków, które były podobne do tych noszonych przez Japończyków. Wynikało to z tego, że w obu przypadkach.

Sytuacja ułatwiła handel i rozładowała napięcia związane ze Stanami Zjednoczonymi. Nadal jednak Japonia nie była pewna co do zamiarów obcokrajowców z Francji i Anglii. Handel z Europą umożliwił szybszy import i eksport towarów. Przyspieszyło to rozbudowę sił japońskich. Przez dłuższy czas potem w kinematografii japońskiej dominował obraz ostatniego okresu Edo, w postaci procesarskich Hanów (w tym Satsumy) używających różnorodnej broni, w tym najnowocześniejszej, oraz Tokugawów walczących po staremu. W rzeczywistości zarówno stronnictwo Pro-cesarskie jak i Pro-shogunatowe, były podobnie, nowocześnie (jak na tamte czasy) uzbrojone na co wpływ miał też handel.

Mimo relatywnie niskich, ceł statki Europejskie musiały ponieść duże koszty związane z transportem przez oceany. Podobnie jak w przypadku Chin, równe punkty dla obu krajów, nie miały sensu w przypadku radykalnie różnej sytuacji odległych od siebie państw.

Czasami można natknąć się na tezę, iż Japonia w końcowym okresie Edo była zacofana. Jest to teza niepodparta dowodami. Owszem produkcja nie była tak wydajna jak w przypadku końca XIX wieku, lecz to samo można równie dobrze powiedzieć o każdym innym kraju w tym okresie (Indie, Chiny, Niemcy, USA, Polska) i zmiany w następnych latach były związane z rewolucją w handlu, przyrostem naturalnym czy też rewolucją przemysłową, która była już globalnym zjawiskiem. Po za tym Japończycy posiadali wiele własnych technologii, nie znanych w Europie, a dających przewagę, bądź wykorzystywali starą technologię w sposób dający skuteczność podobną, bądź większa niż teoretycznie nowocześniejsze odpowiedniki.

Kontratak konserwatystów

Sytuacja związana z obcokrajowcami niezadowoliła wszystkich, spora część z ludności uznała, że obcy są intruzami. Inne kontrowersje wzbudziła kwestia konsula i jego roli w przypadku USA i UK. Japończycy żądali aby ustanowić takiego samego w USA i UK w przypadku Japończyków tam przebywających, oskarżając rząd iż faworyzuje obcokrajowców. Możliwości podróży do USA przez Japończyków były jednak wówczas ograniczone, bądź niemożliwe.

Regularnie dochodziło do zabójstw Europejczyków w Japonii. Wśród wielu incydentów dokonanych przez konserwatystów było dużo wydarzeń z zabójstwami nie tylko jednej, lecz wielu osób co sprawiło że przebywanie w Japonii dla cudzoziemców stało się bardzo niebezpieczne. Również osoby próbujące się dorobić na handlu z Japonią były zagrożone. Japonia próbowała zażegnać kryzys wypłacając pieniądze rodzinom poszkodowanym, lecz fale narastały. Próbowano nowych negocjacji, lecz wysadzanie ambasad i konsulatów stało się normą. Podczas trwania okresu radykaliści dokonali blisko 180 zorganizowanych ataków terrorystycznych przeciwko obcym handlarzom, statkom i konsulatom.

Zamach na brytyjskich dyplomatów w Edo

Problemy ekonomiczne i zagrożenie życia ich obywateli sprawiły, iż państwa Zachodnie ostatecznie przestały pozostawać bezczynne wobec sytuacji. Szczególne niebezpieczne były sprzeciwiające się Europejczykom klany samurajskie. W odpowiedzi na śmierć Charlesa Richardsona i ostrzeliwanie Royal Navy, wojska zaatakowało Kagoshimę ostrzeliwujące ja i niszcząc kilka statków. Na lądzie szybko okazało się jednak, że zbroja samurajska jest w stanie wytrzymać trafienia z pocisków Angielskich, zaś Anglicy przestali inwestować w defensywę. Broń palna miał zbyt słabe tempo przeładowywania, by móc się mierzyć z japońską bronią białą (wojska angielskie nie były dostosowane do walk z bliska, a samurajowi – tak).

            Słabą sytuację Brytyjczyków, zakończył Shogunat który wspomógł Brytyjczyków i nakazał samurajom z Kagoshimy zapłacić za śmierć Anglika. Satsuma następnie wynegocjował i zapłacił funtów odszkodowania, ale nie przekazał morderców Richardsona Brytyjczykom, którzy jednak zgodzili się dostarczyć Satsumie okręty wojenne o napędzie parowym. Ponieważ bakufu odmówiło zapłaty 3 milionów po interwencji Shimonoseki, obce narody zgodziły się obniżyć tę kwotę do 25 000 w zamian za ratyfikację przez cesarza traktatów o nieagresji i handlu (wcześniej nie uprawomocnionych), obniżenie podatków celnych do 5%.

Statki Brytyjskie ponoszące klęska w bitwie o Shinoseki.

Zwolennicy ataków na europejskie cele twierdzili, że Europejczycy planują podstęp i jeśli nie powstrzymają ich teraz, wkrótce UK i Francja napadnie na Japonię.

Sytuacja była na tyle napięta, że Cesarz Kōmei, zrywając z wielowiekową tradycją imperialną, musiał interweniować ogłaszając 1863 r.  „Zakon Wypędzenia Barbarzyńców”. Klan Chōshū z siedzibą w Shimonoseki, pod rozkazami Lorda Mōri Takachikiwypełnił rozkazy cesarza i od 10 maja zaczął polować na cudzoziemców. Otwarcie przeciwstawiając się szogunatowi, Takachika kazał bez ostrzeżenia wystrzelić wszystkie zagraniczne statki. Zabójstwa zmieniły się w o masowe zatapianie obcych statków i śmierć obcych wojsk i cywili.

Pod naciskiem cesarza szogunat musiał ogłosić koniec stosunków z cudzoziemcami. Rozkaz ten został przekazany zagranicznym delegacjom przez Ogasawara Zusho no Kami w dniu 24 czerwca 1863 roku:

W związku z nasilającymi się dalej atakami, mieszkańcy Zachodu wysłali eskadrę czterech brytyjskich okrętów, trzech francuskich i jednego holenderskiego do Hyōgo w listopadzie 1865 r. Innym przypadkiem były wystrzały w stronę Shimaseki przeciw japońskim organizacjom, dowodzonym przez potężnego daymio Takachikę z klanu Chosho. Francuskie okręty i 250 żołnierzy zaatakowały miasteczko niszcząc posterunek artylerii. Do walk i wzajemnych wandet dochodziło do momentu gdy Cesarz nie zgodził się oficjalnie zakończyć swojej operacji ekstremistycznej. Upoważnieni szoguna do prowadzenia negocjacji z siłami obcymi. Konflikt ten uświadomił Japonii, że wojna nie jest rozwiązaniem.

Członkowie Shougunatu podczas negocjacji z Brytyjczykami. Kłanianie się im przez Japończyków, nie wynikało z „uznania ich za lepszych” lecz ze standardowego zwyczaju Japończyków.

                                                        Koniec okresu Edo

Zwiększenie interwencji Cesarza w sprawy kraju zaczęły coraz bardziej zmieniać sytuację. Zaczęło bowiem dochodzić do coraz większych zespoleń pomiędzy Cesarzem, a Shogunatem. Istotnym momentem był akt kiedy to Cesarz Komei i Lemochi Tokugawa zezwolił na ślub swojej siostry z Shogunem, sam Shogun odbył w tym celu podróż w asyście 3 000 strażników. Mimo, iż do małżeństwa nie doszło to jednak jego potencjalne efekty i tak nastąpiły. Coraz większą rolę bowiem zaczęły odgrywać samurajowie z Satsumy, Chosho, Tosa, Hiroshimy i Saga. Tworzyli one środowiska skupione wokół Cesarza. W 1968 roku na tron wszedł syn Komei – Cesarz Meji, zaś obecny Shogun rządzącego w Shogunacie Togutawów –  Yoshinobu Tokugawa, w roku 1968 zdecydował się zwrócić uprawnienia Shouna Cesarzowi. Spowodowało to przekształcenie Shogunatu w Oligarchię Meji, związaną głównie z rodami pro-cesarskimi (choć Tokugawowie mieli znaczącą rolę w dochodach państwa). Co prawda doszło jeszcze do walk wewnętrznych, związanych z eskalacją napięć związanymi ze sfałszowaniem edyktu Cesarskiego o odebraniu tytułów Tokugawie, lecz sam Togutawa szybko wycofał się  konfliktu (choć jego zwolennicy walczyli jeszcze przez rok na północy). Zakończenie okresu Edo w chwili przekazania uprawnień przez Shoguna, sprawiło że doszło do zmiany roli Cesarza. Sprzeciw wobec obcokrajowców, był w następnych latach połowiczny, choć ostatecznie narósł i sprawił, że w Japonia ostatecznie przeszło do kontrataku, co doprowadziło do pacyfikacji pro-zachodnich Chin i likwidacji wszystkich kolonii europejskich w Azji przez Japonię podczas II WŚ. Jedynie konflikt graniczy z Rosją pozostaje do dziś aktualny.

Osatni Shohun – Tokugawa Yoshinobu

Kamil Maciej Trzoch

Andrew Gordon, Nowożytna Historia Japonii (realia Japońskie)

Conrad Totman, Historia Japonii (realia Japońskie)

Nowa Era, Zrozumieć Przeszłość (sytuacja geopolityczna)

Ollie Bye, The Spread of Writing: Every Year (szacunki faktycznych granic koloni w 1800)

Dlaczego bomba atomowa NIGDY nie zniszczy Warszawy? Fakty, które ośmieszą Rosję oraz zawiodą fanów Fallouta

Nie będzie nigdy atomowej zagłady, ani nigdy nie zostaną zbudowani „zabójcy miast”. Nie będzie kilometrów zburzonych budynków. Po prostu nie będzie, chyba że będą przez długi czas trwały tam regularne walki i będą stałe naloty dywanowe przez wiele tygodni. I to tylko pod warunkiem, że większość będzie miała do 5 pięter i będą z cegły, a nie z betonu oraz uderzenia będą zawsze bezpośrednie. Oczywiście w takim tempie szybko skończy się amunicja i na kolejne miasta już nie starczy. Wysadzenie bomby atomowej w Warszawie, w roku 1944 przed Powstaniem, na pewno zawiodło by Hitlera. Dzisiaj też nie mamy się czego obawiać. Czemu powody są proste i opierają się na podstawowych prawach fizyki. Obalają tezy, które są oparte głównie na propagandzie Sowieckiej, oraz dziełach kultury typu Fallout.

Teza tworzona przez lata Zimnej Wojny, oraz podsycana przez Fallouta, Metro oraz Stalker: Cień Czarnobyla sprawdzała się jako obiekt fabularny dla powieści grozy i akcji, ale nie za bardzo ma zastosowanie w rzeczywistości. Nie będzie powtórki, ani z Hiroshimy 1945, ani z Warszawy 1944. Powodów jest wiele.

Powód 1 – ogólna teoria względności

Little Boy w porównaniu do Hiroshimy, na tle wieżowców i kamienic Centralparku 1:1 wygląda po prostu śmiesznie

Zdajmy sobie najpierw sprawę z tego, że to nie grzyb atomowy w Hiroshimie był taki duży, a to domy w mieście były takie małe, do tego duża ilość skrzyżowań robiła błędną iluzję, że jest ich więcej. Większość z nich miała jedno, góra dwa piętra wysokości, do tego gdy nie było miejsca, budynki budowano pod kątek 90 stopni do budynków sąsiednich, więc z lotu ptaka wydaje nam się że jest większa ilość budynków – i tak jest, bowiem budynki te były po prostu małe. Nie ma to jednak pozytywnego wpływu na ogólną ich masę i powierzchnię.

Jedna z głównych wysp Hiroshimy – zdjęcie wydaje się być zrobione w złej skali, ale jest prawdziwe. Porównanie budynków do średniej wysokości drzew, daje dobre rozeznanie do tego ile materiału tak naprawdę zniszczono – czyli znacznie mniej niż może się wydawać. Obszar, który wygląda na ogromny, znacznie maleje po dodaniu punktów odniesienia.

Tak więc Hiroshima przypominała trochę wschodnioeuropejskie ogródki działkowe. Jednopiętrowe budynki, zrobione z drewna, które były niewielkich rozmiarów. Oprócz tego trzeba też uwzględnić, że miasta jako takie były kiedyś mniejsze niż dzisiaj.

Obszar zniszczeń w Hiroszimie z 1945 na tle dzisiejszej Hiroshimy, nie imponuje już tak bardzo, aby nie powiedzieć że nie imponuje w ogóle.

Jednak zabudowa była bardzo gęsta, więc najpewniej nawet ich rozmiar nie wystarczył by do takiego efektu jaki zastano po uderzeniu. Bowiem de facto to nie bomba atomowa zniszczyła zabudowę Hiroshimy, lecz to zabudowa była źródłem zniszczenia dla samej siebie. Jak?

Powód 2 – to nie bomba atomowa zniszczyła Hiroshimę.

Przede wszystkim należy uwzględnić fakt, że zniszczenia dokonane w Hiroshimie (jak i Nagasaki) nie był efektem fali uderzeniowej, lecz reakcji łańcuchowej. Miasto, które było zbudowane niemal w całości z drewna uległa po prostu pożarowi. Tak samo było z resztą, z niektórymi częściami Tokyo, które zostały zaatakowane największym w historii bombardowaniem. W skutek tego zginęło jednak tylko kilka procent populacji miasta (tak samo jak w Osace i Nagoji), a Aliantom bomby się po prostu skończyły, a przetargi na nowe zajęły by (jak to zawsze bywa) zapewne z 10 lat, a siłą nic by nie przyspieszyli.

Płonąca przybrzeżna dzielnic Tokyo – największe bombardowanie w historii, które jednak Japończyków w ogóle nie ruszyło.

Jedyny obszar, gdzie Alianci wygrali była Okinawa, (położona 1 000 km od właściwej Japonii), gdzie jednak straty w sprzęcie były miażdżące. Niewielka wyspa była tylko przedsmakiem, a kosztem pyrrusowgo zachowania swoich posiadłości w Azji- Oceanii (o czym UK, Francja czy Holandia mogły już tylko pomarzyć) – Hawajów, było stracenie przez USA około 500 000 żołnierzy co osłabiło nieporównywalnie ich potencjał, tym bardziej że wojsko USA nie było, aż tak liczne jak w późniejszych dekadach. Amerykanie mogli sobie pozwolić tylko na ataki na miasta najbliżej Okinawy, a takim była Hiroshima, bardzo mocno wysunięta na południe i Nagasaki. Bomb już jednak nie było, jedyną opcją na jakiekolwiek bardziej udane ataki, było wykorzystanie broni jądrowej, aby rozpocząć reakcję łańcuchową pożarów. Hiroshima zamieszkiwana była przez kilkaset tysięcy osób, z czego aż 100 000 stanowili żołnierze (co w sumie było typowe wówczas dla Japonii). A de facto był to jeden z jedynych dostępnych celów.

Widok z lotu ptaka na wyspy w centrum Hiroszimy – wyglądająca na gigantyczną wioskę rybacką – przed bombardowaniem latem 1945 r. Proste domy z materiałów drewna/papieru ryżowego/słomy ryżowej odnawianych w regularnych odstępach czasu

Hiroshimę i Nagasaki nie zniszczyła energia bomby jądrowej, tylko energia syntezy węgla i tlenu pochodzącego z drewna i słomy ryżowej, budynków które uległy podpaleniu przez ciepło i ogień wybuchowej bomby. Nie użyto broni jądrowej, lecz chemicznej! Broń jądrowa była tylko katalizatorem całego procesu. Obecnie bardzo popularna jest teoria spiskowa, mówiąca o tym że wybuchy nuklearne nie istnieją, a wszystko to to tylko straszak stworzony przez Amerykanów przeciwko Japonii, a potem ZSRR. Nie należy się temu dziwić. W końcu kwestie dotyczące broni jądrowej są dość tajne i wsunie można powiedzieć, że pseudonaukowe. Bowiem nauka musi być ujawniana publicznie i w całości. Nie może zawierać elementów utajnionych. Dlatego też np. receptura Coca-Coli czy produkcja znaków wodnych na banknotów nie jest uznawana za naukę, a bardziej za zaawansowaną i powszechną, magiczną sztuczkę (pers. magus – ukryty). Z bronią jądrową jest tak, że niby jest ujawniane jak to działa, jednak na tylu dużo rzeczy jest tajnych, że powstaje wiele domysłów. Do tego lata propagandy utrudniły analizę. Zwrócono na to uwagę między innymi na blogu Proroctwa.com, gdzie dziwiono się rażącą wręcz nieskutecznością bomby w Hiroshimie przeciw budynkom nie-drewnianym. Wniosek był taki, że broń nuklearna to wymysł – czy to prawda? I tak i nie. O tym pod koniec.

Zasięg pożarów po wybuchu bomby w Hiroshimie i Nagasaki. Warto zauważyć, że bardzo nierówne są kształty. Nie przypominają okręgu. Do tego w Nagasaki promień zniszczeń jest nieporównywalnie mniejszy mimo, iż bomba miała zbliżoną siłę, a w wielu miejscach są dziwne przerwy w zniszczeniach. Wynika to z tego, że wszystko to było zależne od paliwa jakim było drewno, oraz sposobów jaki się roznosi. Do tego okolica miała nieco inną powierzchnię.

W bardzo bliskim zasięgu wybuchu znalazło się sporo budynków ceglanych. Piloci celowali w samo centrum miasta, gdzie znajdowały się jedyne konstrukcje zrobione z nie-drewna. Najlepszym przykładem tego jest bank, który choć został zniszczono w kilkudziesięciu procentach, nie zawalił się oraz budynki które znajdowały się kilkadziesiąt metrów od wybuchu, wytrzymały niczym bunkry. To budynki najbliższy od białej kropki na prawo. Gdy spojrzymy na następne zdjęcie zrozumiemy, co się stało potem.

Niewyraźne zdjęcie dobrze ukazuje, że budynki nie-drewniane się po prostu wybuchu nie imały. Budynki wzdłóż głównej ulicy dzielnie zniosły falę uderzeniową. Czy to nie dziwne, że przetrwały budynki najbliżej wybuchu? Nie dziwne, kiedy zwrócimy uwagę z jakiego był materiału. Do tego ochroniły one budynki, które były dalej na wschód, ale o tym potem.

O
Budynki najbliżej wybuchu.
Ocalałe konstrukcje w centrum miasta, oraz nieliczne pozostałe domy drewniane.
Pożar i jego zasięg. Widać też pociągi i Łodzie, które wydają się ignorować skutki wybuchu.
Ocalałe budynki. Miejsce, gdzie zatrzymał się pożar.
Kolejne miejsce blisko strefy zero, które wydaje się znosić wybuch i pożar niewzruszenie. To największy w Nagasaki kompleks zbudowany z innego materiału niż drewno.

Powód 3 – broń człowieka nadal nie dorównuje „broniom” natury.

Abstrahując do Japonii, kraj ten niewzruszenie odpowiadał na zarówno bombardowanie Hiroshimy jak i Nagasaki. Wszelkie głosowania na temat ewentualnego zakończenia walk zawsze były jednogłośne odrzucane przez Izbę Reprezentantów i Izbę Radnych. De facto jedynie Cesarz miał inne zdanie. Dla Japończyków wybuch bomby atomowej nie był imponujący biorąc pod uwagę to że Japonia przeżyła już gorsze – rzeczy i kataklizmy, trzęsienia ziemi, tsunami, tajfuny i wybuchy wulkanów, które co najmniej dorównywały temu co robiła bomba nuklearna.

Nagasaki po bombie nuklearnej i po trzęsieniu ziemi – te same miejsce.

Można nawet uznać, że robią one znacznie większe zniszczenia, biorąc pod uwagę, że są w stanie rzucać wielotonowymi kontenerami.

Powód 4 – pogromca bomb nuklearnych – III zasada dynamiki Newtona

Schemat odległościowy zaczynający się od 30 psi, lecz nie uwzględniający tego że samo zniszczenie budynku już go zmniejsza.

Tym co jest powszechnie stosowane przez niemal wszystkie media, zarówno Internet jak i telewizję to kwestia zasięgu fali uderzeniowej nie uwzględniająca w ogóle trzeciej zasady termodynamiki Newtona czyli Nietzh’owe „Gdy patrzysz w ciemność, ciemność patrzy również w ciebie” czyli po prostu „Akcja Reakcja”. Mało bowiem osób zdaje sobie sprawę z tego, że kiedy fala uderzeniowa uderza w budynek, to budynek uderza również w falę uderzeniową z taką samą siłą lecz w odwrotnym kierunku, który neguje część jej mocy. Co to oznacza? Walczą ze sobą dwie siły – siła spójności pomiędzy siecią atomową cegły czy betonu, a falą energii kinetyczno-sonicznej. Jeśli siła fali wygra, to budynek się zawala (także na skutek grawitacji), jednak fala zużywa do tego część samej siebie!

Wszelkie dane na temat zasięgu bomb atomowych zbierana patrząc jak bomba roznosi się na terenie niemal w ogóle nie zabudowanym, na pustyni albo tundrze. Miało to sens, bowiem ZSRR liczył na unieszkodliwienie pustynnych baz USA, a one same chciały zlikwidować bazy wojskowe Sowietów na Syberii. Na takich przestrzeniach fala mogła spokojnie rozchodzić się na kilometry. Oczywiście tym dalej tym by była słabsza, co wynika ze skutków niesienia jaj przez 1 zasadę dynamiki Newtona. Wszelkie symulacje spadnięcia bomby na Warszawę, Londyn, Nowy Jork, Poznań czy Białystok uwzględniają rozchodzenie się fali w taki sam sposób w jaki rozchodziła się na pustym terenie. Jest to oczywiście śmieszne i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Co prawda podczas testów broni jądrowej, ustawiano w jakichś odległościach domy i budynki testowe, ale przestrzenie pomiędzy nimi były bardzo duże. Nijak nie można tego porównywać do sytuacji, w której będziemy mieli do czynienia z kilometrami mniej lub zwartej zabudowy w dużym, co najmniej ceglanym mieście (podpaleń drewna oczywiście nie liczę). Tsar Bomba była nazywana „zabójcą miast” bo zasięg miał liczyć tyle kilometrów ile ma Londyn. Problem w tym, że Londyn to nie pustynia, tylko kilkadziesiąt km zwartej zabudowy z cegieł, szczególnie w centrum.

Spójrzmy chociażby na krater po Tscar Bombie koło piaszczystej ulicy. Skoro bomba ma mieć niezależnie od ilości przeszkód na dodrze ZAWSZE zasięg kuli fali uderzeniowej równej kilkadziesiąt kilometrów, to dlaczego krater nie ma tylu kilometrów? Fala najpotężniejszej bomba w historii o mocy 50 megaton, dała radę przebić raptem kilkanaście/kilkadziesiąt metrów gleby. Dalej jej siła została wyzerowana.

Co więc gdyby zrzucić bombę atomową np. w środek średniowiecznego zamku, albo carskiej fortecy? Albo chociaż grodu piastowskiego z grubym na 40 metrów murem ze scalonych kamieni, sklejonych i zasypanych ziemią? Czy wybuch wyszedł by na zewnątrz? Co więc w przypadku zabudowy, która sama w sobie jest barierą?

Co jeśli znajdzie przeszkody w poziomie? Pewne badania próbowali robić Amerykanie. Jeden z nich powiedział kiedyś, że Little Bot nie zniszczył by Waszyngtonu – „To Hollywood zniszczyło Waszyngton”. Krótko mówiąc – realia filmów, a realia realu nie zgadzają się w tym przypadku. W 2012 Wshington Post zrobiono symulację, która miała przewidzieć możliwość zdetonowania broni jądrowej przez terrorystów w centrum Waszyngtonu. Zniszczeniu miał ulec rejon tylko około 700 metrów od centrum wybuchu, dalej miały być już tylko rozbite szyby. To kilkakrotnie mniej niż w przypadku Hiroshimy, gdzie spadła taka sama bomba.

Co więc z bombami megatonowymi? Takimi, których fala w próżni ma po dziesięć kilometrów? 15 megaton Castle Bravo ma falę około 3 razy większą niż Little Boy (choć używa znacznie większej siły, bowiem fala rozchodzi się w 3 wymiarach, więc przelicznik jest bardzo niekorzystny dla atakującego, przez np. zużywanie energii w górę czy też faktu, iż tym dalej tym energia zużywa się szybciej na zasadzie podobnej do maszyn prostych). Więc 1500 m wystarczy do stłumienia wybuchu.

Co w przypadku najgorszego scenariusz czyli wybuchu Tsar Bomby? Ta bomba nie istnieje i nie dało się jej użyć inaczej niż stacjonarnie (czyli transportując 7 ton uranu), ale spróbujmy dmuchnąć na zimne. W tym przypadku jest ona około 5 razy silniejsza od Castle Bravo, ale jej zasięg jest tylko 5 razy większy od Tsar Bomby, gdyż do zwiększenia zasięgu o taki sam promień trzeba dużo więcej energii niż wynosi mnożnik samej siły, bowiem promień ma 1 wymiar, a wybuch – 3 wymiary. Tutaj wybuch ustał by według tej wersji po ponad 2000 metrach. Tyle z owego „zabójcy miast”. ZSRR chwalił się, że może zwiększyć moc do nawet 150 megaton (co zabiło by też ich ludzi), co w praktyce dało by zniszczenia w przypadku Waszyngtonu zapewne w jakichś 3000 metrach promienia, czyli 6000 m średnicy. A średnica Warszawy ma 40 000 m. Taka bomba to jednak już jednak tylko fantazje radzieckich naukowców.

Zasięg wybuchu w Waszyngtonie Little Boya (pomarańczowy), Castle Bravo (Czerwony), oraz Tsar Bomb (fioletowy) na mapie Hiroshimy i zasięgu zniszczeń z Littel Boya w Hiroshimie (ostatnia, czarna kreska).

To zasięg w przypadku Waszyngtonu to wielokrotnie mniej niż w przypadku zasięgu tych samych bomb, nadal jednak dane których użył Washigton Post nie uwzględniały 3 zasady termodynamiki, a nawet większa wytrzymałość surowców nie została w pełni uwzględniona. To tylko nieco bardziej go złagodziła. Przecież budynki w zasięgu kilkudziesięciu metrów w Hiroshimie nie dały się zburzyć, więc bomba taka musiała by być jeszcze bliżej (tak jak konwencjonalne rakiety i bomby). Symulacja to uwzględnia tylko i wyłącznie nowy materiał, albo po prostu (co jest bardziej prawdopodobne) fakt, że w nie było by reakcji łańcuchowej pożarów tak jak w Hiroshimie czy Nagasaki.

Tutaj z kolei możemy się posiłkować badaniami wysadzania bomby atomowej pod ziemią.

Project Cannikin polegał na detonacji bomby o aż 5 megatonach (połowa Castle Bravo). Wywołało to trzęsienie ziemi, ale nie dało w ogóle rady się przebić przez warstwę ziemi. Dziura, którą zostawiła w ziemi miała promień około dziesięciu promieni samej głowicy, czyli max. kilkanaście metrów.

To samo dotyczy eksplozji pod wodą w odległości 500 stóp od powierzchni, która dała radę wzbić część wody, nad powierzchnię ale nie na odległość taką, jaką mogła by osiągnąć fala w powietrzu, właściwie to nieporównywalnie mniejszą.

Na sam koniec dodam jeszcze jeden element, czyli wydarzenie z Chin. Wybuch w Chinach, gdzie wybuchł cały magazyn niebezpiecznych substancji. Wybuch był silniejszy niż Project Trinity – wybuch bomby atomowej o mocy dwóch littleboyów. Wybuch załamuje się na poziomie pierwszych przecznic i budynków do trzech pięter (z parterem włącznie).

Do tego swoistą zaporą są drzewa, bowiem jako ciało sprężyste (na dodatek włókniste), bierze całą energię nuklearną chwilowe odkształcanie, nie łamiąc się przy tym!

Co więc gdyby był rok 1939 i Hitler chciał by zrzucić na Warszawę Tsar Bombę, gdyby wtedy istniała, miał by ją i mógł ją zrzucić swobodnie? Biorąc pod uwagę, że kamienice miały do 10 pięter, oraz były bardzo gęste, robiąc swoisty mur, a bomba spadła by w Ogrodzie Saskim, które zamiast ogrodu był by kamienicami, sprawa cała sprawa wyglądała by mniej więcej tak.

Kamienice w najbliższe okolicy zawaliły by się, gdyż bomba ta była by znacznie silniejsza niż w przypadku Little Boya. Dalej siła była by zużywana, ale przechodziła by jakoś daje, ostatecznie załamała by się i tylko te fale, które nie miały przeszkód by zniszczył budynki dalej. Była by MASA dymu, ale niewiele ognia bo do zniszczenia pierwszych kilkudziesięciu kamienic zużyto by całą siłę. Ponad kilkaset kamienic w rejonie Placu Bankowego, Marszałkowskiej i Muranowa uległo by zniszczeniu do gruzów, ale dzięki temu ocalało by cała reszta – czyli kilkaset tysięcy kamienic na Śródmieściu, Ochocie i Woli. Pierwsze kamienice ocaliły by całą resztę, a co za tym idzie – także ludzi mieszkających w dalszych rejonach i sprzęt.

Jednak jak wiadomo Hitler nie potrzebował bomby atomowej, by dokonać w Warszawie rzeczy takich, a nawet znacznie gorszych. Wystarczył naloty dywanowe, miesiące walk i obozy zagłady. Zamiast jednak ufać symulacjom Google Maps, lepiej jest zrozumieć, że każda przeszkoda na drodze fali ją zużywa. I jeśli zniszczy się budynek pierwszy i drugi, to przy trzecim już może nie być siły. Nie da się jednocześnie zjeść cukierka i go mieć.

Powód 5 – żelbetonowa kurtyna

Marymont-Ruda na Bielanach, cześć dzielnicy Marymont Ruda- stanowi jedną z Warszawskim fortec nie do zdobycia.

Cegła to konstrukcja to nie jedyna kosntrukcja nie-palna i wytrzymalsza od drewna. Z czasem zaczęto bowiem korzystać z jeszcze innego, jeszcze wytrzymalszego materiału – betonu, potem mieszanego z żelazem, tak aby powstał zbrojbeton/żelbeton/zelbeton. Od lat 50 tych budownictwo wielkopłytowe stało się stylem narodowym Europy Wschodniej i Azji, a najszybszy jej rozwój przypadł na lata 70-te. Wielkie kompleksy przypominające fortece, od kilku do kilkudziesięciu pięter, wielka długość (do kilkuset metrów), okna idealne dla snajperów, niemal niezniszczalne struktury, zbudowane często w kole niczym mór, albo z dodatkowymi wieżowcami ponad owy „mur” przypominały wieże, do tego z licznymi schronami ukrytymi w środku. Czy była to tylko technika dla „housingu”? Cóż, to wersja oficjalna – a prawdy można po latach domyśleć się samemu.

Osiedle „Za Żelazną Bramą”. Czy nazwa nawiązująca do starej bramy w Ogrodzie Saskim była tylko krypotnimem?

Europa Wschodnia zaczynała przypominać średniowiecze, po raz pierwszy od dawna zainwestowano na taką skalę w defensywę. Pod tym względem Układ Warszawski miał nad NATO gigantyczną przewagę. Był to moment, kiedy technika budowlana przewyższyła znacznie technikę wojskową. Po raz pierwszy od czasów średniowiecza, ludzi więcej zainwestowali w obronę niż atak (choć w atak nadal inwestowano więcej niż Zachód). Technika budowlana przewyższyła militarną. Osiedla budowano w relatywnie bliskiej obecności ważnych wojskowych rejonów np. Tarchomin i Legionowo blisko Modlina i Zegrza. Targółwek i Gocław blisko Rembertowa. Ochotę i Mokotów blisko Okęcia, Jelonki blisko Bemowa itd.

Zelbetonowe osiedla z wielkiej płyty przebija nawet Manahttan i co minimum remisują z Honkgkongiem. Tutaj nic nie pomoże – nawet wszystkie głowice Rosji.

Sporo mówiło się na ten temat, propos bloków wielkiej płyty. Mówiono bowiem często, że nawet w przypadku bomby atomowej by przetrwały. Podobne symulacje okazały się pozytywne w przypadku spadnięcia głowicy jądrowej w centrum Warszawy, gdzie osiedle Za Żelazną Bramą miało pozostać nienaruszone. Rosjanie na tyle znali się na technice jądrowej, że jak byli w stanie zrobić najsilniejszą w historii głowicę, to tym bardziej byli w stanie zrobić coś co ten wybuch zatrzyma. Podczas testów, gdy jakiś betonowy budynek ulegał uszkodzeniu przy uderzeniu z bliska bronią jądrową, wówczas wprowadzano dodatkowe wzmocnienia, aż do momentu gdy stawał się niemal niezniszczalny. Taki standardy wprowadzano w fabrykach prefabrykatów w całym bloku komunistycznym. A to jeszcze nie koniec – bowiem większość tych bloków została potem wzmocniona ceglanymi warstwami! Nowe budynki dzisiaj mają i zelbeton i cegłę, ale są za to często większe w poziomie, więc hamują falę w inny sposób. W ostatnim czasie rosyjski politolog i spec do spraw bezpieczeństwa Paweł Luzin, odtajnił kilka ciekawych faktów, jako odpowiedź na

Jeśli to będzie atak na miasto, to teoretycznie tak, ale tak naprawdę tego nie wiemy. Hiroszima i Nagasaki były miastami z drewnianą zabudową. Dzisiaj świat mieszka w miastach betonowych i nikt nie wie, jak zadziała bomba atomowa w miejscu zalanym milionami ton betonu. […] Jeszcze kiedy były próby na poligonach w ZSRR, to badano skutki dla konstrukcji betonowych. Budowano betonowe konstrukcje imitujące fabrykę, bloki mieszkalne. Po wybuchu badano skalę zniszczeń. Jeśli były duże, to wychodzono z założenia, że należy wzmocnić konstrukcje [bloków w Europie Wschodniej] z betonu, dodać więcej zbrojenia. Więc nie należy się spodziewać, że taka bomba zniszczy miasto. […] Ostatnie próby atomowe na poligonie na świeżym powietrzu zostały przeprowadzone w 1963 roku. Potem zakazały ich umowy międzynarodowe. Za to od 1963 roku do końca lat 80. prowadzono próby podziemne. Znasz wtedy gęstość gruntu, jego właściwości. Bomba wybucha, a potem ludzie schodzą na dół, badają skutki. Na podstawie zebranych danych modelują, jakie będą skutki na przykład dla dużego miasta. Ale to są modele, a jakie zniszczenia mogłaby wywołać bomba atomowa o takiej lub innej mocy zrzucona na współczesne miasto, nikt nie wie. Łatwiej zakładać, jakie będą skutki psychologiczne – panika, demoralizacja. […] Najgorsze na pewno będą skutki psychologiczne.

Brudno na Targówku. Większość blokowisk zrobiono jaki labirynt wysokich budynków, wiele było zrobionych na planie koła, w które układały się budynki. Wszystko przemyślano taktycznie.

Najlepszym przykładem jest obrona Kijowa. Budynki bez problemu znosiły nawet bezpośrednie udeżenia rakietami, które przecież z bliska przebijały się dalej niż fale uderzeń jądrowych, gdyż epicentrum uderza tuż koło celu i jest sprzężone. Większość jest tylko osmolona z wybitymi szybami. Kilak bloków udało się zniszczyć w poprzez zawalenie jednej klatki, ale tylko jeśli chodzi o budynki wysokości około 7 pięter. Mówimy tutaj o kilku z kilkuset zaatakowanych budynkach, które przecież był bombardowane setkami, bądź tysiącami rakiet – niemal wszystkim co miała Rosja prócz wyrzutni Topol.

Powód 6 – rakieta z bombą musi najpierw trafić

Nie wystarczy mieć głowice i rakiety do ich wystrzeliwania – trzeba jeszcze trafić w cel. Samoloty mają najgorszej bo muszą dolecieć i nie dać się strącić, więc ZSRR i Rosja powierzyła swoje głowice głównie rakietom Topol, czyli Wojewoda (potem Sarmata), z których część jest wystrzeliwana na ruchomych wyrzutniach. Problem jest w tym, że rakiety te są tak duże, że łatwiej je strącić. Nieco lepiej jest z Iskanderami, ale również za mocno rzucają się w oczy i radary. Manewrujące Iskandery są kolei na tyle cienkie, że nie pomieszczą głowic takich jak Toczka/Iskander czy tym bardziej Topol. A lecenie po trajektorii prostej, jednocześnie naraża ich na ostrzał pocisków krótkiego zasięgi typu Wieloprowadnicowa Wyrzutnia Rakiet. PRL inwestował w pociski przeciwlotnicze i rakiety. Łuna, Vołochov, Buk, Kub, Krug, Grad, Vega, Newa i więcej.

Sytuacja z tarczą Antyrakietową Izreala pokazała, że można strącić ponad sto i pół rakiet, przepuszczająca tylko kilkanaście – i to małych, zaś wojna na Ukrainie udowodniła że można strącać na inny sposób, nawet rakiety manewrujące. Taka tarcza jest w Rumunii, a i również już w Polsce w postaci wyrzutni Patriot i rośnie w siłę.. Przez lata pojawiła się wyrzutnia Langusta, rakiety Piorun czy Jevelin. Do tego tarcza ma być połączone z takimi systemami jak Plitwica czy Poprad (kwestie „nieistniejącej OPL” to tylko chwyt clicbaitowy prasy), oraz przyszły Narew. Oraz zakup niewyobrażalnej wręcz (500 wyrzutni 300 km zdziwiło by nawet Adolfa Hitlera) ilości rakiet Homar. A są też inne rakiety i inne sposoby na zastrzelenie pocisku. Dotyczy to nie tylko Polski, ale też innych państw związanych z taką defensywą. A ogólne przesłanie jest takie, że głowicę łatwo strącić. I nie wybuchnie, bo nie jest to bomba zapalna. Musi dojść w idealnym momencie do wsunięcia się rdzenia w rurę z tego samego materiału uranowego/plutonowego, na sygnał wystrzeliwującego. Jeśli coś pójdzie nie tak to koniec z wybuchem. Do tego rakiety Topol przeładowują się nomen omen ruski rok, a ich ilość jest mniejsza niż ilość głowic. Trudno też wystrzelić kilka na raz. Tak samo z Iskanderami, których już jednak nie ma bo zużyły się podczas Wojny na Ukrainie. A jeśli jednak jakaś trafi – wówczas odsyłam do poprzednich punktów.

Konsekwencje

Na świecie jest obecnie około 15 000 głowic, o średniej mocy 80 kiloton. To generalnie nie jest coś co mogło by zagrozić unicestwieniem jakiegokolwiek kraju z dużymi miastami, i nawet w czasach zimnej wojny, kiedy głowic było 8 razy więcej nie doprowadziło by to nigdy do takich efektów, jakie spodziewali by się ludzie.

Skoro nie w ilość to może w moc? Co jeśli nie tylko powtórzy się plany Tsar bomby, ale będzie się nadal zwiększać moc bomby jądrowej? Aż do kilkuset megaton? Niestety (albo na szczęście) to praktycznie niemożliwe. Nie tylko biorąc pod uwagę, fakt wagi, ale też biorąc pod uwagę fakt, że do kolejnych wersji używa się nowych radioaktywnych metali. Najpierw uran, a potem pluton. Jednak dalsze metale superciężkie (np. Neptun) są tak niestabilne, że trudno utrzymać długo ich nawet małe ilości, albo występują w śladowych ilościach, tak jakby natura sama zabezpieczyła się przed człowiekiem, zanim się pojawił.

Jednak człowiek nie potrzebuje jednak głowic jądrowych, aby dokonać strasznych zniszczeć. Hitler udowodnił to w Warszawie czy obozach zagłady. ZSRR udowodnił to w Dreźnie. Nieszczęść w Syrii, Jemenie nie można porównać do Hiroshimy i Nagasaki. Uderzające bezpośrednio bomby, wybuchające skondensowaną siłą przy budynku, często mają większą moc na metr sześcienny niż fala nuklearna po X metrach rozrzedzenia się, a takich jest więcej. Do tego dochodzą ofiary na skutek bullet hellu oraz skutki głodu. Po co komu bomba atomowa, skoro są skuteczniejsze sposoby na sianie zniszczenia jak np. naloty dywanowe? To przykra prawda, ale na szczęście wojna na Ukrainie pokazała, że technika budowlana znacznie wyprzedziła technikę zniszczenia.

Czy więc teorie spiskowe o tym, że broń jądrowa nie istnieje są prawdziwe? Cóż, istnieje wybuch jądrowy jako reakcja, więc należało by uznać że tak. Ale jeśli uznać, że według nich (i nie tylko ich ale także wielu innych ludzi), definicją broni jądrowej jest bomba, która ma niszczyć jednym ciosem fali uderzeniowej całe miasto i może doprowadzić do wymarcia wszystkich ludzi, to mają rację – „broń atomowa” nie istnieje. Czyli Putin nie ma nas czym straszyć.

Co łączy „Barbaros” i koalicję antyhitlerowską?

4 września mógłby być unijnym świętem Wolnej Europy ale nie jest, bo wszystko wydarzyło się chyba zbyt dawno… 4 września 476 r. stało się coś co sprawiło, że mieszkańcy Europy mogli odetchnąć z ulgą. Coś co można porównać do Desantu w Normandii, albo Monte Cassino. Dlaczego? Bo gdyby nie to jedynym językiem w Europie była by łacina.

Słowo „Imperializm” oznacza taką ideologię, w której to dany kraj dąży do podporządkowania sobie innych narodów, grup, krajów, organizacji. Skąd jednak ta nazwa? Skąd wzięło się słowo Imperializm? Stalinizm, wziął się od Stalina, Nazizm ma korzenie w III Rzeszy, Markzizm od Karola Marksa… Imperializm to z kolei ideologia związana z postacią Imperatora, Cesarza Rzymskiego, czyli po prostu – Imperium Romanum. Określeniem „Imperializm” oznaczał, że jakiś kraj zachowuje się podobnie do Rzymu. Np. Hiszpania atakująca Meksyk czy Państwo Inków, albo Hitler napadający na całą Europę. Sytuacja związana z Hitlerem, zmusiła Europejczyków do zjednoczenia się przeciwko wspólnemu wrogowi – zwiększyło to integrację Europejską i przyczyniło się do stabilizacja różnych części Europy, dekady potem. Nie był to jednak pierwszy taki przypadek. Wydarzył się już wcześniej choć na mniejszą skalę.

Jakie było to wydarzenie? Koalicja przeciw Szwecji w czasach I Wojny Europejskiej? Nie, bo wojna nie była związana tylko ze Szwecją. Wojna z Napoleonem w czasie II Wojny Europejskiej? Nie, bo większość osób uważa że Napoleon miał rację i dążył do obalenia monarchii absolutnych, łamiących prawa człowieka (czyli Rewolucja Francuska itd.) Kiedy więc się to wydarzyło? Znacznie dawniej….

Zaczęło się niewinnie, od jednego miasta, które walczyło z innym. W ciągu 400 lat podbiło całą Italię. Skończyło się to tym, że powstała struktura bardzo silna jak na tamte czasy. Rzym nie poprzestał na wojnie w Italii i rozpoczął się podbój innych państw. Padli Berberowie (Maroka), Kartagińczycy (Libia), Iberowie (Hiszpania), Galowie (Francja), Belgowie, niektórzy Germanie (w tym Allemanowie) czy Brytowie. Ludy wschodu stawiły natomiast opór. Podbito Trację, Dalmację czy część Dacji jednak na rzece Dunaj obrona stawiła niemal niezniszczalną tarczę. Również Piktowie (czyli Szkoci) starali się przeciwdziałać Cesarstwu, atakując garnizony w Brytanii.

Cesarstwo Rzymskie narobiło sobie bardzo pokaźną listę wrogów, przez liczne zbrodnie wojenne – wojny napastnicze, niewolnictwo i marginalne traktowani innych ludzi niż mieszkańcy Italii. O ile ludzie z Zachodniego-Południa zostali pokonani, to ludzie z Wschodniej-Północy mieli odrębne geny, sposób działania, kulturę i technologię, która okazała się dla Cesarstwa Rzymskiego kamieniem na kosę.

W końcu miarka się przebrała i najwyraźniej mieszkańcy wschodu powiedzieli sobie, że jeśli nie wspomogą podbitych ludów, zarówno ludy pobite jak i (jeszcze) wolna Europa mogą źle skończyć. Tak zaczęło się pierwsze w historii Europy „Responsible for Protect” na skalę międzynarodową. Brzmi współcześnie, ale przecież wojna nigdy się nie zmienia. Albo Wschód, albo Rzym. Albo Imperializm, albo wolność. Było to wprawdzie obrona konieczna zbiorowa, ale też przede wszystkim, wojna prewencyjna i nieprawdopodobny kontratak. Po prostu w pewnym momencie Rzym przekroczył pewną granicę i reakcja mogła być tylko jedna.

Gdzie to ustalono? Na jakimś wiecu, zgromadzeniu? Gdzie była „Rzymska Konferencja Teherańska”? Nie wiadomo, bo źródeł nie ma. Opisy odnośnie przyczyn tych wojen są niejasne, ale analizując sytuację, nie mamy wątpliwości że jednak było tak jak powyżej.

Około 375 roku na tereny Pannoni, przybyli stepowi Hunowie i utworzyli tam swoje państwo, później zwane Kaganatem Awarów, a współcześnie – Węgrami (Hungaria). W wyniku mieszania się rdzennego społeczeństwa Pannoni z Hunami, powstał specyficzny naród, określający się mianem Magyar. Hunowie nie wahali się walczyć z Cesarstwem Rzymskim i wypędzać kolejne oddziały z Pannoni. Taka sytuacja sprawiła, że wiele ludów zyskało na odwadze, widząc podejście Hunów co najpewniej zwiększyło ilość społeczności, które chciały znacznie gwałtowniej przeciwstawić się Rzymowi.

Goci już od III wieku przygotowywali się do wojny z Rzymem. Zaczęło się od potężnych kontentengenów stacjonujących w okolicach Dunaju. Kontegeny podzieliły się na dwie, liczbę grupy – Wizygotów i Ostrogotów. 378 roku Ostrogoci uderzyli na Bułgarię tocząc walki pod Andrianopolem.

Duże problemy związane z zażądaniem tak dużym państwem, sprawiły 395 podzielono Cesarstwo na dwa. Wrogowie Rzymu tylko na to czekali. Jednocześnie trwała bowiem ofensywa Ostrogotów na Grecję i Ateny.

W 400 roku n.e. Burgundowie zamieszkujący tereny dzisiejszej Polski przeprowadzili błyskawiczne uderzenie na Wormację. W międzyczasie to samo zrobili Wandalowie, którzy zaczęli wraz z Burgundami porwać wypędzić Rzymian spod rzeki Ren, cofając ich wgłęb Galii. Wspomogli ich, także Alanowie ze terenów Ukrainy. Tak samo jak w przypadku Kwadów.

W 401 siły Ostrogotów przedarły się przez Bałkany i wyzwoliły Dalmację, a W 406 roku Burgundowie wyzwolili istotny fragment Galii, które od tego czasy zwany jest Burgundią. W 410 roku siły Ostrogonów uderzyły na północne Włochy i miast oRzym.

W 411 roku Swebowie zdobyli Galicję w Hiszpanii. Tereny na południe do niej zostały zajęte przez Alanów, w międzyczasie Wandalowie po udanym przepędzeniu Rzymian z większości terenów Galii, prowadziły kompanię na południu Hiszpanii. Wizygoci z kolei działali na wschodzie Półwyspu Iberyjskiego. W 413 padła Narbona, a w 415 uderzyli na Kartagenę. W 418 Kartagena. pada pod naporem Wandalów, zaś w 418 Wizygoci zakończyli operację w Hiszpanii środkowej. Powstały tam różnorodne strefy okupacyjne.

425 rok to zwycięstwo Wandalów na wyspach, na wschód od Hiszpanii, 430 rok to już tylko prosta droga przez Maroko i Tunezję. W 439 roku rozpoczęło się zdobywanie Kartaginy. W 456 roku uderzono na Leptis Magna, a następnie wyzwalając dzisiejszą Algerie i Libię.

Straty jakie ponieśli Rzymianie w Galii, utrudniły działania na morzu. Wówczas to Anglowie, Sasi i Jutowie z Danii przeprowadzili szturm siłami morskimi. w 450 roku doszło do desantu w Bretanii, która szybko uległą deromanizacji dokonanej przez wojska Wikingów. Z tego powodu, rejon ten nazywano potem Anglią. W 455 roku Frankowie z dzisiejszej Holandii przyłączyli się do wojny w Galii, kończąc ją na niekorzyść Rzymu. Z tego powodu rejon ten jest dziś nazywany Francją, choć Galowie stanowią zdecydowaną większość jego ancesorów. W tym samym roku Ostrogoci wyzwolili Noryncję.

W tym samym roku doszło do desantu marynarki wojennej Wandali u boków Rzymu. Siły były miażdżące. Nie wąchały się niszczyć murów, wykorzystując ich słabe punkty, atakować ważne osoby polityczne i niszczyć pomniki Cesarzy. Rzym został spustoszony. Rok potem zdobyto Sardynię. W 457 roku z kolei dokończono ostatnią operację Wizygotów w Galii.

461 rok to zdobycie przez Wandalów Sycylii, a 467 to wdarcie się do Grecji. W 470 Ostrogoci wyzwolili dzisiejszą Serbię, oraz przepędzili Rzymian z północnej Bułgarii.

472 roku Burgundowie w porozumieniu z rzymską opozycją zdobyli Rzym, a jego władca został zabity, a wojska cesarskie w stolicy – doszczętnie wyniszczone. Zachowała się jednak nadal władza Cesarza.

476 wybuchły walki toczone przez Alanów i Skiriów przeciw Cesarzowi. Agent Kwadów obalił wówczas ostatniego Cesarza i odesłał koronę do Bizancjum.

480 roku trwały kolejne zwycięstwa Ostrogotów nad siłami Wschodniorzymskimi, szczególnie w Grecji czy Bułgarii, a do 493 zakończyły się ostatnie operacje Ostrogotów na Bałkanach.

Gdy Hunowie,

Odbiwszy się od stolicy 413 roku zdobyli Narbonę

Lustracja „Nankinu”

Gdyby kwestia „Masakry Nankińskiej” była kiedykolwiek przed normalnym sądem, zapewne okazało by się że dowody świadczą nieco inaczej niż było w realu. Ale ponieważ sprawców nie znano zazwyczaj z nazwiska, to do tego nie doszło – pozostają tylko domysły skrzętnie wykorzystywane, kiedy są przedstawiane jako „fakt”. Szczególnie przez anty-japońską propagandę Radziecką, której ofiarą była też np. Polska oraz propagandę Chińską, która do dziś jest bardzo mocno odczuwalna. Dość szokujące było by to gdyby ludzie dostali odpowiedź samych Japończyków odnośnie tego wydarzenia, bowiem bez dojścia do głosu „drugiej strony”, trudno by było ocenić sytuację.

Gdy ostatnim razem Hirohito został przedstawiony u boku Hitlera i Mussoliniego, reakcja ambasady Japonii była natychmiastowa, a naród Japoński się zdenerwował – zażądano usunięcia zdjęcia i tak też się stało.

Tzw. „Masakra w Nankinie to wydarzenie, do którego doszło podczas zdobywania miasta Nankin przez wojska Japońskie w 1937 roku. Japonia miała na celu spacyfikowanie Chin, które to współpracowały handlowo z Francją i UK, które uważano za zagrożenie kolonialne przez np, okupację Birmy i nie tylko Atak na Chiny miał na celu zniszczenie portów z których korzystali Europejczycy, oraz pokonanie ruchów pro-europejskich – potem pozostawało już tylko dekolonizacja krajów na południe od Chin. Tzw. „ludobójstwo” w Nankinie to jednak wydarzenie, które jest w 80% sfałszowane przez chińską, radziecką, a nawet aliancką (tak!) propagandę. Dlaczego?

Tonący statek US Navy podczas walk o Nankin

Powód 1 – nie tylko cywile

Bardzo często podaje się całkowitą liczę „ofiar” jako ilość cywilów, które zginęły w wyniku „eksterminacji” Jednak w realu było nieco inaczej. Wydarzenia w Nankinie mięły przede charakter egzekucji żołnierzy Chińskich, którzy zostali pokonani przez Japończyków. Część z nich to po prostu ofiary walk, reszta to osoby zabite potem. Wprawdzie potem do zabójstw doszło też na cywilach, jednak ogólna ilość ofiar to nie sami cywile.

Powód 2 – nie z rozkazu

Na temat ludobójstwa Nankinu nie wydano nigdy żadnej ustawy, ani rozkazu, Było to głównie samowola żołnierzy (w dużej mierze poborowych), których potem w 1946 (w ramach możliwości) wydali przed sąd sami Japończycy. Nie był to manewr Japońskich wojsk, lecz działanie zorganizowane grupy osób fizycznych. Wszystkie mowy „cichym przyzwoleniu” to tylko czyjeś domysły, a nie udowodnione wydarzenia.

Powód 3 – w stanie wyłączającym świadome podjęcie decyzji

Różnorodne działania, do których dochodziło podczas tej „operacji” był efektem upicia się japońskich żołnierzy, którzy w tym stanie zaczęli bawić się bronią i urządzać zawody o to, kto zabije więcej ludzi. To czy to cywil czy żołnierz trudno było odróżnić w przypadku, gdy żołnierz był upity. Nie neguje to faktu tragedii do jakiej doszło, lecz jednocześnie trzeba zdać sobie sprawę, że żołnierz po alkoholu myśli inaczej. A andrelina tylko zwiększa działanie etanolu.

Powód 4 – przesadzona ilość ofiar

Dowodów na ilość ofiar mamy tyle ile odnaleziono ciał. Reszta to domysły, ewentualnie jacyś świadkowie. Trudno też o dowody, jak podczas walk kartki zapiskami płonęły. Może kilka tysięcy? Szacować nie ma po co, bo po pierwsze – szacunki ofiar cywilnych są zawsze zawyżone. Najlepszym przykładem tego były ponad 10-krotnie zawyżona ilość ofiar Puczu w Bukareszcie. Statystyki oznaczały by, że ginęło po 12 000 osób dziennie i to przy użyciu broni często siekanej (np. patyków ostrych). W powstaniu warszawski ginęło po 2 000 dziennie, w warunkach kiedy to z nieba leciały bomby, artyleria i czołgi uderzały z całej mocy. budynki się paliły i zawalały, wybuchały miny. Jak więc pijani żołnierze, atakujący wolno i często dla zabawy już nie w trakcie walk, mieli by zabić tylu, skoro Werhmahtowi się nie udało osiągnąć takiej ilości w trakcie trwania regularnych walk, choć mimo tego starano się zabić cywilów dla zemsty? Kilkaset tysięcy (bo tak mówią niektóre źródło) nie mogło zostać zabite przez Japończyków. Taka ilość z łatwością stawiła by opór, więc nie mogło być obecna w polu walki. Wówczas nie uniknęli by wysokich strat sami Japończycy, a pijani raczej mieli wy problem z dokładnym celowaniem, co by tylko ułatwiło obronę. W sytuacji ludobójstwa ludność nie wacha się stawać do walki, bo nie ma dla niej innej drogi. Inną sprawą był Wołyń, gdzie była zorganizowana akcja i to na mniejszą skalę, a nie pijacka zawierucha. Po drugie – trudno znaleźć tak szczegółowe statystyki po trzecie…

Powód 5 niewiarygodne źródło

…ręce na jakichkolwiek pozostałych dowodach położyła Chińska Republika Ludowa, której wierzyć nie wolno, gdyż dobrze widać, że ma to na celu tylko i wyłącznie upokorzenie Japonii, dlatego że jest ona monarchią konstytucyjną, a nie komunistycznym krajem bez demokracji oraz poniekąd dzisiaj sojusznikiem NATO. Czy kraj, który np. neguje istnienie walk na Placu Tianmen i prowadzi cenzurę- może być wiarygodny pod względem innych wydarzeń w swoim kraju?

Powód 6 – dublowanie zdjęć

Przerażające fotografie ukazywane przez Internet i portale komercyjne typu „Wielka Historia” czy „Histmag” są drastyczne i prawdziwe, lecz jednocześnie pokazuje się ciągle te same zdjęcia i te same fotografie. Ogólna ocena polega więc na elementach, które są niemiarodajnej i nie mają charakteru przesiewowego. Jedna scena z różnych perspektyw, jest często jest błędnie brana przez internautów za dwa sceny zbrodni co sztucznie zawyżało ilość ofiar. Obecne zdjęcia mogą świadczyć co najwyżej o kilkuset, może tysiącu zabitych. Do tego duże stosy zabitych często były zebraniem ofiar z większego obszaru.

Podsumowując, owa „Masakra w Nankinie” to w dużej mierze zbiór wymysłów histerycznych społeczeństw, oraz mediów chcących zarobić na reklamach, przedstawiając historię rodem z piły, oraz twór propagandy ChRL. Nie oszukujmy się – jak dużo razy media mówią o Holokauście, torturach wojny 30-letniej czy masakrze cywilów na wojnie, nie dlatego że chcą oddać hołd zabitych, tylko dlatego że dobrze sprzedają się materiały pełne brutalności? Ile osób czyta książki o tym, tak jak czyta się dobry horror? Niestety (a właściwie stety), to nie ma za dużo wspólnego z rzeczywistością… Nie ma dowodów, nawet na kilkadziesiąt tysięcy ofiar, a wiele faktów się nie zgadza, kwestia winnych osób fizycznych nie jasna. Mamy co prawda zdjęcia, ale one nijak nie udowadniają że wydarzenia w Nankinie miały taką skalę jak pokazują media. Najpewniej ofiar było 100, a może nawet 300 razy mniej. Zarówno Zachodowi, ZSRR jak i Chinom opłacało się jednak przedstawiać inną wersję.

Propaganda, propagandą. Ja jednak wolę matematykę.

Dlaczego ludy o pochodzeniu syberyjskim są najdoskonalsze cywilizacyjnie i ewolucyjnie?

Dlaczego ludy syberii haplogrupy N oraz ich spadkobiercy czyli C, Z, Q, R1a, D1b to genetycznie generalnie „rasa panów”?

Genetycznie mają chyba najmniej z małpy ze wszystkich ludzi (dostosowane do zimna oczy, szczęka dostosowana do niemal samego mięsa, trawienie krwi, proste endotermiczne włosy). To ludność praktycznie całkowicie mięsożerna, więc przez tysiące lat wycelowali jako napastnicy, naturalnie muszą się bić bo taki mają instynkt, nawet zęby mają dłuższe niż np. Francuzi czy Niemcy).

Oprócz tego są dostosowani do produkcji dodatkowej energii w celu grzania organizmu (zimą ich skóra wygląda jak po morfinie), a co z tym idzie gdy już zastąpią ogrzanie sposobem sztucznym, to cała energia zapasowa wcześniej przeznaczona do ogrzewania idzie do mięśni.

Dostosowanie  do produkcji tak dużej ilość pochodnych fenolyalaniny i tryptofanu (dopaminy, adrenaliny, noradrenaliny), sprawia że ich mitochondria pracują tak szybko jakby byli pod wpływem jakiś bardzo mocnych dopalaczy – to bestie nie ludzie. Do tego ogromne znaczenie ma słońce – przez klimat i wysoką zawartość melatoniny, w przypadku wystawienia na UV, jest znacznie mocniejsza reakcja organizmu na zwiększenie ilości jej przeciwieństwa – serotoniny, co powoduje skok umożliwiający wystrzał jak z armaty, po skoku energii i wzrostu mocy mięśni. Siła zależy nie tylko od samych włókien, ale bardziej od tego jak są one zasilane.

Nieprawdopodobne możliwości widać nawet na (uwaga!) symbolach ludowych, gdzie są symbole zrobione według prostopadłych wektorów, co jest odzwierciedleniem ich mentalności, nakazującej proste ruchy niczym karate, o charakterze ruchów impulsywno-konwulsyjnych powodujące spięcie w łuku odruchowym wroga, gdyż oczy odbierają sygnału do odruchów przeciwne niż te jakie dostają mięśnie od świadomych decyzji.

Nawet ich rodzima mitologia nakazująca wiarę w wiele dziwnych zagrożeń i duchów, wzmacniała u nich przez lata przygotowanie do odparcia. A prawdziwy strach dodaje prawdziwych skrzydeł.

Ci którzy zostali na północy, a nie wyemigrowali stali się potężniejsi nawet od swoich braci. Finowie to prawdziwe wampiry pijące krew Rosjan, zaś Nieńcy nie dali się Mongołom. Nie dali się nawet Imperium Mongolskiemu, które potrafiło (jak na swoje czasy) znacznie więcej niż Rosja czy ZSRR. Ich spadkobiercy w Europie praktycznie ani razu nie przegrali z ludami zachodnimi, a jeśli już to tylko gdy ród we współpracy z własnym rodem genetyczny. Wszakże Prusacy mieli R1a, a nie niemieckie R1b. także kontyngenty atakujące Polskę pochodziły od wschodnich sił, czyli od Prusaków i Połabian.

„Syndrom Św .Wojciecha” – znani pseudopolacy, którzy byli obcokrajowcami

Do roku 2001 spis ludności nie umożliwiał deklaracji narodowości, a w czasach PRL-u nawet języka (choć i tak spisy był fałszowane na modłę komunistów). W wieku XIX co prawda można było zadeklarować język, ale na tym się kończyło. Badacze wiedzieli bowiem, że trudno kogoś pytać o narodowość, a raczej łatwiej ją ocenić dzięki pracy terenowej, jak Tacyt, Geograf Bawarski, Jordanes czy Prokopiusz z Cezarei. Po roku 1944 komuniści pozamieniali w historycznych mapach „spreachen” (mowa) na „narodowość” co było niezgodne z oryginałem. Potem było już tylko gorzej, bo okazało się że po wprowadzeniu możliwości zadeklarowania narodowości, ludzie nie wiedzą kima na prawdę są i teoria nijak nie zgadzała się z praktyką. Głownie dlatego, że nazwy ulegały zmianom, a narodowość mylono z obywatelstwem. Bo o ile ludność przeważnie woli (a nawet musi ze względów fizycznych) pozostać w jednym miejscu, o tyle języki na przestrzeni epok bardzo łatwo się mieszały. Zaczęło się niewinne, od „zagrożenia ze strony niemieckich bądź zniemczonych rycerzy ze Śląska” w powieści Sienkiewicza, przez prowokowanie bratobójczej wojny przez Konopnicką, pseudo-nacjonalizm w międzywojniu, propagandę PRL – aż do obecnego szaleństwa anonimów na grupach Facebook, YouTube i mediach „nacjonalistycznych” w rzeczywistości nie mających z nacjonalizmem zbyt dużo wspólnego. Bo jak można nazwać nacjonalizmem, walkę z własnym narodem, skoro część z nich (DOBROWOLNIE!) przyjęła obcy język by nie musieć się męczyć wśród kilkunastu odmiennych gwar? Działało to też w DRUGĄ stronę. I nie będę tutaj mówił o Koperniku, bo tutaj jest duża szansa (minimum 50%), że jednak był Polakiem.

Mickiewicz – Litwin

Mickiewicz urodzony na Litwie, był tym dla horroru, czym Tolkien dla gatunku fantasy. Mieszkał na Litwie, w polskojęzycznej prowincji, która uległa wpływom polskim na skutek obecności w tym samym państwie co Polska (Królestwo Kongresowe) i jako efekt unii polsko-litewskiej. Wykorzystując motywy słowiańskiego (i bałtosłowiańskiego) szamanizmu stworzył serię dzieł z wodnikami. duchami i demonami, praktycznie tworząc gatunek horroru literackiego w Europie, jak choćby rozpowszechniając motyw upiora i wampira (wąpiężą). Słowiański odpowiednik japońskiego „Kaidan” odniósł sukces też w Europie zachodniej i był inspiracją dla takiej twórczości jak „Wigilijna Opowieść”, doprowadzając do kolejnej już fali wpływów szamanistycznych na nadal mocno dość dualistycznyczny zachód. Mickiewicz jako uchodźca polityczny i konspirant, uciekł z Litwy do Polski przed ścigającymi go siłami Cara Rosyjskiego, a potem do Francji. W swoich dziełach wiele razy podkreślał, że jest z Litwy, którą nazywał „ojczyzną” i umieszczał w niej akcje swoich powieści. Choć dziady do zwyczaj ogólnosłowiański (a może i nawet sięgający dalej na wschód) to jednak na Litwie jest szczególnie popularny i po dziś dzień stanowi najbardziej charakterystyczne dla Litwy święto religijne.

Józek Piłsudski – Litwin

Rolę Piłsudskiego w polskiej historii trudno nie pominąć. Był to bowiem przez wiele lat Naczelnik Państwa w II RP i istotna dla polityki kraju postać – na jego pogrzebie był sam Adolf Hitler, który oczekiwał w II RP sojusznika na miarę słowackiego Józefa Tito. To też osoba, która wypędziła Rosjan z Polski i Austriaków z Krakowa – tak więc trudno o nim nie pamiętać. Podobnie jak Mickiewicz był on jednak Litwinem, urodzonym w Wilnie. Miało to ogromne znaczenie dla jego władzy, bowiem zdecydował się on o aneksji Wilna, właśnie ze względu na chęć powrotu do tych ziem. Omijał przy tym racje innych Litwinów i doprowadził do obecności Wilna w wielonarodowym tworze zwanym II Rzeczpospolitą, zaś Litwa musiała se poradzić bez swojej stolicy. W 1938 odbyła się manifestacja 100 000 osób odnośnie sporów terytorialnych, a II RP i Litwa znalazły się w stanie zimnej wojny. To skłoniło Litwinów, by stanąć po stronie ZSRR podczas Kompanii Wrześniowej. W 1939 roku Wilno zostało przekazane Litwie przez ZSRR i tak pozostało do dziś. Rodzina Piłsudskiego do Wilna już nie powróciła, pozostała w Polsce odcięta przez Linię Curtoza. Na litwie uważany był za zdrajcę, w Polsce za drugiego Jagiełłę. Temat jego litewskiego pochodzenia jest często nieznany. Dopiero stworzenie Trójmorza i Trójkąta Lubelskiego spowodowało obniżenie napięcia. To ciekawe, że w kraju gdzie osoby o korzeniach Polskich stanowiły mniej niż połowę ludności (pod względem języka nieco ponad) liderem też była osoba o rodzie nie-polskim. II RP była więc bardziej państwem Rusińskim niż Polskim. A na terenie Wilna do dziś mieści się siedziba partii i strefa wpływów Lenkios Nacjonalistai (Lechijscy Nacjonaliści) – czyli zwolenników międzywojennego ładu Wileńszczyzny.

Alexander Fredro – Ukrainiec/Alan

Granice Rusi oraz Polski przebiegały historycznie gdzieś w okolicach rzek San i Wieprz, oraz wyżej. Jednak na skutek unii Polski-Litewskiej, podobnie jak w przypadku Wileńszczyzny, język Polski stawał się coraz popularniejszy jako język codzienny na wschodzie Ukrainy. W latach międzywojennych toczyły się spory pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami obecności tych ziem w II RP (przeciwników było więcej) lecz sprawa ta jest długą historią. W XVIII wieku był raptem niewielkie zalążki tego konfliktu, bo j. Polski traktowano jako język międzynarodowy tak samo jak i Niemiecki, królowie regionu (poza znanymi powszechnie wyjątkami) dbali o rację swojego kraju, a nie o ideologie nacjonalistyczne. Aleksander Fredro to jeden z najbardziej znanych pisarzy publikujących w języku Polskim. Mimo tego był on Ukraińcem urodzonym w Lwowie – grodzie Alańskim/Rusi Czerwonej, który za czasów Królestwa Rusi Kijowskiej został przemodelowany na wzór murowany. Akcję jego komedii „Zemsta” umieszczono już na terytorium polskim (okolice Krosna), ale bardzo blisko granicy z Rusią Czerwoną. W roku 1945 w ramach triumfu Armii Radzieckiej nad obrońcami Wrocławia, komuniści zabrali Lwowianom pomnik Alexandra Fredry i umieścili go na miejscu pomniku Fryderyka Wilhelma we Wrocławiu, który został zanalizowany. Jego francuskie nazwisko pozostaje zagadką, lecz francuzem nie był, choć malarze lubili go tak stylizować.

Jan Brzechwa – Ukrainiec/Alan

Urodzony w Żmerynce Ukrainiec to postać legendarna pod względem twórczości. Czerpał on garściami ze słowiańskiej szamańskie tradycji ukazywania roli różnych zwierząt, personifikował co tylko się da i stworzył masę humorystycznych historii. To także autor powieści Pan Kleks, której adaptacje w latach 80-tych (robione już przez Polaków) stały się jednym z najbardziej specyficznych filmów w historii kinematografii Polskiej. Podkreślał rolę takich zwierząt jak Lis (Nemesis Kura) czy jeża (którego jak wiadomo Polacy upodobali sobie szczególnie). Nie chcąc mieszkać w Związku Radzieckim, uciekł do Warszawy, gdzie kontynuował swoje serie wydawnicze.

Juliusz Słowacki – Ukrainiec/Alan

Autor Balladyny to chyba największy rywal Mickiewicza. Podobnie jak wielu na liście miał korzenie Ukraińskie. Niestety nie zachowały się jego zdjęcia, a obrazu są lekko zdeformowane pod względem kształtu twarzy. Autor słynął przede wszystkim z Balladyny, dziejącej się za czasów Piasta w Gople, gdzie umieścił motywy mitologii słowiańskiej, oraz Lili Wenedy. Utworu, w którym pojawia się motyw ataku Lechitów (Polaków) inspirowanych przez Wikingów na Wenetów (Wołynian) w czasach przedchrześcijańskich. Motyw jest ciekawy, bo to jedyny utwór w tamtych czasach, gdzie Polacy grają rolę antagonistów. Być może Słowacki dość sceptyczni podchodził do kwestii relacji z Polską, w końcu był Ukraińcem, a tam zdania były podzielone.

Janusz Christa – Litwin

Był z rodziny litewskich uchodźców, którzy uciekli do Sopotu na wieść o utrwalaniu się nowej granicy Radzieckiej. Brał udział w bardzo wielu projektach komiksowych i artystycznych, między innymi w ramach kultowej serii Kajko i Kokosz, w ramach której powstało kilkadziesiąt albumów, obecnie powstają nowe dzieła jego spadkobierców, a także filmy animowane i gry komputerowe. W swoich dziełach łączył tematykę słowiańską, z swobodnie bądź nieświadomie dawanymi motywami rzymskimi, galijskimi i krzyżackimi, do tego nawiązywał do czasów autorowi aktualnych (między innymi biurokracji komunistycznej). Jego nazwisko „Christa” posiada typową dla krajów Bałtyckich końcówkę „sta”.

Maria Konopnica – Jaćwieżka/Sudowianka

To wyjątek w tym przypadku, ponieważ nie odnosi się bynajmniej do osoby, która pochodzi z rejonu spoza dzisiejszej Polski, lecz osoby która pochodzi z rejonu historycznie nie Polskiego i to nie będącego w granicach jeszcze za czasów jej narodzin. Jaćwieżanie bądź Sudowianie to ludność Suwalszczyzny, opisywana już za Tacyta, która nieprzerwanie zamieszkuje ten teren, który w XX wieku w pewnym sensie przez przypadek znalazła się w granicach Polski. W przeciwieństwie do Prusów, komuniści nie specjalnie fałszowali historię Jaćwigów, lecz nie obnosili się z nią. Jaćwigowie to jeden z narodów Europy do których najpóźniej dotarło chrześcijaństwo. Długo potem jak zaczęli przyswajać język Polski. Wpływ na to miały powiązania z Litwą i Polską. W chwili urodzenia Konopnickiej w Suwałkach, język Jaćwiński był niemal wymarły już od kilkuset lat, ale ludność ta nadal zamieszkiwała Suwalszczyznę. Postać jej autorkom bajki o sierotce Marysi, która czerpała z mitologii słowiańskiej, a także słynnej Roty, które jednak tekst jest mocno kontrowersyjny. Krytykuje bowiem „germanizację polaków”, które jednak była dokonywana przez innych Polaków, którzy po XIII wieku przyjęli język niemiecki. Charakter jej był wręcz ksenofobiczny i gdyby została hymnem Polski, z pewnością Ambasad Niemiec miała by sporo zastrzeżeń do tego incydentu.

Prace terenowe w Beskidach – czyli jak być w Peru, Kanadzie i Japonii, nie opuszczając kraju

Beskidy – czyli góry, które od dawna stanowiły ważną część kultury Polskiej, Słowiańskiej i ogólnie wschodnioeuropejskiej. Wraz z Bieszczadami i Podhalem wchodzi w skład kręgu kultury Wołoskiej (brzmi podobnie jak rosyjskie Vołokhov, ale i też może jest związane z Wołynianami/Wenetami). Tak na prawdę jest to krąg kulturowy powiązany z rodzimym Podhalem (Pod Halle), który to obejmuje jednak kulturę również Podkarpacia i Żywiecczyzny. Jest on nieco transnarodowy, bowiem wpływa też na dalszą stronę gór – w Czechach i Słowacji.

Zdajemy sobie sprawę, że Kultura Wołoska to nie tylko Podhale, ale też znacznie większa część Polski. Według dostępnych mi danych zaczyna się od Podkarpacia aż do Żywca, czasami zaczynając się już od terenów Lwowa. Trzeba jednak podać na porozumienie się ona znacznie dalej – aż do Sudetów okolic Czech, genetycznie słowiańskiej wschodniej Austrii, a także wychodząc częściowo na wschodnią Bawarię (komuniści tuszowali Wołoską tradycję Czechosłowacji i Dolnego Śląska, gdyż Dolny Śląsk uchodził za – „ten zły, nazistoski”).

Rejon Bawarii jest nieprosty geometryczny jeśli chodzi o geografię – niewielka jej część to specyficzny „spadek schodek” (mówiąc o granicach Bawarii), który idzie na wschód. Tam właśnie mieszkają potomkowie tak zwanych Słowian Bawarskich -wpłynęli one nieco na kulturę Bawarii Wschodniej – zachowali sporo zwyczajów między inni zdejmowanie butów po wchodzeniu do domu (nie ma w go Niemczech z wyjątkiem Połabia). Właśnie dlatego Hitler porównywał Bawarię do Podhala -ponieważ duży szlak Kultury Wołoskiej zostawił na Bawarii swoje ślady. 

Gdy Słowianie rozdzielali się na przełomie paleolitu i neolitu wówczas z Rosjan wyodrębnili się Białorusini z nich – Polacy. Ukraińcy również wyodrębnili się od Rosjan, tyle że bardziej na wschodnim-południu. Następnie Słowianie szli na północny zachód. Zarówno wschodni jak i zachodni szlak imigracyjny na południe, w pewnym momencie się zaczął z powrotem krzyżować gdzieś na terenie Daków, Traków (7 Słowiańskich Rodów czyli Bułgaria) czy Serbii.

Jednak kultura Wołoska to góry, zwróćmy jednak uwagę na to że daje bardzo dużo danych na temat tego jak stabilizował o się osadnictwo w naszym rejonie Europy bowiem góry były często trudne do przekroczenia – część ludności się tam zbierała dlatego też południe polski jest gęściej zaludnione, a ci którzy dali radę przekroczyć granicę gór oddzielali się do tego stopnia, że stworzyli nowe narody tak jak Czesi czy Słowacy. Dlaczego ludzie w Polsce bali się i nadal się boją budować w górach domy? Tutaj sytuacją może być odpowiedź w postaci mitu o biesach i czadach – bowiem Beskidy tak jak Bieszczady uważane były za siedziby biesów/czartów. taki sam mit od podobny mit o demonicznym wpływie gór można znaleźć między innymi w Japonii – do dziś widać ślady takich wierzeń zarówno w Japonii jak i Polsce.

Wyprawę zaczynamy od Koniakowa, czyli jednego z centrów folkloru Beskidzkiego, od przeganiania owiec. I w sklepie z dziełami ludowymi już na początku każdy miłośnik archeologii polskiej ma potężne Deja Vu – to co tutaj widać, to wypisz wymaluj fibule Kultury Przeworskie (środkowa i południowa Polska, okres do V wieku n.e). Zgadza się motyw zawieszki, motyw falki na zawieszce, a nawet specyficzne „palce”. Do tego znaczek „gwiazdy” jest zupełnie identyczny, jak te z wykopalisk Kultury Przeworskiej. To cu tutaj widzimy jest niezbitym dowodem na przekazywanie z pokolenia na pokolenie od czasów późnej starożytności do dziś specyficznego wzoru fibuli, który choć uległ ewolucji i różnym rozgałęzieniom to jednak jest dalej widoczny, a jego najbardziej istotnym śladem jest słynna rozeta zakopiańska. Krótko mówiąc mówimy o rękodziele z tradycją sięgającej co najmniej 2000 lat.

Tu z kolei widać inne odmiany – tym razem pojawia się skromniejszy motyw, ale zachowano ogólny wzór, pojawiają się wzorki jakby Kaukaskie, a i też elementy synkretyczne.

Tutaj z koleii znany motyw gwizdków zrobionych na kształt kur, gęsi i ptaków. Gwizdki takie wylepiano u nas jeszcze przed naszą erą (wraz z szklankami w kształcie Indyków) i można je podziwiać w muzeum na warszawskim arsenale. Tradycja conajmniej 4 000 letnia.

Tu z kolei – kolejny już symbol słońca, czyli słynna koronka. Występuje w wielu odmianach, a jednym z jej fenomenów jest to, że ma nieskończoną liczbę osi symetrii.

Zwiedzanie kontynujemy patrząc na specyficzne ptaszki z charakterystycznym kształtem dzioba, oraz charakterystyczne figurki uwielbianego w naszym rejonie Europy – kota.

Tutaj z kolei mamy jedną z odmian symbolu zwanego potocznie „Perunicą”. Ta wariacja znana jest chociażby z wykopalisk, które pochodzą z czasów wczesnego średniowiecza, a dziwnie podobny znak jest znakiem jednego z japońskich rodów (różni się w zasadzie tylko liczbą linii). Ten symbol wykorzystał George Lucas (masowo inspirujący się Kurosawą), tworząc logo dla Separatystów z Trylogii Proqueili. A to tylko jeden z wielu przypadków analogii między Słowianami, a Japonią.

 W muzeum, w którym mamy między innymi gigantyczne góralskie instrumenty dęte. Trudno powiedzieć czy to kobza czy coś innego po prostu jest to szokiem dla warszawiaka… Do tego pokazy malunków góralskich i kolejnych koronek.

Tutaj można już ocenić jak bardzo dużo instrumentów stworzyli dawni Słowianie. Gwizdki, rogi (co widać na posągu Światowida i babach pruskich) a także to co widzimy tutaj, czyli wielkiej coś – trudno właściwie to opisać. Prócz tego flet wydający ultradźwięki i będący czymś na kształt harmonijki, który odnaleziono ZX wykopaliska Kultury Pucharów Lejkowatych. Możemy zrekonstruować muzykę słowiańską na podstawie tego typu instrumentów. W końcu Celtowie znają już swoją starożytną muzykę, to może czas na nas?

Posąg ala totem, czyli wzór człowieka z drewna, który w młodości powodował u mnie strach (nie wiem czemu, może przez tą „drewniany/łupany” wzór?). Z drugiej strony postać, która siedzi i się podpiera, a może ma puste wnętrze? Do tego kij czyli nieodłączne insygnium Baby Jagi, ale o czarach będzie potem.

Trochę sztuki ludowej, czyli coś zupełnie innego niż malarstwo zachodnie.

Brzask na tle kłosów, oraz sad – motywy przypominające tła z najlepszych odcinków Wiklinowej Zatoki i Kota Filemona.

Zjeżdżamy nieco na połnocny-wschód koło Wisły by odwiedzić fantastyczne miejsce, czyli Kolibę pod Czarcim Kopytem.

A teraz etymologiczny łamijęzyk wyrazów pokrewnych: Piekielny czart w piecu pieczary, czarami czarne pieczarki w czarze piecze.

Na samym początku zwracamy uwagę na kolejny słowiańsko-ałtajski symbol – czyli gwiazdkę, która do dziś gości na fladze Udmurcji.

Głowa czarta – oczywiście zrobiona w sposób „ciosany” – to dodaje jej nie tylko lokalnego stylu, ale i też czegoś strasznego.

Tutaj z kolei wielka noga nie wiadomo czego. U Słowian granica między materią ożywiona, a nieożywioną jest bardzo mylna!

Piec z czasów, gdy okolice były niemieckojęzyczne. Widzimy tutaj krzyż żelazny, czyli symbol słońca, który istnieje w Europie Wschodniej co najmniej od czasów Kultury Łużyckiej, a jest na pewno znacznie starszy, bo podobne symbole znajduje się chociażby u ludów ałtajskich.

Zawsze, gdy widzę taki klimaty przypomina mi się pewne bajki, związane z pieczarami, które widziałem jak byłem mały. Żwirek i Muchomorek, Bazyliszek, Smok Wawelski? Gdzie to było? Tak czy inaczej motyw diabła to co innego niż chrześcijański „upadły anioł”, a czarty przedstawia się w sposób specyficzny, co widać chociażby, o tym jak się przedstawia diabły w książeczkach dla dzieci. Gdy tutaj jesteśmy mamy właśnie taki piecowy/kielny klimat, rodem klimatu dobranocek z początku naszego millenium, tylko że tym razem natrafiliśmy na twarz rodem z Dooma.

Skoro dla słowian ogień był tak ważny, że aż istniał jego patron Swarożec – to może dlatego, podchodzimy do demonów tak „baśniowo” i diabeł stał się u nas czas pozytywną (czasami) postacią?

Marcin Luter w grobie się przewraca? Trzeba by było zacytować słynny tytuł rozdziału „Szatan z piątej klasy” – „Diabeł wyskakuje z kominka” i nasze diabelskie loga do marek węgla drzewnego by zrozumieć klimat, którego nie zrozumią mieszkańcy Zachodniej Europy.

Trafiamy do Żywca i widzimy żywą rzeźbę, zrobioną na kształt ptaków, które były robione z drewna, w pamiątkowi.

Tutaj z kolei mamy tablicę pamiątkową – ród Hasburgów (wywodzący się ze słowiańskich Noryncjan, choć potem niemieckojęzycznych) rządzi w Austrii do dziś.

Do muzeum zapraszają nas różnorodne wystawy – między innymi informacje o stróju żywieckim, wraz z jakby żupanem, który przypomina męskie kimono.

Leliwa, czyli odmiana tamgi i jednocześnie polski wariant herbu Kaganatu Mongolii. Leliwa to Polska, nazwa ale ten symbol jest popularny w wielu miejscach Europy Wschodniej i stepów Azji. To po prostu słońce wschodzące nad doliną, co było widać chociażby w przypadku flagi Nepalu.

Herb Żywca – orzeł jak widać analogiczny do tamgi Ukrainy i to nie jest przypadek, bo nasz orzeł to właśnie tamga, choć początkowo model ewoluował być może z kura.

Chramy animistyczne i kościoły (polsko jasełkowe) jednocześnie czyli przykład na to jak na chramach słowiańskich wzorowano kościoły (czytaj „centra synkretyzmu religijnego).

Żupan.

Najświętsza Maryja Panna stylizowana na bardziej polskie motywy.

Kolejny już kontusz.

Chińsko japoński budynek – paradoksalnie najbardziej pasujący do klimatu Beskidów budynek w okolicy.

Kolejny przypadek architektury sakralnej w obszarze „Wołochowa”.

Specyficzne kapliczki, które stawiano na rozstajach dróg by odpędzały czarta – do środka wstawiało się różne rzeczy (potem figurki NMP). Bardzo podobne robi się w Japonii (motyw taki pojawił się chociażby ze słynnym Serebii z Pokemonów), gdzie wkłada się figurki kamienne buddyjskiego mnicha. Mam lekkie wrażenie, że styl ich rzeźbienia przypomina Baby Pruskie, ale to już dalsze dochodzenie.

Perun i Dziadek Mróz? A może Święty Mateusz i Święty Mikołąj? Tak na prawdę to właściwie jedne i te same postacie. Czemu? Bowiem „kult świętych” wywodzący się z Polski, to właśnie pozmienianie imion duchom słowiańskim. Patrząc na styl figur, widać że wystarczyło Białobóg skrócić na „Bóg” i mamy już „chrystianizację”.

Latarnia – coś dziwnie kojarząca się ze Shinto, co jest coraz bardziej widoczne, gdy idziemy w stronę dalszej częśći muzeum.

Tutaj z kolei można zauważyć, że wzór na kratach jest niemal kopią wzorów Kazachstańskich, czyli jednych z najbardziej znanych wzorów ałtajskiego kręgu kulturowego, którego wywodzi się też kultura słowiańska (pokrewieństwo z Kirgizami czy mieszkańcami gór Ałtaj jest potwierdzone, podobieństwa kultur widzimy własnymi oczyma) – widać coraz większy synkretyzm wschód-zachód.

Kapliczka-totem

Motywy z Jasełek, zawierające zarówno przedchrześcijańskie motywy, jak i motywy późniejsze.

Kolejne rzeźby, które stylem przypominają japońskiego „Boga bez twarzy”.

Motyw w stylu masek Oni

Stare zdjęcia górali Beskidzkich, którzy przypominają Indian z Peru. Paradoksalnie Indianie mają więcej cech z Polakami, niż Niemcy czy Francuzi.

Przekrój haty w wiadomym nam stylu.

Wracamy do miejscowości, z której zaczynaliśmy i odwiedzamy muzeum koronek.

Właśnie to różnorakich eksponatów z zwrócimy uwagę na tak zwane łapacze snów czyli stare talizmany, które miały odpędzać demona zwanego Marą od człowieka kiedy spał. Z identycznego motywu korzystali/ją Indianie z Kanady czyli tak zwani Inuici oraz Indianie w północnej części USA. Za to wzór przypinana są niektóre wzory wykorzystywane na Nepalu. Ułożone są w koronkę która coraz bardziej przypomina mi chryzantemy z herbu Japonii poza tym, jestem pewien że widziałem w Japonii w jednym miejscu praktycznie identyczne wzory które były częścią japońskiej sztuki ludowej.

Słynne białoruskii motyw, choć może się też kojarzyć Chorwacją albo Ukrainą czy Bułgarią w Polsce też dosyć obecny. Zauważmy że są tu specyficzne białoruskie trzy kwiaty. Widzimy tutaj również uralskie zygzaki przypominające te na wzorów ludności Jamalskiej. Obecne są również na specyficzne znaczki przypominające ten na fladze Udmurcji, a także charakterystyczne dla Obwodu Jamalskiego znaczki strzałek, które stały się jednymi inspiracją dla stworzenia loga Galerii Północnej w Warszawie.

A tutaj coś jakby lekko kołowrót/swarożyca.

Orzeł w wersji koronkowej – widać bardzo dobrze, że kształt wywodzi się z tamgi.

Podróż kończymy w trójwsi, gdzie stykają się trzy granice państw. Koło słupa wzorowany na totemie widzimy coś niezwykłego – grupa osób podchodzi i zaczyna pochód w kółko i machać flagami tańcząc, a następnie mówiąc po słowacku „dziękujemy ci za zbawienie narodów”. Nie ma wątpliwości że jest to synkretyzm szamanizmu słowiańskiego z chrześcijaństwem.

Geneza binarności społeczeństwa Polskiego

Według nieprawdziwej, paranoidalnej, agresywnej, schizofrenicznej, głoszonej przez internautów-komentatorów i zarabiające na reklamach i clicbaitach media wersji historii, Polska przez wiele lat była fatum-ofiarą innych państw, przegrywała, była napadana przez „Niemców”, nie może nikomu ufać, a w roku 2016 nowa partia rządząca nagle „podzieliła Polskę” na dwie części polityczne i doszło do apokalipsy.

Jednak szybko zwrócimy uwagę, że Polska była podzielona na te dwa strefy już w 2005 roku, a nawet w latach dziewięćdziesiątej istniał ten podział.

Polska jest jedynym kraj w Europie który jest idalnie podzielony na dwa strefy wpływów, dwóch patii. Wyjątkiem jest Bośnia i Harcegowina, tam jednak geneza zjawiska jest znana. U nas nie jest to efekt rozbiorów bowiem, jeszcze większe poparcie KO niż w dawnym zaborze Pruskim (obszarowi PiS odpowiadać maiłby zabór Austriacki i Rosyjski) bowiem największe poparcie posiada ono – w samym Prusach. Skąd on się wziął skoro nie z rozbiorów, ani z kwestii ekonomicznych? Aby to zrozumieć trzeba nie tyle przewrócić historię „Polski” na głowie, co raczej odwrócić dawno odwróconą, na jej właściwe miejsce – wówczas przestają istnieć zjawiska przeczące się, a historia kraju staje się spójna i rozleglejsza. Trzeba wpierw zrozumieć, że rozbiory nie były przyczyną podziału, a jego skutkiem, a idąc prawem przechodniości implikacji, zwanym też prawem sylogizmu – Władysław Wygnaniec wywołał pośrednio II Wojnę Światową. Jak to możliwe? 

Choć może się to wydawać na początku bełkotem, to w rzeczywistości rozbiory, kompania wrześniowa czy bitwa pod Grunwaldem były konfliktem wewnętrznym jednego ludu (potomków mieszkańców Civitas Schinesghe opisanym prawnie w Dagome Iudex, czyli Polski), a reszta z nich była związana toczona z co prawda nie Polakami, ale ich bliskimi krewnymi (Rosjanie, Ukraińcy, Noryncjanie, Połabianie). Niemcy znaleźli się w „niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie” stając się ofiarą działań, niektórych odłamów Polaków, którzy zmienili bieg historii w Europie, zaś na Wołyniu, Ukraińcy zabijali innych Ukraińców. Powszechnie kojarzona historia Polski od roku 966 to mniej niż połowa działań sukcesorów państwa Bolesława Krzywoustego, rozbicie dzielnicowe skończyło się w 1945 roku, a podział na Polskę A i B (polityczny) istniał od XIII wieku i jego konsekwencje były większe niż jakikolwiek inny podział jednego kraju. Istotne jest to, że w roku 1946 komuniści sfałszowali dane o pochodzeniu ludności ziem odzyskanych, tym samym historia została ukryta, choć już wcześniej dochodziło do dużych zatarć przez jedną ze stron. To właśnie ta historia  doprowadziła na przestrzeni wieków do wytworzenia się dwóch odłamów Polaków, gdyż podział polityczny spowodował, że jeden lud zaczął działać nieco inaczej, rozdzielony na dwa odłamy, a następnie jako skutek wykonania przez parlament w 1990 roku trzeciego paragrafu Deklaracji Jałtańskiej w sprawie Polski zmuszony do reunite. To właśnie to jest przyczyną obecnego konfliktu między dwoma połowami Polski.

Idąc drogą ewolucjonizmu, sytuacja przypomina obserwację Łuszczaków Darwina. Jedno stado rozdzielone górą, powstałą przez wybuch wulkanu zaczęły różnić się od siebie coraz bardziej. Nadal były wprawdzie w 100% Łuszczakami, ale jednak posiadały pewne odmienne cechy. W ten sam sposób doszło do zmian w polskim społeczeństwie po XII roku kiedy to z pośród niezależnych księstw, Księstwo Śląskie, ciągnące się od Gorlic po Katowice, porzuciło legalne zwierzchnictwo senioralne i zaczęło funkcjonować jako niepodległe, tą samą drogą poszło Księstwo Zachodniopomorskie oraz Mazowieckie. W XIV wieku doszło wprawdzie do zjednoczenia części ziem polski, ale nie całej – to przesądziło o wszystkim.

Niezbędnym elementem w zrozumieniu, że konflikt trwa po dziś dzień jest kwestia ciągłości osadniczej na ziemiach odzyskanych. Nie było bowiem żadnym wysiedleń z Ziem Odzyskanych w 1945, ani przybycia emigrantów z kresów. Akcja „Wisła” też była fałszerstwem. Co prawda zdarzały się przypadki emigracji, ale były one raczej śladowe w porównaniu z „oficjalną” wersją przedstawioną w 1946 na plakatach propagandowych podczas akcji „3x Tak”. „Statystyki” i „mapy” z propagandowych plakatów komunistycznego reżimu do dziś goszczą jako kalka w wielu współczesnych książkach…

Jedną z podstawowych elementów dyfuzjonizmu jest odwieczne pytanie „autochton czy allochton”? Bowiem jeśli jakaś populacja mieszka w tym samym obszarze to lud jest tożsamy co do terytorium. Jeśli jednak ludy zmieniły swoje miejsce zamieszkania to trudno utożsamiać kraj z ludem. Jeśli stwierdzić kto pochodził od kogo, można sprawdzić np. kto zaatakował dany kraj i kogo potomkowie mogą wziąć za niego odpowiedzialność (roszczenia terytorialne, reparacje, długi zagraniczne). W ten sposób, prawda dywizjonistyczna może być grą o reparacje warte bilion euro, co za tym idzie – jego fałszowanie jest opłacalne. Na odpowiedzialności pokoleniowej się nie kończy – bowiem logiczne jest, że jeśli lud posiadał daną kulturę to jego potomkowie musieli posiadać kulturę wywodzącą się z kultury swoich przodków.

Tym samym Polak i Polką nie może mieć syna Niemca, bo to tak jakby śliwki rosły na gruszy. Można co prawda przyswoić język, jednak na tym możliwości się kończą. Narody utrzymują mentalność przez ponad 14 000 lat – zmiany idą jeszcze wolniej niż w przypadku ewolucji fizycznej (widać to chociażby w przypadku rozdzielonych dawno od siebie plemion na Syberii). Należy więc sięgnąć po najnowocześniejsze metody badania dyfuzjonizmu, gdyż kultura i mentalność przekazywana jest wychowaniem z rodziców lub dziadków na dziecko, nie może się przenosić samowolnie bez nośnika w postaci ludzi. Tym samym Polak, który będzie mówił już tylko po niemiecku, bo jego rodzice (Polacy) nauczyli się go, zawsze pozostanie Polakiem, co będzie miało ogromny wpływ na jego zachowanie, zaś deklaracja innej narodowości jest tylko słowem i nie może być traktowana jako dowód naukowy. Przykładem jest chociażby to jak deklarują się syberyjscy nomadowie w Rosji. Wielu z nich deklaruje w spisie narodowość „Rossiya”, a zapytani twierdzą, że ich naród jest częścią Rosjan (tak jakby Kaszub deklarował narodowość Polską), co świadczy o zmianie definicji i o tym, że każdy rozumie to inaczej, więc spis ludności nie może być dowodem. Spisy o narodowość robi się dopiero od 30 lat, zaś przed wojną można było zadeklarować tylko język (po wojnie do 1989 – już nie). Trzeba więc zastosować starą, zwięzła metodę klasyfikacji czyli wariant esencjonalistyczny (bezwzględny) uznający narodowość za dziedziczną, wraz z wychowaniem.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że przesiedlenia, które miały być dokonane w 1946 roku są pozbawione dowodów i każde testy temu przeczą – a wręcz potwierdzają ciągłość osadniczą na ziemiach odzyskanych, tym samym konflikt między Polską A, a Polską B nie jest sprawą obecnych dekad, lecz konfliktem, który sięga drugiej wojny światowej i wiele wieków dalej.

Wydestylowane DNA ze szkieletów mieszkających na ziemiach odzyskanych na samym początku XX wieku mogą być łatwo porównywane z DNA współczesnych mieszkańców. Do prowadzenia badań nie używa się jednak porównania podobieństwa genów lecz haplogrupy DNA-Y, czyli specjalnego markera, oznaczającego, że ludzie o tym samym numerze pochodzą od jednej pary. Na świecie jest ich ponad 30 (z czego 3 występują we wschodniej Europie, zaś w Europie zachodniej są 4 zupełnie inne.) lecz włącznie z grupami rzadkimi, występującymi np. wśród jednego procenta danego narodu, bądź w pewnych plemionach jest ich na świecie ponad 300. 

Na warsztat weźmiemy następujące haplogrupy: R1A1A7, N1C1, J2, R1B, J1, Z czy X (nazwy umowne, proszą o nie sugerowanie się bez sprawdzenia kwestii terytorialnych i najstarszych odkrytych szczątków). Oprócz tego sprawdzimy czasami jakim mutacją podlegały. W ten sposób z łatwością prześledzimy trasę migracji ludów, posługując się zbiorem danych gromadzonych i mapowanych przez Eupedię oraz inne strony, oraz wyniki German Language Family Tree DNA Project Robert Gabel. W ten sposób udowodnimy dyfuzjonistycznie kto jest kim.

Dane z PRL zakładają, że w niemal wszystkich gminach ziem odzyskanych, ludność rdzenna (nie-przesiedleńcza) stanowi od kilku procent, do paru promili populacji, która miała być ludnością Polską, która przetrwała wymyślony przez komunistów „Drang des osten”  (zakładały, że na tych terenach nie mieszkał w 1946 roku ANI JEDEN Niemiec). Słowa Drang des osten powstały w latach 30-stych i oznaczały poglądy III Rzeszy odnośnie zmian granic na zachód. Komuniści użyli nazwy jako „Niemiecki spisek na Słowian”, mający „ich wysiedlać” i przejąć Europę. Prawda jest taka, że imigranci z Niemiec nie stanowili jednak większości mieszkańców ziem odzyskanych, choć większość mówiła po niemiecku, ale na tym się kończyło.

R1A1A7 (zwane też jako Z-283 lub Eur14) jest obecne u ponad 60% Polaków. Nasz najstarszy, znany przodek urodził się 12 000 lat p.n.e. w mroźnej Karelii nad jeziorem Onega, potem zaś oddzieleni od Karelian, migrowaliśmy na teren Bugu i Odry, a ci którzy zostali po drodze – założyli Ruś. Owa haplogrupa jest obecna praktycznie wszędzie w kraju, ale zmniejsza się jej ilość na ziemiach odzyskanych oraz w rejonie Prus Wschodnich. Gdyby doszło do przesiedleń, wówczas geograficznie amplituda była by niewielka. Bowiem np. do Lubuskiego miano przesiedlić spolonizowanych Białorusinów, którzy też mieli taką samą haplogrupę. Już na tym etapie widać, że różnica jest zbyt wyraźna by uznać fakt przesiedleń. Dowodów jest jedna znacznie więcej.

Tereny Warmii i Mazur (szczególnie północne) są przesiąknięte uralską Haplogrupą N1C1 (wywodzącą się z nad morza arktycznego). Taka sama występowała u Prusów (jeden z ludów zaliczanych do Bałtów) i to w podobnej częstotliwości (Ponad 60%), od co najmniej czasów średniowiecza. Do natężenie haplogrupy idzie płynnie od Kalinigradu, przez Gołdap, zmniejszając się dopiero w okolicach wysokości Iławy (30%). Dlaczego? W XIII wieku na te ziemie zawitali osadnicy z Mazowsza zwani „Mazurami”, którzy żyli razem z Prusami. Taki fakt istniał już w XIII wieku i utrzymywał się dalej w XX wieku – tutaj widzimy, że nic się nie zmieniło przez 70 lat od końca wojny. Co prawda na te tereny mięli (według danych z PRL) przyjść też wysiedleni z Litwy spolonizowani Litwini (między innymi z Wilna), lecz wówczas haplogrupa N1C1 (występujące też u Litwinów w ilości 50%) była by rozłożona równo po województwie. Druga połowa miała zaś pójść na Pomorze Zachodnie i Gdańskie – tam zaś obecność tej haplogrupy wynosi od kilku procent do niemal zera).

Pochodząca z Niemiec haplogrupa J1 zwana południowoskandynawska (ludzie podobnej urody do Francuzów tyle, że z jaśniejszymi włosami) występuje licznie w rejonie Wolina, Wschodniej Wielkopolski, środkowej części wojewódzywa Lubuskiego oraz pasa przybrzeżnego Pomorza Zachodniego. Wolin jest powszechnie znany jako ośrodek wymiany handlowej między Wikingami, a Polakami. W niektórych powiatach stanowi ponad 30%. Razem jest ich kilkaset tysięcy. Co ciekawe, według skandynawskich legend, w IX wieku część wikingów miała wyemigrować na tereny dzisiejszej Wielkopolski i województwa Lubuskiego, zaś obszary te zgadzają się z DNA, ponadto wszystkie mieszczą się koło rzek płynących ostatecznie przez Wolin. Jeśli prawdziwe były by dane o wysiedleńcach, nie powinno tam być tych haplogrup. Sprawa wyjaśnia ponadto obecność osób rudych w Polsce, którzy padali czasami ofiarą rasizmu.

Poważną sprawą jest haplogrupa R1B zwana potocznie „celtycką” – występuje ona masowo wśród Niemców (szczególnie na południu), Francuzów, Hiszpanów, Włochów czy Anglików, zaś jej początek sięga zapewne Grecji. W Polsce występuje ona na zachodzie i południowym zachodzie kraju. Jej rozmieszczanie i ilość zgadza się z obszarami, gdzie w XII sprowadzono osadników Niemieckich. Około 20% mieszkańców Dolnego Śląska czy wschodniej Wielkopolski ma pochodzenie Niemieckie. W rejonie Dolnośląskiego Zagłębia Miedziowego, Pomezani (Malbork, Tczew), Stargardu ludność ta stanowi nawet połowę ludności, zaś w gminie Bogatynia, stanowi większość. Warto jednak dodać, że już przed wojną stanowiła na późniejszych ziemiach odzyskanych taki sam odsetek. Mapy współczesne i mapy DNA kopalnianego zgadzają się najbardziej w przypadku okolic Malborka, gdzie od Nowego Dworu Gdańskiego obszar R1B rozszerza się w kształt „kropli wody”, aż do Torunia i Bydogszczy, zaczepiając nawet o Płock o niektóre obszary Północnego Mazowsza, okolic gmin przed wojną protestanckich. Jeśli by więc na siłę powtarzać dane o „wysiedleńcach” trzeba by było uznać, że komuniści musieli by więc, albo umieć odróżnić kto ma R1B i zostawić ich w spokoju, albo określając pochodzenie po wyglądzie, z jakiegoś powodu zostawić ludzi o germańskim pochodzeniu, a ludzi o wyglądzie słowiańskim wysiedlić. Tak więc nie ma wątpliwości, że do wysiedleni dojść nie mogło. Gdyby wersja allochtoniczna była by prawdziwa, po R1B nie było by śladu. Osoby pochodzenia Niemieckiego stanowią, aż 10% populacji Polski (na ziemiach odzyskanych – 20%). Takie osoby wyróżniają się między innymi, szczęku wysunięta w dół, odsłoniętymi „żabimi” powiekami, czy większym zarostem lub brakiem prostych włosów, przypominając ludzi z filmów amerykańskich, niż rdzenną ludność Polski. Takie pochodzenie ma niejeden znany „Polak”, jak chociażby jedni z najbardziej znanych polskich polityków – Donald Tusk, Magdalena Ogórek czy Antonii Macierewicz. Można zobaczyć też, że mają twardszy – suchszy akcent czy też głośniej wydychają powietrze. Różnią się też oczywiście znacznie pod względem mentalności co bardzo zmienia funkcjonowanie obszarów, gdzie mieszkają. W naszym kraju mieszka ponad 2 mln osób o takim pochodzeniu. Mimo to nigdy w historii nie stanowili na ziemiach odzyskanych większości.  

Duże emocje powinno wzbudzić również sprawa z J2 – haplogrupą południowosłowiańską, która narodziła się najprawdopodobniej pod Moskwą. Ta haplogrupa była i jest silnie obecna na Ukrainie (40%), także w rejonie Wołynia. Obecna jest też na terenach Rusi Białej i Czerwonej, które na skutek zmian politycznych, znalazły się ostatecznie w graniach Polski (Zamość, Sanok). Nie były one jednak obecne w pierwotnych granicach Polski (dagome iudedex), a według badaczy w X wieku były zamieszkiwane przez ludność używającą języków wschodniosłowiańskich (praukraiński, prabiałoruski). Ich obszar zgadza się z obszarem występowania J2 na terenie obecnej Polski. Nieco maleje w porównaniu do obszaru Lwowa, ale i tak jest silny i widać, że migracja była stopniowa, w trakcie zasiedlania Europy wraz z przejścia paleolit à neolit. W okolicach Nowego Sącza urywa się i w okolicach Katowic już jej nie ma. Według „oficjalnych” danych (podręczniki PRL i współczesne remake ich map) niemal cała ludność Dolnego Śląska miała pochodzić z Lwowa. Ponad 800 000 Lwówczan i okolicznych mieszkańców miało być wysiedlonych na Dolny Śląsk, gdzie mieli zastąpić 3 mln „Niemców”, a następnie rozmnożyć się do 3 mln w ciągu kilku dekad (miało być to ponad 80% ludności „wysiedlonej” z Ukrainy). Na Dolnym Śląsku jednak nijak nie widać haplogrupy J2. Występuje co prawda w śladowych ilościach, ale nie w większym stopniu niż na Mazowszu – w okolicach kilku procent. Zaczyna się ona dopiero w rejonach Zamościa czy Sanoka i osiąga płynnie apogeum w rejonie Ukrainy. Nie ma danych o imigracji Polaków na Ukrainę kilka wieków temu, a testy potwierdzają, że „Polacy z Lwowa” byli polskojęzycznymi Ukraińcami (choć mógł to być dialekt połączony) i nigdzie nie poszli po 1945 roku, a Wołyń był wewnętrznym konfliktem samych Ukraińców. Obecność grupy na wschodzie kraju neguje też autentyczność akcji „Wisła”, w które miało dojść do wysiedlenia 2 mln Ukraińców z terenów wschodniej Polski w nowych granicach i rozproszyć ich na Pomorze Zachodnie i okolice Gołdapi. Patrząc jednak na tak wysoką gęstość J2, brak jej w Gołdapi czy Pomorzu Zachodnim, można mówić o wysiedleniu nie więcej niż 30 000 ludzi. Reszta została. Gdyby  przesiedlenia w 1945 roku były prawdą, wówczas J2 było by nieobecne na wschodzie, zaś wysoko obecne na Dolnym Śląsku i trochę na Warmii.

Do tego trzeba dodać bardzo egzotyczne haplogrupy jak X, występujące u potomków Słowian Połabskich i mieszkańców polski zachodniej (gdyby przesiedlenia, nie było by jej w naszym kraju) czy bardzo rzadka haplogrupa występująca w rejonie południowego krańca województwa Opolskiego, oprócz niego występująca TYLKO w Finlandii (20%) i do dziś nie wiadomo skąd się tam wzięła, ale gdyby doszło do wysiedleń, nie mogło by jej tam być, a po 1945 do tego rejonu nie przybyli żadni osadnicy z Finlandii… (tak samo jak po 1945 roku nie było imigrantów ze Skandynawii czy Niemiec)

Jeszcze jedną sprawą jest kwestia mutacji R1A1A7, którą opublikowano na Reddicie jako R1A subsclades. Największa w Polsce są mutacja środkowoeuropejska i wschodnioeuropejska. Wschodnia jest obecna dokładnie tam gdzie jednocześnie znajduje się ludność z J2 (oraz obszar Podlasia), a reszcie kraju miesza się z mutacją środkowoeuropejską. Z kolei mutacja występująca na wyspie Wolin jest taka sama jak mutacja występująca na niemieckiej części wyspy Uznam (Słowianie Połabscy) – pamiętajmy że za czasów Mieszka  cały uznam był częścią Polski. Istnieje ponadto mutacja typowa tylko dla rejonu Olsztyna, oraz najważniejsze – mutacja dolnośląsko-czeska. Mutacaj R1A1A7 u mieszkańców Wrocławia, Zielonej Góry czy Wałbrzycha jest taka sama jak mutacja R1A1A7 u środkowych i północnych Czech – co oznacza, że ci ludzie musieli tam być zanim jeszcze wykształcić się podział na Czechów i Ślężan/Sylingów, po odłączeniu się tych pierwszych od drugich, po drugiej stronie Sudetów. Do tego badania Venetian Ambassador – You Venetian Ancesor, pokazały, że zachód Polski ma w R1A mniej mutacji środkowoeuropejskiej, niż ziemie wschodnie i środkowe.

Można też dodać wyniki badań Uniwersytetu Jagiellońskiego, który przebadał szkieletów z przełomu er (Sudowianie, Suebowie, Wistulanie, Wandalowie, Goci, Bastarnowie, Stawoni, Gepidzi) oraz robiąc to samo ze szkieletami z X wieku i współczesnej Polski (a także jeszcze dalszych okresów jak okres Pucharów Lejkowych czy Łużycki) potwierdził ciągłość osadniczą na terenie niemal wszystkich powiatów w Polsce od 10 000 lat p.n.e. do dziś. Informacja ta jednak była wykorzystywana, głównie do śledzenia historii Słowian przed chrztem, nigdy nie została wykorzystana do śledzenia jakże bardzo istotnych wydarzeń późniejszych. Skoro jednak dzisiejsi Dolnoślązacy to potomkowie Sylingów to nie mogą pochodzić z Wołynia.

Gdy zdamy sobie sprawę, że ci którzy żyją z resztą Polski są ludnością autochtoniczną – tą samą co przed wojną, musimy zdać sobie sprawę kim byli. Jak wcześniej wyjaśniałem Księstwo Śląskie i Zachodniopomorskie (tak jak i Lubuskie – Nowa Marchia) było odrębne – pojawił się jednak kolejny gracz – Państwo Zakonu Krzyżackiego.

Gdy krzyżowcy po długich latach walki pokonali agresywnych w stosunku do Polaków – Prusów, utworzyli tam własne państwo, oraz sprowadzili osadników z Niemiec na tereny Pomezanii.

Z czasem wszystko się zmieniło, bowiem do zakonu mógł wstępować każdy niezależnie od stanu bo zakon krzyżacki, choć uzbrojony – był stanem duchownym. W ciągu standardowego pokolenia Prusowie zdominowali rekrutację i w krótkim czasie przejęli całkowite udziały w Zakonie jego państwie, w ten sposób poświęcenie krzyżowców w pacyfikacji agresywnego państwa poszło na marne, a zakon krzyżacki przybrał radykalną, bałtowską formę. Spora część Mazowszan imigrowała na Prusy, z tego powodu na południu stanowi tak dużą ilość, że jeden z obszarów zwano Mazurami – oni też stanowili niemal równy duży udział w zakonie. Aneksja przez PZK Pomorza Gdańskiego, zalała kadry Kaszubami, ostatecznie Polacy przekroczyli połowę ludności, zaś Prusowie mówili z nimi jednym zdaniem.

Zawiązano sojusz z Śląskiem i Pomorzem Zachodnim oraz Nową Marchią (Lubuskie). Zaś na północy los zakonu krzyżackiego, podzielił Zakon Kawalerów Mieczowych, w krótkim czasie przekształcając się w państwo Estów i Łotyszy.

Horągwie PZK. Widać tutaj flagi Prus, a także Kujawsko-Pomorskiego. Większość herbów ma kolory biało czerwone, widać tutaj nawet słynną szachownicę. Stało się to dlatego, że biel i czerwień oraz tamga (analogizna do kształtu orła) były narodowymi barwami pogańskich Prusów, co świadczy o ciągłości kulturowej, a trochę elementów dołożyli też Mazurzy.

Wybuchła wojna pomiędzy tym sojuszem, a Zjednoczonym Królestwem Polskim, Mołdawią i Mazowszem, wspieranym przez Rosję, Litwę (wraz z okupowaną przez nią Białorusią/Rusią Białą i Ukrainą/Rusią Czerwoną) oraz Tatarstan.

Wojnę wygrała druga strona, zaś w gdy ludność zbuntowała się przeciw władzy w państwie Zakonu, wybuchła kolejna wojna. Litwa anektowała Estonię i Łotwę, Polska Warmię i Pomorze Gdańskie (ku niezadowoleniu Gdańszczan, w skutek odwetu zakopali przesmyk na mierzei wiślanej) i utworzyli nowe państw – Księstwo Pruskie – składające się z Mazurów i Prusów, zaś jego władcą został lokalny monarchia z dynastii Pruskich/Prus (popularnej wówczas też w Polsce), po niemiecku zwanymi Hohenzollernami. Z czasem Książe zyskał tytuł króla, zaś Księstwo Prus było tylko wyodrębnionym kawałkiem PZK w kwestii ludności.

Rycerze Śląscy i ich tamga czyli orzeł. Orzeł Zakonu Krzyżackiego był jego dokładną kopią, rycerze Dolnośląscy walczyli też po stronie PZK.

W następnym okresie królestwo uzyskało w skutek dziedzictwa tronu – Lubelszczyznę oraz największe państwo Słowian Połabskich – Brandenburgię. W następnym okresie jego częścią stało się wyzwolone z okupacji Szwedów, Pomorze Zachodnie (uzyskując władzę z rąk Gryfitów) oraz Śląsk (z rąk Piastów Śląskich) trwale oddzielony od sojuszu z Czechami (wówczas – Austro-Węgrami). W ten sposób utrwalił się zalążek nowego, terytorialnego sojuszu ludności. Wówczas w siłę rosły też Austro-Węgry – Austria składająca się z germańskich Tyrolczyków oraz słowiańskich Noryncjan, Węgry (krzyżówka Hunów ze słowiańskimi Pannończykami) oraz Czech i Słowacji. Początkowo zarówno Królestwo Polskie (odrębne do Księstwa Litewskiego wbrew stereotypowi) jak i Królestwo Prus miały relatywnie stabilne relacje.

 Królestwo Prus rozwijało się bardzo dynamicznie stając się potęgą, zaś Polska do 1700 roku, szczęśliwie wróciła do stanu ekonomicznego sprzed Potopu.

Woda wybiła kiedy Rzeczpospolita rozpoczęła dyskryminację niektórych odłamów protestantów, kończąc epokę tolerancji religijnej. Reakcja Królestwa Prus była natychmiastowa – rozpoczęła plany ratowania ludności protestanckiej. W ten celu zwarła sojusz z Carstwem Rosyjskim, który nienawidził Polski za to, że dołączyła do strefy katolickiej, uważając że nie przyjęcie kultury prawosławnej było zdradą Słowian (prawosławie doznawało szkód od katolików podczas 3 krucjaty, gdzie doszło do konfliktu na wschodzie Europy) i chciał siłą wcielić Polskę w krąg cywilizacji wschodnioeuropejskiej. Doszło do rozbiorów Polski.

Cztery państwa od niemal identycznych herbach walczą. Po co, skoro mają ze sobą tyle wspólnego? Gdyby pokazać ten obrazek dziecku, zapytało by pewnie „Czemu tacy sami walczą ze sobą?”

Polska wypowiedziała wojnę Rosji pokonując ją podczas Powstania Kościuszkowskiego, jednej została wówczas natychmiast zaatakowana przez Królestwo Prus – z walki mocarstw, wyszła jako przegrana, gdyż mimo iż pokonała Rosję to została zaatakowana od tyłu przez Prusy, a nie mogła walczyć z tyloma krajami jednocześnie. W ten sposób w skład Prus weszło Północne Mazowsze, Wielkopolska, Kujawy i całe Pomorze. Królestwo Prus obejmowało obszar 85% dzisiejszej Polski, zaś dzisiejsza Polska obejmowała ponad 80% powierzchni królestwa Prus. Powstał byt najbardziej zjednoczonej ludności Polskiej, od czasów rozbicia dzielnicowego.

Polska po trzecim rozbiorze, czyli najlepszy dowód, że BYŁA NA MAPIE. Wydaje się nieco dziwnie wysunięta w dół, trzeba jednak pamiętać, że utrata należącego do nas pierwotnie 2/3 Podhala (Podhale Słowackie) i części Śląska (Śląsk Czeski) oraz nabycie części Białorusi (Białystok, Bielsk Podlaski) i Rusi Czerwonej (Rzeszów, Sanok), do których praw nie mieliśmy i ich polonizacja to dopiero okres po Powstaniu Śląskim i Traktacie Wersalskim (choć uznawał on tylko granice zachodnie, nie wschodnie)

Na krótki czas wojen Napoleońskich powstało Księstwo Warszawskie, kiedy to Francuzi i Polacy obalali monarchie absolutne w Europie (Włochy i Hiszpania), a także, gdy Polacy walczyli z Prusakami podczas kolejnej bratobójczej walce.

Po wojnie nadal istniało Królestwo Prus w dawnej formie i podobnych granicach, istniało też Wielkie Księstwo Poznańskie połączone unią z Królem Prus i z lokalnym parlamentem. Na wschodzie istniało za to Królestwo Polskie w unii personalnej z Carem, ale za to de facto działające jako niepodległe, zaś małopolska i podkarpacie były Autonomią Galicyjską.

Kolejny etap Rozbicia Dzielnicowego – Królestwo Prus. Wielkie Księstwo Poznańskie, Królestwo Polskie i Wolne Miasto Kraków.

Podczas detronizacji Cara i Powstania Listopadowego Królestwo Polskie pokonało Rosję. Po raz drugi jednak zostało uderzone przez Królestwo Prus, które obawiało się powrotu do sytuacji z XVIII wieku, co zakończyło powstanie. Zarówno w przypadku Listopadowego jak i Kościuszkowskiego Powstania, rola 3 państw przypominała grę w „kamień papier norzyce”, tylko bez jednego ogniwa. Były jeszcze kolejne powstania w Królestwie Polskim, tak jak i w Galicji Wschodniej, jednak w Królestwie Prus nie dochodziło do takich sytuacji, rozwijała się swobodnie kultura ludności Prus i ludności z Wielkopolski, która coraz bardziej popierała Prusy. Organizacja popierająca Prusy „Hekata” była tak rozwinięta, że należał do niej oficjalnie co czwarty mieszkaniec Poznania.

Prusacy byli Polakami nie tylko jako efekt słowiańskiej rasy, pochodzenia i mentalności, która się manifestowała. Polskie ludowe z czasów sprzed Krzywoustego, u Wrocławian, Olsztynian czy Szczecinian zanikły dopiero podczas wielkiej rewolucji przemysłowej, było to związane jednak z ich niepraktycznością w nowych warunkach. Motywy kulturowe zdobiły dolnośląska ceramikę z Bolesławca. Dolnoślązacy czy Pomorzanie Zachodni uczyli się w szkole, o Mieszku I i Bolesławie Chrobrym, o tym skąd pochodzą i kim są. Piastowskie symbole zdobiły herb niemal każdego miasta w Ziemie Lubuskiej, Warmii czy Opolu.

Stroje ludowe Słowiańskie i Zachodnioeuropejskie (porównanie)

Bez zmian pozostała ich mentalność oraz oczywiście uroda tak bardzo radykalnie różniąca się od niemieckiej. Nawet niemiecki jako język urzędowy był tylko dodatkiem materialnym, który nic nie zmieniał.

Lubuski strój ludowy (rejon najszybciej „zgermanizowany”) nijak nie przypominający Niemieckiej „Helgi” Trzeba dodać, że takie elementy jak kwiaty we włosach są w kulturze zachodnioeuropejskiej negowane (wschodnieuropejska nie oddziela materii ożywionej od nieożywionej)

Chociaż ludność coraz częściej deklarowała język niemiecki w spisie, to jednak nie wiadomo czy chodziło o język urzędowy czy domowy, a jak najpewniej mogli dwujęzyczni. Trudno to mówić o jakiejkolwiek germanizacji, co najwyżej o języku.

Ceramika Bolesławiec na Dolnym Śląsku

Trudno jednak znaleźć dowód na to że coś mogło tej germanizacji dokonać. PZK posiadało Niemców tylko w Pomezanii, Pomorze Zachodnie w okolicach Stargardu, a Dolny Śląsk – Zagłębia Miedziowego. Księstwo Lubuskie było połączone z Brandenburgią, która była zamieszkiwana przez Połabian. W chwili zjednoczenia tych ziem, Niemcy stanowili 10% ludności. To raczej oni ulegali językowej slawizacji bądź baltoslavizacji. Chyba, że uznamy inną opcję. Najprawdopodobniej nastąpiło to tak jak w przypadku Rosji czy Indian. W Prusach byli Prusowie (podzieleni na takie dialekty jak Pomezański, Sambiński, Galińdzki czy Warmiński), Mazurzy, Kaszubi i Niemcy. Aby porozumiewać się między sobą, musieli używać „neutralnego języka”, którym stał się urzędowy Niemiecki i przyswoili go aby porozumiewać się w ramach dialektów języków rdzennych, więc go przyswoili w codziennym życiu, tak jak potem w przypadku Dolnego Śląska czy Pomorza Zachodniego.

Zachodniopomorski strój ludowy.

Królestwo Prus jako pierwsze na świecie wprowadziły obowiązkową i refundowaną edukację (decyzja ta skłoniła np. Japonii do wzięcia podobnych kroków), stworzyło podstawy systemu emerytalnego i nowoczesnych, państwowych ubezpieczeń na świecie. Było światowym hagemonem kolejowym, wyprzedzając nawet UK – jego linie kolejowe stoją do dziś i są wykorzystywane do przewozu setek milionów ton towarów i setek tysięcy pasażerów. Do lat 60-tych dołączyła (głównie przez dziedziczenie tronu) kolejne części państw/elektoratów Słowian Połabskich (oprócz lubiącej Polskę, Górnej Saksoni) oraz niektóre, północne elektoraty Niemieckie – Schleswig Holstein, Nadrenię, Nadrenię Wittenbergię. Od tej chwili losy Polski i Niemiec zaczęły być mocno powiązane. Gdy Królestwo Prus dokonało „Zjednoczenia Niemiec”, powstał twór polityczny II Rzeszą, składający się z 10 związkowych elektoratów, z czego Królestwo Prus zdominowało politycznie  twór całkowicie.

I Wojna Światowa była wielką mobilizacją ludności pochodzących z Citivas Schinesghe. Siły pochodzące z „polski wschodniej” zmobilizowały 4 mln żołnierzy, w tym Legiony Piłsudskiego, zaś niemal równie dużą ilość stanowili Polacy z Prus, rozumianych przed rozbiorami (nadal stanowiący większość w Prusach w ówczesnych jego granicach). Część z 4 mln walczyło po stronie Prusaków, a część po stronie Rosji. W ten sposób bratobójczy konflikt osiągnął jeszcze rozleglejszą formę. Gdy liczne Legiony Piłsudzkiego pokonały Prusaków i ogłosiły powstanie Republiki Polskiej, a następnie zmusiły Austro-Węgry do uznania ich warunków Wielkopolska zbuntowała się przeciw Prusom, włączając się w II RP. Apel Ligi Narodów o referendum doprowadził do wygranej w nim części Kaszub oraz Kujaw, został ponadto przegrany na Mazurach i Śląsku przez II RP. Wówczas to Górnośląscy działacze pro-II RP dokonali powstania, w których stoczyli walkę ze z innymi Ślązakami oraz Śląskiem Opolskim, i mimo, że większość mieszkańców Górnego Śląsku wybrała w referendum, że chce być częścią Wolnego Państwa Prusy (następca Królestwa Prus, tak jak Republika Weimarska następcą II Rzeszy). Wojnę wygrali, mimo to że Górnośląsacy nie chcieli należeć do II RP. Górny Śląsk został siłą wciągnięty do II RP przez górnośląskich działaczy popierających II RP (140 000 żołnierzy), po raz pierwszy od 700 lat jakakolwiek część Śląska stałą się częścią państwa suckesującego państwo Jaggielonów, mimo tego Górnoślązacy chcieli w większości należeć do Prus – ta zbrodnia przeciw ludzkości nie została nigdy rozliczona, zaś władze PRL tylko tuszowały i zmieniały propagandowo jej sens.

Plakaty propagandowe obu stron.

Pod koniec lat dziesiątych i na początku dwudziestych radykalnie prawicowe władze II RP, rozważały podbój każdej ziemi, gdzie mieszkało co najmniej kilka procent ludności „deklarującej Polski język”. Planowano podbój między innymi – Mińska czy Doniecka. Mieszkańców Kresów Zachodnich czyli Dolnego Śląska czy Pomorza Środkowego nie uważano zaś Polaków, odmawiając im tego tytułu. Ten nacjonalizm rzutował na pogorszenie stosunków, zaś tamta ludność stawała się coraz bardziej „Polakami Wyklętymi”, gdyż polscy nacjonaliści odmówili im tego tytułu. Podczas Konferencji zakończenia I Wojny Światowej, reprezentant Polski pogardliwie powiedział, iż „Niemcy oddają wszystko to czego nie zdążyli jeszcze zniemczyć”.

Plakaty propagandowe II RP pod koniec jej istnienia. Wraz z wzrostem roli PSL, państwo stawało się coraz bardziej radykalne.

W rzeczywistości to Królestwo Prus dołączało do siebie części Niemiec, nie odwrotnie w ramach Drang des Westen, w ten sposób doszło do największej w historii fałszerstwa oskarżeń. Gdańsk nie chciał też do II RP stąd stał się niepodległy jako Wolne Miasto Gdańsk. Granice dawne i nowe wpływały nie tylko na organizację ludzi, ale nawet na cechy przyrodniczo-rolnicze, jak (od lewej)zalesienie, ilość dzików czy rozmiar hodowli bydła, uprawy ziemniaków czy jabłek. Wówczas zdajemy sobie sprawę, że wiele rzeczy utożsamianych z Polską to jedna jej część, a druga bliźniacza czeka na odkrycie.

Zalesienie – granica pokrywa się z granicą lubuskiego i dawnej Prowincji Zachodnipomorskiej – różne działania ludu, spowodowały różną gospodarkę leśną.

Apeogeum konfliktu między dwoma częściami Polski miały wybory w w Republice Weimarskiej. Wówczas to ludność pochodzenia Dolnośląskiego, Wielkopolskiego (Marchia Graniczna) Górnośląskiego (Gliwice, Chorzów; ),Pruskiego, Mazurskiego, Pomorskiego, Lubuskiego, Pomezańskiego przegłosowało wybór NSDAP, osiągając poparcie na poziomie 80% i bardzo wysoką frekwencję. Za odrą poparła ją w takim stopniu jedynie zamieszkiwane przez Słowian Połabskich – Pomorze Przednie i część Górnej Saksoni (słynne „dzisiaj Lipsk, jutro całe Niemcy”) oraz niemieckie Schleswig Holstein i część Nadrenii i Turingi oraz czeska Ziemia Kłodzka. W większość obszarów Połabia oraz Niemiec, poparcie rysowało się na poziomie poniżej 30%  (wyjątek Schleswig Holstein czy części Pomorza Przedniego), a w niemal tak samo dużej części pozostałej, poparcie wynosiło poniżej 10%. Zaprotestowała najbardziej ostro Bawaria,  Witendbergia oraz Dolna Saksonia z Zagłębiem Ruhry. W ten sposób należy mocno się zastanowić „kogo” tak naprawdę reprezentowała NSDAP, a statystyki nie dają już wątpliwości. Jako symbol wybrano sfastykę – starosłowiański symbol szczęścia, oznaczający słońce i rodzimowierczego ducha wschodu słońca – Jutrzenkę, zwaną też Najświętszą (losy tego bóstwa po 966 roku można podejrzanie łatwo odgadnąć).

Wynik testów dna mieszkańców Niemiec i wyniki wyborów do NSDAP. Ta mapa spala całe mity narodowe i jednocześnie wyjaśnia, że w sprawie posądzeń Polski o IIWŚ jest sporo prawdy, a Polish Dead Camps to jednak nie do końca bajka… Nie jeden były powstaniec zapewne umarł by na zawał, gdyby się dowiedział o tym do kogo naprawdę strzelał…

W roku III Rzesza napadła na II RP, która na skutek podboju ziem wschodnich była zamieszkiwana tylko w około 45% przez ludność pochodzenia Polskiego (w większości Białorusko-Ukraińskiego, który stanowił ponad połowę elektoratu). Ataku na II RP dokonały lokalne formacje wschodu III Rzeszy (formacje pochodzenia niemieckiego atakowały Francję czy Belgię). Złożona z Mazurów i Prusów, Trzecia Armia zaatakowała i zdobyła Mławę, Modlin, Wiznę i białoruski Brześć. Złożona z Pomorzan Zachodnich i Środkowych, Czwarta Armia zdobyła Tucholę, wsparła zdobywanie Modlina, opanowała Kujawy oraz część Wielkopolski (wraz z siłami z Połabia i Ziemi Lubuskiej). Złożona z Dolnoślązaków Ósma Armia uderzyła na Łódź, zaś górnośląska, Czternasta Armia zdobyła Kielce, Sandomierz i Lublin oraz brała udział w zdobywaniu Katowic. Słowacja jako sojusznik III Rzeszy wsparła w ataku na Małopolskę i Podkarpacie. Ostatecznie złożona ze Ślązaków Opolskich, Dziesiąta Armia i uderzyła na Warszawę, po drodze zdobywając Tomaszów Mazowiecki i Radom (być może tylko logistyka, ale być może Polacy Zachodni chcieli zająć się swoim bratem osobiście, biorąc pod uwagę, że NSDAP reprezentowało bardziej ich niż Niemców). Atak na II RP wsparł ZSRR (w kwestii roszczeń do terytoriów Rusińskich, ale i też w sprawie „wyzwolenia ludu spod chciwych kapitalistów”), a także sojusznik III Rzeszy – Słowacja (roszczenia do Zaolzia) i Litwa (sojusznik ZSRR, kwestie odbicia Wilna).

Dokładny spis ofensywy.

Po ponad miesiącu walk rząd II RP przeniósł rząd na emigrację, lecz zwycięstwo było dla III Rzeszy pyrrusowe se względu na straty w pojazdach mechanicznych (podobne w przypadku ataku na Francje, ostatecznie załamał jego ataki podczas bitwy o Anglię), III Rzesza anektowała Wielkopolskę, Kujawy czy Górny Śląsk  wcielono do Wolnego Państwa Prusy, ludność ta miała pełnić obowiązki obywateli Wolnego Państwa Prusy i III Rzeszy (pozyskano chociażby 500 000 żołnierzy do Werhmahtu). Wcielona została też Suwalszczyzna, zamieszkiwana przez spokrewnionych z Prusami (bałtami) Jaćwieży – Hitler dokładnie wiedział kto jest kim. Na reszcie terenów Polski utworzono marionetkowego Generalne Gubernatorstwo, które miało się rozwijać by stać się wielkim eksporterem broni do III Rzeszy i kolejowym węzłem międzynarodowym, co miało ułatwić transport wojska i jeńców. Przez cały czas prowadzono tam propagandę, licząc że tamtejsza polska ludność pójdzie śladami Słowaków, Bułgarów czy Węgrów. Bo choć Hitler mówił o wyższości rasy germańskiej, to stanowiła ona mniej niż połowę ludności III Rzeszy w jej granicach, a Hitler doskonale o tym wiedział, gdyż potrafił bez przeszkód rozpoznawać pochodzenie człowieka po jednym spojrzeniu na jego twarz. Zajęte zostało też Miasto Gdańsk, które jednak masowo poparło Hitlera.

Na ziemiach zakładano Obozy Zagłady gdzie stracano Izraelitów oraz jeńców wojennych. O ile Aushwitz był założony na terenie obcego państwa, to o tyle Gros Rosen był już lokalnym Dolnośląskim punktem ludobójstwa, prowadzonym przez dolnośląska Dziesiątą Armię zasługując w pełni na miano „Polskiego Obozu Zaglądy”. Nazwanie go jednak „polskim obozem zagłady” nie wynika jednak z fałszywego koloryzowania przypadków kolaboracji w II RP, tylko tego, że II RP nie uznała za Polaków, ludzi z Polski A. Walki trwały dalej, a apogeum osiągnęły w trakcie powstania Warszawskiego, kiedy to Werhmaht stracił ponad 500 czołgów i kilkaset innych pojazdów. Hitler wysyłał do walki z powstańcami, często tych których chciał się pozbyć, wiedząc że czego ich bullet hell.

Plakat propagandowy, mający skłonić wolnych (jeszcze) ludzi do imigracji na tereny Prus – widać na nich mocne wzorowanie się na słowiańskim kulcie solarnym – III Rzesza wiedziała jak u Słowian jest w kwestii symboliki i jak ją wykorzystać – może dlatego, że ponad połowa Pseudoniemców była Polakami, Prusami i Połabianami?

Walki między II RP, a III Rzeszą przerwał Stalin. ZSRR zaczął zdobywać kolejne części II RP, potem zaś zaczął wchodzić w jego zachodnią, Pruską część. Wrocław bronił się dłużej niż Berlin, zaś ówcześni Wrocławianie, porównywali atak ZSRR, z atakiem Kaganatu Mongolskiego, którego atak odparli na czasów Piastów, patrząc na historię i mając na dzieję, że mają szansę też dziś. Podczas konferencji w Jałcie stwierdzono, że Polska może mieć zachodnie ziemie, lecz Kresy Wschodnie nie mogą być jej własnością i Polska je okupuje. Zdenerwowany rząd Polski powiedział zdenerwowany „nie chcemy Wrocławia i Szczecina!”. Był to gwóźdź do trumny, okupywani przez ZSRR, zostawieni przez rząd Polski, bracia pozostałych Polaków poczuli, że już nikt ich nie chce. Aliancka Rada Koordynacyjna stwierdziła, że całym źródłem nazizmu jest Królestwo Prus i musi one być wydane macierzy. Oznaczało to, że Prusacy musieli się znaleźć w kraju, w których nie chcieli być, zaś Polacy wschodni przyjąć swojego odrzuconego brata. Można to określić jako gigantyczną ekstradycję. Równocześnie z działalnością do 1961 zbrojnych oddziałów II RP w walce z komunistami, na ziemiach odzyskanych przez wiele lat działała partyzantka nazistowska. Partyzantka II RP nie była zainteresowana działaniem na Dolnym Śląsku czy Opolskim. 1/3 potomków mieszkańców Citivas Schlenges, została całkowicie porzucona. Zaraz po zdobyciu Wrocławia (1945 rok) przez ZSRR, w mieście wybuchł strajk. 800 000 mieszkańców oświadczyło, że jeśli żołnierze ZSRR nie potraktują Wrocławian tak jak Warszawiaków, to nie będą pracować, aż umrą bądź Rosjanie nie dadzą im nietykalności. W przypadku tego drugiego, bankructwo miało trwale zatrzymać odbudowę Warszawy. Pozostawiony pod ścianą komunistyczny system, wraz z podobnymi strajkami w Szczecinie czy Zielonej Górze, oraz na zamieszkami na wschodzie kraju, nie sprzeciwił się. Wcześniej wielu Wrocławskich cywili zostało zabitych bądź doprowadzonych do śmierci przez komunistów.

Jeden z plakatów. Reszty postanowił dla wspólnego dobra – nie pokazywać.

W roku 1946 rozpoczęło się piekło Prusaków. Opublikowano na potrzeby akcji „3x tak” plakaty, które zawierały dane o tym, że „Niemcy nie chcieli mieszkać w Polsce” i że każdy z nich opuścił, kraj i zastąpili ich „imigranci z kresów”. Zastąpiono „drang des westen” na „drang des osten”, twierdząc, że od IX wieku Niemcy, zdobywali wschód, a gdyby nie II Wojna Światowa to i w Rosji byli by tylko Niemcy. Prusacy nagle zostali zatuszowani z historii jaką przedstawiał PRL, nazwano ich przesiedleńcami i nadano fałszywą tożsamość. Przedwojennych mieszkańców nazwano „Niemcami” twierdząc w propagandzie, że Niemcy zajęli najpierw Połabie (XII wiek), a potem Ziemie Odzyskane (XIV wiek). Dużą ludność ziem odzyskanych tłumaczoną „wzrostem demograficznym” a do opisu ich dialektu j. polskiego wymyślono pojęcie „nowe dialekty mieszane”, nigdy jednak nie opisali o jakie dialekty chodzi, ani jakie są ich zasady. Przesiedlenie siłą chociażby jednego miliona osób to zadanie fizycznie niewykonalne, nawet dla największych armii w historii i przypomina próbę przebicia ściany grochem, a co dopiero propaganda o kilkunastu milionach. Nie ma w historii narodu, który by został wysiedlony bądź wymarł w więcej niż kilkunastu procentach, co najwyżej czysto kosmetyczna zmiana jeżyka (polonizacja Prusów, germanizacja Połabian, rusyfikacja Tatarów, japonizacja Ajnów, spaniolizacja Azteków itd). Tym bardziej nierealny jest, fakt że komuniści mieli „weryfikować” narodowość mieszkańców ziem odzyskanych, aby „wyłapać” „polaków”. Trudno sobie wyobrazić aby w ciągu jednego roku zweryfikowano narodowość każdej rodziny w każdym domu, ponad 10 milionowej (jesienią 1945 roku) społeczności. W rzeczywiści, komuniści wzięli przedwojenne spisy ludności i zrobili na ich podstawie swoje własne mapy statystyczne w 1946 roku (osoby deklarujące „polnish spreachen” były oznaczone jako „ocaleni”, zaś „doitshe spreachen” zamienili na „przesiedleńców”). Równocześnie podobną propagandę stosowano na Ukrainie wobec „Wołynia”, twierdząc, że „Polacy” (de facto Ukraińcy) sobie poszli. Co ciekawe, mimo iż mówi się o tym, że komuniści wysiedlali „Niemców” to czerwoni twierdzili, iż Niemcy sami opuścili Polskę, gdyż nie chcieli w niej mieszkać. Choć były przypadki migracji to były one śladowe, zaś publikowane zaraz potem raporty o setkach pociągów wywożących „Niemców” w raz z dokładną ilośćią transporterów były tylko i wyłącznie informacją propagandową reżimu. Na tych „oficjalnych” danych zbudowano między innymi współczesną książkę „Breslau-45”.

Zaodrzańskie Połabie pokrywało się z w 90% z terytorium NRD, zaś Niemcy „rdzenne”, które miało zająć obszar dwa razy większy od niego, pokrywało się w 90% z terytorium RFN – oskarżono o całe zbrodnie w historii.

1. Sfałszować wydarzenia, którego dokonali potomkowie RFN (rdzenni germanie) i sfałszować ich „ekspansję”. 2. Sprawić by ludzie poparli NRD, ale znienawidzili RFN. 3. Zdobyć w ten sposób sojuszników. 4. Wygrać zimną wojnę.

Mimo tego zarówno NRD nie miały w sobie ludności popierającej, wystarczającej by doprowadzić NSDAP do władzy, a w RFN była ona wręcz znikoma (po zdobyciu terenów, która miały większość elektoratu NSDAP, Niemcy rdzenne skapitulowały, gdyż miały gwarancję, że nie są już pod władzą Hitlera). Do tego PZPR kolaborant pochodziło z Polski B (wschodniej) co tylko napędzało ich nienawiść do Prusaków. Komuniści pozamieniali nazwy ulic w Prusach i stawiali pomniki Polaków takich jak Kościuszko, którzy nie byli związani w ogóle z tamtejszą ludnością. Lokalne pomniki lubiano burzyć, tak jak stało się to chociażby z bezcennym arcydziełem rzeźbiarstwa – wrocławskim pomnikiem Fryderyka Wilhelma wraz z rzeźbami towarzyszącymi na kolumnach i wielkim miedziorycie, który oglądała wcześniej masa turystów

Zamiast tego przywieziono pomnik polskojęzycznego Ukraińca – Aleksandra Fredro. Tam samo jak w Opolu wywieziono pomniki Wilhelma II (który zbudował park, z którego korzystają dzisiaj Opolanie – to w nim znajdował się pomnik) i króla pruskiego Fryderyka Wielkiego, który nie otrzymał tytułu przez przypadek. Nie oszczędzono nawet pomnika ofiar I Wojny Światowej. Lubiano za to stawiać pomniki osobo niezwiązanym z tymi terenami i o ile pomnik Chrobrego był częścią historii zarówno Szczecina czy Wrocławia to już pomniki takie jak „Konstytucji 3 maja”, która przecież w Prusach nie obowiązywała nigdy było próbą narzucenia cudzej tożsamości, a takie pomniki jak „pomnik wyzwolenia Wrocławia” (który nie mógł być wyzwalany, gdyż nie był okupywany) były już tylko propagandą. Sytuacja taką można nazwać jako tragi-komiczna, gdyż jest nonsensowna, a jednocześnie przerażająca, bowiem odbierano w ten sposób ludziom prawo do historii i edukacji, zarazem niszczono dobrowolnie przez nich postawione i akceptowane dzieła sztuki. Największą zbrodnią było wywłaszczenie kilku tysięcy zborów protestanckich i oddanie je we władzę kościoła katolickiego. Mimo to Prusacy nadal pozostali protestantami i mimo chodzenia do kościoła katolickiego mieli odmienne poglądy, a lokalna ludność przejmując z czasem stanowiska w parafiach zaczęła głosić poglądy odmienne od tych na wschodzie kraju, choć nadal pozornie w ramach katolicyzmu. Właśnie przez te wydarzenia, tereny te stanowią silne centrum środowisk całkowicie antyklerykalnych.  

Wskaźnik religijności. Obszar najciemniejszy to jednocześnie obszar najmniejszej ilości rozwodów, największego przyrostu naturalnego, oraz – największego przedwojennego poparcia dla PSL.

Innym elementem będącym zbrodnię przeciw kulturze i tożsamości Prusaków, było uderzenie w prawo autorstwa. Wywłaszczone nielegalnie zakłady produkcyjne czekał ciężki los. Nazwy ich założycieli były tuszowane, tak jak ich stare nazwy opierające się na nazwiskach, bądź innych nazwach wytworzonych przez autorów. Wielkie zakłady Linke-Hoffman zostały przemianowane na Państwową Fabrykę Wagonów, a Reinhold & Co, Julius Paul & Sohn czy Werner & Co przemieniono po połączeniu jako Ceramika Bolesławicka, stocznię Schichau przemianowano na Stocznia Elbląg, zaś ceramiczne zakłady na Warmii nazwano Pomorskie Zakłady Ceramiczne. Nie przeszkadzały za to komunistom nazwy firm ze wschodniej Polski, nawet gdy nazwiska były takie jak np. Wedel. Masowo cenzurowano nazwiska niemieckojęzyczne – na zachodzie Polski pozmieniano nazwiska ogromnej liczbie osób, zaś we wschodniej – również w dużych ilościach. Niektóre jak Linke, Hoffman, Trzoch (Tzoh), Tusk czy Muller… przetrwały. Ceramika Bolesławicka była przedstawiana jako – wielka Polska stara tradycja, gdy zaś trzeba było mówić o Bolesławcu sprzed wojny – mieszkańców nazywano „Niemcami”.  Cenzurowano też nazwy geograficzne. Mazury Pruskie, zaczęto zwać Mazurami (a realne Mazury, zwać Mazowszem), słowo Prusy nie padało nigdzie mimo, iż nawet Mickiewicz nie wstydził się tej nazwy, zaś rejon Prus Wschodnich chciano nazwać „Pomorzem Wschodnim”. Kaszuby zwane często przez mieszkańców Prusami Zachodnimi, nie mogły już wspominać o tej nazwie.

Duże różnice w sprawie upraw na Prusach i w Polsce spowodowały, że rejon świetnie nadawał się na budowę PGR-ów. To właśnie tam było najwięcej wywłaszczeń, jednak podobnie jak na wschodzie – koncentracja państwowego rolnictwa nie była możliwa, ze względu na opór ludności, która była zbyt duża by użyć środków przymusu bezpośredniego – po prostu byli razem za silni. Do dziś widać bardzo poważne różnice w kwestii gospodarstw rolnych na zachodzie i wschodzie. Wschód ma rolnictwo ekstensywne, a wschód – intensywne. Na zachodzie jest mniej wsi, więcej małych miasteczek. Na wschodzie – mniej małych miasteczek, więcej wsi.

Wchłonięcie przez Polskę, Prus miało ponownie zjednoczyć Polskę i osiągnąć bazę przemysłową, rolniczą, infrastrukturalną oraz surowcową. Nie wydaje się to kłamstwem. Zarówno Królestwo Prus jak i RP były mocarstwami, więc połączenie ich obu  oznaczało powstanie ogromnej siły. Według PZPR, aneksja Prus miała podwoić zdolność produkcyjną. Komuniści rozpoczęli plan 6-letni zbudowania w całym kraju 1 600 wielkich zakładów, modernizację pozostałych, budowę wielu kilometrów tras dla barek, elektrowni wodnych i dopływu wody. Plan był ściśle dopracowany w kontekście kompatybilności z obu częściami kraju. Jednak realizacja tego planu tak szybko i w takich warunkach, oznaczała wyzysk ludności i dochodzenie do celu jego kosztem. To doprowadziło do buntu.

To właśnie Prusacy jako pierwsi jako pospolite ruszenie zbuntowali się przeciw komunistom. Prócz strajków w 1945 roku, w roku 1947 wybuchły walki w Gdańsku, zaś w 1956 w propruskim Poznaniu, gdzie zdobyto komitet PZPR, więzienie i rozbrojono czołgi jako sygnał walk w NRD, wywołując też ruch Węgrów i Czech doprowadzając do „Odwilży” i upadku socrealizmu. W 1970 Gdańsk, Elbląg, i Szczecin zdobyły miasta, wysadzając komitety PZPR i paląc pojazdy MO/LWP, co doprowadziło do upadku Władysława Gomułki. W następnych latach walczył Gorzów oraz już wschodnie miasta – Ursus i Radom, a w 1980 roku brała udział już cała Polska. Podczas stanu wojennego. Podczas stanu wojennego do największych walk doszło w 1983 podczas Bitwy o Wrocław, gdy to Wrocławianie przejęli wszystkie aktywa LWP, ZSRR i komunistów we Wrocławiu wraz z komitetem, zaś członkowie Solidarności wysadzali masowo pojazdy MO, w takich akcjach brał udział chociażby ojciec obecnego premiera Polski, a według deklaracji – także jego syn. Ślązacy podczas oblężenia kopalni wujek, dzielni bronili pozycji, aż do poddania się oddziałów LWP/MO, Podczas operacji „Biały Dom” w 1989 skończoną zajęciem obroną 160 komitetów PZPR, ogromną rolę odegrał propruski Poznań i Gdańsk, gdzie wspierający ich nacjonaliści i kibice, atakowali formacje MO. Mimo ogromnego zaangażowani ludności takich miast jak Płock, Kraków, Świdnik czy Lublin to pierwsze walki zwyczajnych obywateli z komunistami dokonało się z rąk Prusaków i najbliższych im ludzi, pod przewodnictwem wychowanego w Gdańsku Lecha Wałęsy, co nie jest przypadkiem.

Obalenie komunizmu pozwoliło przekazać władzę z rąk legalnego rządu Polski w Londynie, w ręce rządu Olszewskiego i Prezydenta Lecha Wałęsy. W krótce Solidarność przeszła do innej roli i wykształciły się nowe partie. Formalnie zatwierdzono zachodnią granicę Polski w kontrakcie z 1990. Nie znalazł się jednak dokument dotyczący Wolnego Miasta Gdańska i nie było kogoś kto mógłby zatwierdzić jego powrót do Polski. Od lat 80-tych funkcjonuje Rząd Wolnego Miasta Gdańsk na Uchodźctwie, zaś prezydent Gdańska (miasta) Adamowicz pokazywał na marszach przez wiele lat falgę Wolnego Miast Gdańsk. Skutkiem tego był niedawny zamach na prezydenta przez radykalnego nacjonalistę, który zakończył się śmiercią prezydenta.

Praca Polaków wschodnich i Prusaków doprowadziły do ogromnego wzrostu gospodarczego. Co prawda już w 1945 doszło do syntezy, ale to od 1989 roku wzrost nie był ograniczany przez komunizm. Walka między Prusami, a resztą Polski trwała jednak dalej.

W 1989/1990, Prusy i Polska połączyły się w jedno wspólne państwo – III RP (wówczas to po raz pierwszy potwierdzono granice). Wprawdzie już wcześniej byli połączeni, ale jako podmiot zależny ZSRR. W ten sposób skończyło się w Polsce geopolityczne rozbicie dzielnicowe, jednak de facto nadal trwało. Po wykształceniu się lokalnych partii, władzę przejął Pruski Sojusz Lewicy Demokratycznej, uzyskując wysoką sekwencję w wyborach w Prusach i sporo poparcia na wschodzie. Wówczas właśnie uchwalono Konstytucję czy dołączono do UE i NATO.

F

Narastała walka obu stronnictw cywilizacyjnych o przejęcie kontroli nad RP. Sojusz Lewicy Demokratycznej, ustąpił władzy kolejnej pruskiej partii – Platformie Obywatelskiej. Pierwszy objawem było rozmieszczenie środków pozyskanych od UE na terenach Prus, mniej Korony. Separatyzm kontra eurooptymizm, konserwatyzm kontra liberalizm, ziemie zachodnie stanowiły sojusz i wice wersa (wschodnie). Od początku lat 90-tych Prusy wystawiły swoich kandydatów głosując, na nich zaś Polska B swoich głosując na nich. Prusy stworzyły Platformę Obywatelską (obecnie dowodzoną przez gdańszczana – Donalda Tuska, jednoczesnego prezydenta Rady Europy), oraz takie jak SLD czy Nowoczesna. Korona stworzyła zaś Prawo i Sprawiedliwość (z dowódcą w postaci Jarosława Kaczyńskiego), PSL (jeszcze przed wojną), Polskę 2050 czy Kukiz. W ten sposób rozpoczęła się wojna na frekwencję wyborczą. Mimo, że RP jest formalnie państwem unitarnym, nie federalnym, to właśnie ten ustrój w takim przypadku zadecydował, że ustrój Polski stał się wahadłową dominacją polaryzacyjną. Bo to nie jest walka partii, czy poglądów. To walka partii dwóch krajów, choć jednego narodu, zjednoczonych prze przypadek, teraz działających niby razem. Partia rządząca, w zwyczajnych krajach jest efektem działań stronnictw wymieszanych w kraju, jako wola kraju. Tutaj zaś na PO głosują Prusy, zaś PO składa się z ich. Na PiS głosuje Korona, zaś PiS składa się z nich. Jedynym krajem o takiej sytuacji jest Bośnia i Hercegowina, ale tam sytuacja jest jawna i jest federalny system.

Wystarczy przewaga partii jednej strony w mandacie, a cała władza nad krajem będzie w rękach Prus, zaś Korona będzie protektoratem, lub cała władza będzie w rękach Korony, a Prusy będą protektoratem. Nie możliwa matematycznie jest w tym przypadku inna opcja. System federalny by to zmienił, ale w systemie unitarnym, zwycięska strona podporządkowuje drugą. A więc albo zachód będzie rządził całkowicie wschodem, albo odwrotnie. W ten sposób nadal istnieje Polska A i Polska B, a kilkusetletni konflikt trwa nadal.

Korona i Prusy będą więc ciagle nawzajem się anektować. Początkowo w roku 1990 przewagę zdobyły Prusu przez ponad 2 dekady czyniąc Koronę swoim protektoratem i rządząc Rzeczpospolitą. (wówczas to więcej środków unijnych szło do Prus niż Korony). Dopiero w 2016 roku Korona odbiła RP i podporządkowałą sobie Prusy, tak jak one wcześniej ich (i kierując dużą ilość środków unijnych na wschodnie województwa) w związku z tym to Prusy stały się protektoratem Korony. Reakcja Prus była wyjątkowo agrysywna pod względem mowy i zaczęły się duże napięcia, którego efektem był zamach na prezydenta Gdańska – J. Owsiaka. Dwa orły – jedna korona.

Zachodnie ziemie cechuje separatyzm. Polskę można określić jako kraj pseudounitarny. Nie ma w konstytucji zapisu o tym, że polska jest „unitarna” bądź jest „republiką”, a określenie „państwo jednolite” ma szersze znaczenie (unit oznacza jednostkę, ale istnieje jeszcze przyrostek lit, który jest kolejnym już określeniem). Konstytucja zostawiła ustawom kwestie samorządów, a ustawa o samorządach ustaliła wiele federalnych elementów. Gminy, powiaty czy województwa samodzielnie tworzą chociażby transport publiczny na terenie województw, zaś państwo nie ma prawa do ustalania wewnętrznego transportu (w Niemczech, za cały transport odpowiada jedna spółka), zaś więcej  jest dróg wojewódzkich niż krajowych (w Niemczech jest więcej krajowych niż landowych), więc unitaryzm w Polsce trudno raczej potwierdzić. Jest to mocno związane z podziałem ludności na dwie strefy, bo separatyzm zachodu bardzo wpływa na społeczność kraju. Mimo to wraz z latami tracił on poparcie, dzisiaj PO wygrywa już tylko w 18 miastach i 7 powiatach na zachodzie, a na wschodzie – w 3 miastach i jednym powiecie.

Do roku 2015 sytuacja była spokojna. Wszystko zmieniło się w momencie kiedy jesienią 2015 roku ogłoszono wyniki wyborów, w których wschodnia Prawo i Sprawiedliwość, PLS i Kukiz mięli uzyskać ponad 50% udziałów w rządzie. Z dnia na dzień zmieniło się wszystko. Osoby ciche na politykę, zaczęły momentalni publikację na stronach typu Facebook publikację mowy nienawiści. Wcześniej „prorządowe” media, bo ogłoszenia zwycięstwa PiS-i zaczęły masowo publikację artykułów pomawiających PiS i łamiących prawo. W akcji wzięło udział Onet.pl, WP.pl, Newsweek, Angora, TVN i inne media. Wraz z zaprzysiężeniem nowego rządu Komitet Obrony Demokracji opublikował apel do Policji i Wojska o wypowiedzenie posłuszeństwa nowej władzy. Kilka dni potem, na skutek zakazu wstępu dziennikarzy w miejsca prywatne parlamentu, rozpoczęło się oblężenie Sejmu. Zablokowano wejścia, doszło do walk z Policją oraz ataków na samochody posłów. W nieznanych okolicznościach przestał działać TVP1, a centrala lotów UE nie widziała samolotów nad Polską. Podejrzewano sabotaż. Sytuacja się uspokoiła przez kolejne lata prusacy kontrolując Gazetę Wyborczą, Onet.pl czy WP.pl, także zwiększali wpływy w niektórych miastach zachodu kraju. Publikacje zawierają nieprawdziwe informacje, pomawianie o nieprawdziwe fakty, znieważanie organów i sianie paniki, są pełne tzw. mowy nienawiści. W odpowiedzi stacja TVP1 rozpoczęła pomawianie i znieważanie Platformy Obywatelskiej. Gazety przez lata Onet czy Newsweek publikowały artykułu mające na celu jak największe oskarżenie partii PiS, programów w których miała być powiązana czy wszystkiego na czym jej zależy. Artykuły te mają charakter paranoidalny.

Mem żartujący z flagi II Rzeszy (Kujaw) na logo KOD-u. Przypadek, a może i ciągłość symboliki? Ludzie często nazywają rząd Donalda Tuska „rządem niemieckim”, a słynne „Poco nam CPK, skoro jest Berlin” może wynikać pokoleniowo z dawnej mentalności Polaków Zachodnich (Berlin jako stolica jednego z państw połabskich, był przed wiele lat jedyną częścią Prus, która zaczepiała o współczesne granice RFN po aneksji NRD).

Na statystyce było coraz bardziej widoczne, że oba połowy kraju różnią się diametralnie i idealnie widoczne na mapie w takich sprawach jak: poparcie polityczne, religia, typ gospodarstw rolnych, chów bydła, ilość miast, ilość wsi, ekologiczna energia, przestępczość, bezrobocie (zdjęcie 1) ilość nieślubnych dzieci (zdjęcie 2), kredytobiorców we frankach (zdjęcie 3) ilość zalesienia i wielu więcej.

Na środku – słaba religijność (kolor fioletowy), pokrywa się z prowincja Pomorza Zachodniego i ziemiami pruskimi z niewielkim odsetkiem Mazurów. Na Dolnym Śląsku rejon Sudettlandu jest zaznaczony najmocniej – to też rejon o największej liczbie rozwodów oraz najniższym przyroście naturalnym. Co ciekawe – tamtejsi Polacy są najbardziej spokrewnieni z Czechami z pośród wszystkich mieszkańców Polski. Na prawo – liczba długów we frankach szwajcarskich.
Wyroby azbestowe.
Struktura płci
Najpopularniejsze naziwsko
Ilość nieślubnych dzieci

Apogeum sytuacja osiągnęła w roku 2020 podczas jesieni, gdy to Trybunał Konstytucyjny wydał krytyczny wyrok wobec zgodności zapisów aborcyjnych (1990) z Konstytucją z 1997 roku. Rozpoczęło to masową rebelię zachodu Polski i walki i zamieszki rozgorzały się w kilkuset miastach w Polsce, oraz wielu krajach za granicą z udziałem polonii. Akcje organizował utworzony Ogólnopolski Strajk Kobiet, który szybko przybrał formę organizacji terrorystycznej, wpierany przez inne organizacje, radykalne krajowe i międzynarodowe ruchy rozpoczął rebelię. Po jednej stronie stanął Ogólnopolski Strajk Kobiet, Agrounia, Anymous, Federacja Anarchistyczna, KOD, Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Zieloni, Strajk Uczniów, Archiwum Osiatyńskiego,  Studentów, Euroentuzjaści, Strajk Kierowców, Strajk Pralni, Strajk Studentów, Strajk Pielęgniarek, LGBT, Strajk Nauczycieli, Covidosteptycy, TVN, Onet.pl, WP, Oko.press, Stowarzyszenie Babć Polskich, Antyklerykaliści, autonomiści Kaszubscy, Gastrounia, Protest Busiarzy. Po drugiej stronie stanęło PiS, Polskie Stronnicowo Ludowe, Kukiz, Polska 2050, Konfederacja, kościół i inne wyznania, ONR, Młodzież Wszechpolska, Ordo Luis, Anty-LGBT, eurosceptycy, Żandarmeria Wojskowa, Policja, antyterroryści BOA i ABW.

 Rebelianci charakteryzowali się czynami typowymi dla organizacji terrorystycznych, próba wdarcia się do sejmu, atak na siedzibę premiera przy użyciu substancji pirotechnicznych, podrzucanie gnijącej tkanki pod siedzibę Jarosława, próba zdetonowania ładunku przy siedzibie Policji, podpalenie kamienicy, kilkaset rannych po obu stronach, zdewastowane budynki, kościoły i infrastruktura, kilkaset spraw do sądu, ogromną ilość zakażeń koronaworusem i śmierć zakazonych, śledztwo w sprawie przywódców, łapanki i poszukiwanie organizatorów, podejrzenia podżegania z zagranicy (Białoruś/Lukaszenko), protesty, walki i zamieszki w ponad 200 miastach, liczne udziały Polaków za granicą, rozprzestrzeniło to w pewnym stopniu na, aż na 15 krajów Europy, między innym UK, Niemcy, Norwegię, Grecję, Islandię i Belgię.

Obóz Narodowo Radykalny próbujący powstrzymać OSK przed dotarciem do siedziby Prezesa Kaczyńskiego.

Ważnym elementem był atak na kościoły, podczas których według Policji zdewastowano lub zniszczono kilkaset fasad. Ataki na kościoły były najdłużej trwającą częścią strajku, doszło nawet do podpaleń, a w odpowiedzi na wykupienie przez Orlen spółki Polska Press (nacjonalizację 300 czasopism i 500 stron www) dokonano zamachu na jedne z aktywów Orlem, wjeżdżając rozpędzonym samochodem w budynek. Podczas zamieszek niesiono hasła takie jak: „Wypierdalać”, „Będziemy dusić kaczkę”, „przepraszamy za utrudnienia, mamy rząd do obalenia”, „to jest wojna”, „bóg z wami huj z wami”, „miłość, pokój, jebać Psy”.

Doszło do schakowania konta Ministra Rodziny i próby podpalenia budynku, w których znajdował się premier Polski. Przejęto autobusy i tramwaje wyświetlając na nich wulgarne hasła, a także próbowano użyć broni biologicznej na Żoliborzu. W akcjach „Marsz na Warszawę” dochodziło do walk i aresztowań po 200 uczestników. Użyto broni chemicznej i palnej. Najcięższe walki toczyły się na początku listopada, gdzie jednego dnia ciężko rannych zostało 50 policjantów. W strajku brali udział posłowie Koalicji Obywatelskiej, zaś w sejmie doszło do bijatyki z udziałem posłanek – wezwano straż marszałkowską. Rafał Trzaskowski zapraszał na manifestacje ludzi, zaś Szczecin i Wrocław wydały nielegalne uchwały.

Pożar przed siedzibą partii, wywołany przez „kontengen” Agrounii. Nawozy sztuczne i ciągniki, odpowiednio wykorzystane przemieniają się w śmiercionośną broń.

Nie ma już wątpliwości, że Polsak nie przegrywała, tylko walczyła z samym sobą. Podział społeczeństwa na dwie formacje doprowadził do zmian na całym świecie, zaś znana jest tylko historia jednej części. Choć Prusacy pochodzą od kultury Polskiej to jednak przez długi czas byli odrębnym wariantem. Wschodnia strona społeczeństwa powinna zrozumieć, że to nie Niemcy byli odpowiedzialni za atak na nich, lecz ich własni bracia, których wielokrotnie odrzucali. Zachodni powinni zaniechać swoją złość zrozumieć kim są, spojrzeć na swoją przeszłość, tożsamość i kulturę, wyciągnąć z niej to co dobre. Należało by przywrócić im historyczne nazwy i zniszczone dzieła sztuki. Prusy powinny być traktowane jako ciągłość istnienia Polski w XVIII wieku. Historia powinna być nauczana zarówno jeśli chodzi o historię Polski wschodniej jak i zachodniej, razem przecież wywodzącej się od Civitas Schhlegsen i razem połączonej. Z czasem zachodnia Polska się uspokoi i rozbicie dzielnicowe się zakończy. Ważne, aby zachodni Polacy wiedzieli kim są i że już nic im nie grozi, zaś Polacy wschodni zrozumieli to kim są ich sąsiedzi, dlaczego są inni i że są świadectwem tego, że Polska nigdy nie była ofiarą, a Królestwo Prus było pełnoprawnym państwem Polskim i niesie drugą połową historii narodu, otwierając nieznane, nowe drzwi.

Język Polski omal nie wymarł

Wiele jest na świecie języków które wymarły jak i wiele jest języków, które są na granicy wymarcia. Co roku wymierają mniej więcej od 2 do 3 języków spośród ponad 2000 języków, gwar i lektorów. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że dawniej jednym z języków, który był zagrożony wymarciem był język polski! W pewnym momencie naszej historii mniej niż 40% populacji polski w jej rdzennych granicach czyli granicach Mieszka I posługiwał się tym językiem.

Zaczęło się IX wieku naszej ery – wtedy to właśnie rozpoczęła się chrystianizacja Polski. Zaczęto używać dużo zapożyczeń, a dopiero w XIV wieku naszej ery spisano pierwsze słowa w języku polskim było to raptem jedno zdanie „Daj. Ja pobrusię a ty poczywaj”. Dopiero w XVI wieku spisano kolejny większy już kawałek tekstu w naszym języku. Migracja ludności niemieckiej do Polski w okolicach Gliwic, Stargardu, Malborka czy Wielkopolski spowodowała, że księstwa zmieniły łacinę, na niemiecki jeśli chodzi o język urzędowy, który miał pozwalać na porozumiewanie się między różnymi dialektami języka polskiego. Polacy znaczenia oni również porozumiewać się nim, aby dogadać się w sprawach codziennych z różnymi częściami kraju – w ten sposób stopniowo język polski zanikał zamienijąc się na język niemiecki.

Rozwój języka Niemieckiego

Nie wiadomo natomiast losu języka śląskiego i w jakim stopniu on zanikał wiadomo jednak, jak to było z językiem kaszubskim. Dawniej kaszubski był jednym z 4 dialektów języka pomorskiego, które znacznie bardziej różniły się od języka polskiego niż język Śląski. Istniały 4 dialekty – Pyrzyczański, Kaszubski, Woliński oraz Grupa Dolnoparsęcka.

Obecnie jedynie kaszubski przetrwał w jakimś stopniu. najwcześniej język polski zaczął zanikać na Pomorzu Zachodnim czyli Wolin czy Pomorzu środkowym oraz w Województwie Lubuskim. W Dolnośląskim nieco wolniej, dosyć szybko zaś w okolicach Malborka (imigranci z Mazowsza), aczkolwiek nie były to historyczne tereny Polskie tylko Pomezanii. Na terenie Dolnego Śląska na początku XIX wieku około połowa deklarowała język polski. Pozostali – język niemiecki. Mała część język czeski nie było natomiast jakiegokolwiek wzmianki o języku śląskim, które dziś deklaruje prawie milion osób, a może i więcej.

W latach 30-stych XIX wieku, w całych prawie Ziemiach Odzyskanych mówiono już tylko po niemiecku lecz również na terenie Wielkopolski były ogromne były wpływy języka niemieckiego – ponad połowa mieszkańców Poznania mówiła nim, a Gdańska praktycznie wszyscy, tak samo jak o ogromna większość Pomorza Gdańskiego jak i Wielkopolski.

Również gigantyczna ilość na terenie Katowic czy Gliwic czy w całej Aglomeracji Górnośląskiej również dominującym językiem był niemiecki. Choć w rejonie Katowic polski przewyższał tylko w niewielkim stopniu (55-60%) było go również dużo na Mazurach (germanizacja językowa imigrantów z Mazowsza), aczkolwiek podobnie jak w przypadku Pomezanii nie jest to rdzennie polski rejon. Język naszego kraju przenikał w tym wielowiekowym procesie zaś na teren Rusi – między innymi na Chełm, jak i Zamość czy Sanok potem przez Polskę anektowane – czy też przez Ukraińców z Lwowa czy Białorusinów z Grodna i Białegostoku jak i całego Podlasia, czy też Suwalszczyzny oraz Wilna. Na Mazowszu dużo gmin niemieckojęzycznych było na północy – spora część z nich była też protestancka ale większość była katolicka, lecz niemieckojęzyczna – między innymi Nowy Dwór Mazowiecki, Serock Pułtusk, okolice Płocka, a także okolice i gminy powiatu piaseczyńskiego były niemieckojęzyczne. W Świętokrzyskim Województwie występowała taki powiat na północy, w Krakowie czy Tarnowie też było sporo języka niemieckiego, a także w rejonie Stalowej Woli, Chełma czy okolic Torunia, Grudziądza i Bydgoszcza, a także w niektórych miejscach Województwa Łódzkiego.

Cmentarz niemieckich imigrantów w Serocku.

Nazwiska niemieckie były normą na zachodzie Polski, a na wschodzie również były dość masowe. Tak samo przyswajano również nazwiska niemieckie – ponadto nie skończyło się tylko na zapożyczeniach z takich języków jak niemiecki, grecki, łacina, francuski czy angielski, ale także do makaronizmów i wtrąceń, które psuły harmonię wokaliczną słowa. Powstały też system przedrostkowy, którego oryginalnie nie było – ze słów tak jak „post” powstał przedrostek „po” słowo „pre” zmieniło się w „przed”. Słowa te były niezgodne z gramatyką zarówno polską jak i łacińską ponieważ mówiono je tak jakie usłyszano zdania łacińskie. Słowa uległy pomieszaniu i w ten sposób popsuła się harmonia wokaliczna czyli ograniczenie występowania samogłosek z powodu występowania innych samogłosek czy też słowa będący ciałem obcym w naszym językowu, także jeśli chodzi o nowe zgłoski czy głoski (ż wzięte z francuskiego, czy sz zamiast si, rz i cz zamiast ci, oraz f i x) w taki właśnie sposób język polski uległ bardzo dużym wpływom zachodnim. Obecnie łatwo wydestylować zapożyczenia z grupy słów języku polskim i zrekonstruować jak wygląda harmonia wokaliczna w języku polskim, gdyby oddestylować z niej makaronizmy, a także wtrącenia tak jak rondel, kufel, garaż, stelaż, korporacja, destylacja i tak dalej. Ponadto łączenie słów przedrostka i słowa głównego sylabą „o” również było wzięte z łaciny. W języku polskim (język A), zaczęto używać makarnizmów ze słowami z języka B i jednocześnie używać do nich metod gramatycznych z języka C czy D. Do niektórych słów zagranicznych dodano też dziwną końcówkę „stwo” (plugastwo od plug, państwo od pan) które zaczęło być nadużywane w różnych słowach, także polskich… Nastąpiły słowa wyglądające niczym generator losowych sylab, niemal tak samo dziwne jak w językach takich jak Holenderski czy Niemiecki.

Ponadto słowa polskie tłumaczone na łacinę, a następnie po wiekach na polskie (chociażby nazwy miast) zostały przetłumaczone błędnie. W ten sposób PoLSka miała germańskie LS w nazwie kraju (Poleska było by bardziej garamtyczne), a takie miasta jak WaRSZawa, czy ByDGoszcz to tylko czubek góry lodowej – nie mówimy tutaj o miastach typu OLSZTyn które mają oczywiste germańskie korzenie i genezę, ale miasta, które po prostu przetłumaczono na łacinę a potem źle przetłumaczono z powrotem na język polski. ŚLąsk czy ŚlLęŻa również są są słowami bardzo mocno zgermanizowanymi. Po 1945 roku zmuszono ludność niemieckojęzyczną do przyswojenia języka polskiego.

W latach 50-tych, wiele osób na Ziemiach Odzyskanych, a także Wielkopolsce czy Pomorzu Pomorzu Gdańskim mówiła najlepiej po niemiecku, łamanym polskim Z wtrąceniami niemieckimi dużo było niemieckich nazwisk typu Helga. Zdarzało się że nauczycielka polskiego mówiła lepiej po niemiecku niż po polsku. Mowa ta zaniknęła w latach 60-tych i 70-tych – kilkanaście milionów doitsche sprechen. Ludność w latach 50 tych używała dwóch interesujących określeń – anglendoitsche czyli był to potomek imigrantów niemieckich, a folksdoitsche – czyli po prostą osoba niemieckojęzyczna, która nie musiała mieć absolutnie nic wspólnego z prawdziwymi Niemcami. W latach 80-tych ponad milion niemieckojęzycznych osób przeszło na język Polski, a w latach 90 publicznie ujawniono kwestię i ludności niemieckojęzycznej, jednak dalej jest ona kontrowersyjna, Obecnie tylko 150 000 osób mówi po języku niemieckim w Polsce jako języku dziedzicznym (w sprawie języka wyuczonego, zajmujemy natomiast w Europie szczytowe miejsce w doitsche spreachen, gdyż uczymy się go już w podstawówce).

Język Niemiecki 2002

Choć są to w dużej mierze Polacy niemieckojęzyczni, potomków niemieckich imigrantów nie ma tam specjalnie dużo chyba, chyba że mówimy o okolicach Głogowa i Legnicy, W Gdańsku czy na Warmii, a także w Opolu jest całkiem sporo osób niemieckojęzycznych lecz tylko w okolicach Gliwic czy Legnicy jest wśród nich całkiem spory odsetek osób które rzeczywiście przybyły z Niemiec, a nie niemieckojęzyczni Polacy, Łużyczanie i Prusowie.

Język niemiecki przed wojną był językiem międzynarodowym – używali go między nimi również Połabianie, Prusowie, całkiem sporo ludności na Ukrainie, masa ludności Czech na północy i zachodzie kraju bardzo dużo osób na Węgrzech, Mołdawi i Rumunii, a także w jednym z mieszkań Rosji na północny zachód od Kazachstanu gdzie Niemcy wyemigrowali w pewnym momencie. Bardzo mało osób niemieckojęzycznych było za to w Białorusi w krajach bałtyckich, Słowacji czy południu Europy, tak jak na przykład w Chorwacji czy Serbii albo Bułgarii.

Zasięg języka Niemieckiego w 1937.

Repolonizacja uratowała język polski przed wymarciem jednocześnie część osób polskojęzycznych krytycznych wcielonych do Związku Radzieckiego musiała z powrotem przyswoić język Białoruski, Litewski, lub Ukraiński obecnie w Polsce mówi się praktycznie tylko po polsku lecz to jest tu rozróżnienie na właściwie 4 dialekty – osoby mówiące po polsku od zawsze, lub osoby które przyswoił ten język ponownie po jego utracie, oraz – polskojęzyczni Rusini na wschodzie, Polskojęzyczni Prusowie i Jaćwigowie oraz potomkowie niemieckich i skandynawskich imigrantów który też przyswoi język Polski oraz niewielka ilość polskojęzycznych Czechów i Łużyczan oraz inni drobni imigranci (w tym podejrzanie imigranci z Finlandii w prudniku jest ich niewiele i nie wiadomo skąd się właściwie tam wzięli). Mimo rekonstrukcji języka polskiego na zachodzie kraju tak naprawdę zachowało się całkiem sporo język na niemieckojęzycznych nazwisk i dalej język polski wypełniony jest różnego rodzaju zapożyczeniami, które łamią gramatykę polskiego języka a według przestarzałych strukturalistycznych teorii językowych (model z XIX wieku, wyjątki-wtrącenia nie za rzeczą, która wyklucza dane słowo jako element świadczący co tak naprawdę klasyfikuje jaki jest język z danej grupy i tym samym można błędnie uznać do jakiej grupy zaliczyć należy języki Słowiańskie patrząc na masę wtrąceń, które tak naprawdę niszczą zasady gramatyczne takie coś utrudnia mówienie o języku polskim sprawia, że nawet Polacy mówiąc językiem od pokoleń mają trudności z mówieniem. Czasem zacinają się mając problem choćby z używaniem śliny w języku w środku skomplikowanych słów, które są po prostu nie gramatyczne.

Uświadomienie jak wyglądały słowa przed ich destrukturalizacją tak naprawdę będzie dosyć łatwe – ludność pewnie będzie bardzo chciała ponownie mówić wygodnie i tym samym takie słowa można łatwo odrodzić i oczyścić się język polski. Można zrobić też inną opcję – zdać sobie sprawę, że są to tylko wtrącenia i nie klasyfikują języków słowiańskich do tej samej grupy co języki germańskie czy celtyckie, to samo dotyczy zresztą języków bałtyckich ponieważ mają bardzo wiele elementów wspólnych z grupami ałtajski. Co prawda kilka tych elementów posiada też język włoski czy łacina natomiast trzeba dodać, że były to języki, w których był pozaeuropejski substrat do języka w postaci imigrantów ze Wschodu, więc języki pomieszały się także w 2 stronę jeśli chodzi o niektóre elementy.