W Polsce mieszka nie 150 000, a 2-4 mln Niemców!

Czyli „Dziedzictwo rasowo-mentalno-kulturowe ludności o korzeniach niemieckich w Polsce na zasadzie embodimentu idei przekazywanych  przez efekt lustra i wpływ habitatu.” – rzecz o największej w Polsce mniejszości i jednej z niewielu mniejszości napływowych. Jedynej, poważnej mniejszości w Polsce, która rzuca się w oczy.

Jeśli mówić o „mniejszości niemieckiej w Polsce” zazwyczaj nasuwa się na myśl 150 000 osób, które zadeklarowały w spisie powszechnym narodowość Niemiecką, gdyż stosują na co dzień ten język. Jednak po IX wieku język niemiecki stał się językiem wielu narodów (Ślązacy, Połabianie, Karantanie, Prusowie) więc nie jest to dobre źródło.

W rzeczywistości można pokusić się stwierdzenie, że „mniejszość” niemiecka w Polsce to 2-4 miliony Nadreńczyków, czyli mieszkańców o korzeniach realnie od początku niemieckich czyli ludzi o pochodzeniu z terenów między Łabą, a Renem. Przybywszy do Polski w okolicach XIII wieku, zachęceni do przez książąt dzielnicowych do osadnictwa, nieustannie przekazywali z pokolenia na pokolenie elementy nie tylko wyglądu, ale także zachowania czy sposobu bycia. Ze względu na instynktowną potrzebę zakładanie rodzin wśród własnej „kategorii” genetycznej (wymóg zachowania ciągłości ewolucji), nieustannie od kilkuset lat zachowują swoją istotę, i dziś być może jedyne co łączy ich z Polakami to język. Zrozumienie genezy obecności tych ludzi w Polsce, ich sposobu myślenia, jak i metody ich rozpoznawania mogą być ważne dla dobrego dialogu społecznego w Polsce dla obu stron tych odmiennych kręgów kulturowych.

Nadreńczycy, nie mówią o sobie jako „Niemcy” ale jednocześnie cały czas (nawet podświadomie) dają znać o tym kim są. „Świadomość narodowa” to sztuczny, nie-naukowy wytwór XIX wiecznego, wczesnego nacjonalizmu, który chciał potraktować naród tak jak organizację, do której można dołączyć lub odłączyć, ignorując jego rodową, odwieczną genezę. Teorie robiono bez analizy wstecznej i nie poprawiano ich potem (tak jak teorię PIE) pojawiało się wiele falsyfikatów (np. Kronika Prokosza). Do tego doszło mylenie narodowości z obywatelstwem (gdyż po angielsku oba pisze się jako „nationality”) co spowodowało spaczenie definicji „Polak’/”Niemiec” tak jak i innych ludów. W rzeczywistości wieki i tysiące lat wcześniej ludzie nie potrzebowali „deklaracji narodowości” by wiedzieć kto jest kim. Wiedział już o tym Tacyt, Geograf Bawarski czy Prokopiusz z Cezareji który po pracach terenowych i zbieraniu danych określał gdzie jest Wandal, kto Gal, kto Wielet, kto Polanin, a kto Sarmata i po latach okazało się że mieli rację. Skoro w spisie powszechnym narowiści każdy może zadeklarować co chce, spis taki nie ma żadnej wartości naukowej. Jedyne co nam zostało to historyczne mapy, testy DNA i analiza osadnictwa oraz kręgów kulturowych, czyli sprawdzić wszystko trzecio-osobowo.

Zasięg języka Niemieckiego w latach 30-stych

Nadreńczycy (zwani dalej „Niemcami”, według esencjonalistycznej wersji definicji narodowości) to w niemieckojęzycznej nomenklaturze osoba o korzeniach germańskich/niemieckich, czyli wywodząca się z rodów rejonów od Renu po Łabę. Taką osobą może być mieszkaniec Monachium, Bremy, Hamburga czy Dortmundu (praktycznie całe terytorium dawnego RFN). Inna spraw osobami niemieckojęzycznymi, które nie muszą mieć żadnych związków z Niemcami. To przeważnie ludy, których język niemiecki był bądź jest językiem wyuczonym historycznie, gdyż ich rodzime języki były zbyt rozdrobnione by używać ich krajowo. Do Folksdoitsche należą np. mieszkańcy Wiednia, Lipska, Miśni, Berlina. Dawniej również mieszkańcy Szczecinia, Królewca, Opola czy Poznania. W 1945 mogło w Polsce być takich osób nawet kilkanaście milionów. Dziś jest ich tylko 150 00 tysięcy. Wraz z utratą języka niemieckiego, przez Polaków niemieckojęzycznych, język utracili też prawdziwi Niemcy na ziemiach Polskich. Obecnie mogą stanowić nawet 10% ludności Polski (na ziemiach zachodnich – 20%). Największe ich skupiska (50%) są w rejonach Wielkopolski Zachodniej, Zagłębia Miedziowego (Głogów, Polkowice, Lubin, Legnica), Stargardu Szczecińskiego, Płocka, Kłodzka, Pomezanii i Ziemi Chełmińskiej. W powiacie Bogatyńskim stanowią grubo ponad połowę. Ich ilość może wynosić nawet 5 mln, jeśli doliczyć na siłę też ludzi o pochodzeniu Nordyckim (Wolin, Wielkopolska, Pomorze Zachodnie, Lubuskie). Dane te przeprowadził Robert Gabel w ramach projektu pochodzenia ludności niemieckojęzycznej żyjącej w okresie międzywojennym. Mozaika genetyczna w tych rejonach pokrywała się z mozaiką dostarczoną przez współczesne badania przesiewowe, takie jak archiwizowane na Eupedii, zaś obszary te wręcz idealnie pokrywają się obszarami, które były udokumentowanymi obszarami nadawania ziem niemieckim imigrantom z XII wieku, więc można być pewnym, że proporcje i skupiska są prze lata niemal niezmienne.

Jak rozpoznać anglendoitsche? Jest to dosyć proste, bo są bardzo charakterystyczni. Przypominają Skandynawów, Anglików bądź Francuzów w przeciwieństwie do Słowian, którzy przypominają Finów.

Anglendoitshe„Slavenpolen”
NosWysunięty w dolny-przódWysunięty w górny-tył
SzczękaWysunięta w przódWysunięta w dół
OczyOdsłonięta powiekaWąskie/wsunięte
Włosy (u dorosłych)Mogą być kręcone, od jasnego blondu po ciemny blondProste, od ciemnego blondu po czarne 
WzrostRaczej wysokiRaczej niski
ZarostDosyć gęstyRzadki
Kolor oczuNiebieski, szary, brązowySzary, brązowy
ZębyDłuższe siekaczeDłuższe kły
BrwiUkośne rozwarcie do nosaProstopadłe do nosa
CzaszkaSzersza u góryMniej szersza u góry
UszyBardziej odstająceMniej odstające

Europa bowiem składa się z dwóch, odrębnych ras o różnym pochodzeniu – północno-wschodniej i zachodnio-południowej. Tą odrębność uznawał już Wincenty Kadłubek, który dzielił Europę na „niezmierną rzeszę ludzi” (czyli Słowian i ich krewnych, aż po Ural) oraz „Celtów” (według jego definicji – całych mieszkańców Europy Zachodnio-Południowej). To właśnie dlatego, absolutnie zawsze te części Europy były odrębne praktycznie we wszystkim. Pojęcie „Europejczyk” jest bardziej efektem przyjaznego sąsiedztwa niż wspólnotą kulturową, choć oczywiście dochodziło do zapożyczeń kulturowych i językowych między obiema stronami. I tak np. Słowianie czcili słońce, a Celtowie (mieszkańcy Europy Zachodniej) czcili gwiazdy, Słowianie palili ciała zmarłych,  Celtowie czy Rzymianie składali do grobu, Słowianie mieli religię monistyczną, Grecy czy Wikingowie – dualistyczną. Grupa wschodnia była liczniejsza niż grupa zachodnia, co za tym idzie – po upadku Cesarstwa Rzymskiego, wschód podczas dyfuzji kultur miał większe wpływy kulturowe na zachód, niż on na wschód, szczególnie w sprawach synkretyzmu religijnego. Widać to chociażby po dużej ilości samobójstw we współczesnej Polsce – kiedyś w Europie Wschodniej samobójstwo było rytuałem i pisali o tym w IX wieku już Arabscy podróżnicy. Logiczne jest że Polacy nie przyjęli by nigdy obcej kultury (przeczy temu instynkt samozachowawczy i odruchy wrodzone, zachowania stadne itd.), chyba że widzieli by w niej analogie do swojej (tak jak z kulturami uralsko-ałtajskim), a tych analogii w kulturach Zachodu i Bliskim Wschodu oczywiście nie było.

Zdjęcie z Islandii, mężczyzna pochodzenia Wikińskiego i kobieta pochodzenia Lapońskiego – unikatowy tyngiel jest typowy dla społeczeństwa Islandii i języka Islandzkiego.

Teoretycznie można oddzielić rasę od mentalności np. dwóch Polaków adoptuje Niemieckie dziecko i go wychowa jak Polaka, jednak ostatecznie zdajemy sobie sprawę, że oddzielenie rasy od kultury nie jest tak naprawdę możliwes. Bowiem wygląd danej populacji jest mocno związany z kulturą. Trudno sobie wyobrazić np. sztukę grecką bez charakterystycznych oczu i włosów u pomników postaci. Dlatego też wyobrażanie, wielu Polaków przez zachodnich malarzy tak jak np. Greków czy Francuzów sprawia, że trudno je powiązać z Polską kulturą. Taki sam los spotkał wyobrażenia Hunów i Mongołów, których przedstawiono jak Niemców czy Wikingów na niektórych obrazach. Było też jeszcze inaczej w słynnym obrazie gdzie Ślązak depcze Mongoła w Legnicy. Ślązak wyglądał jak Grek o jasnych włosach, a Mongoł – jak stereotypowy XVII wieczny Polak-Sarmata. Gdzie jest więc sens?

Innym problemem antropologii fizycznej jest to że Polacy nie są przyzwyczajeni do niewerbalnego odczytywania gestów Polaków bo ich twarzy. Niemcy wyglądają inaczej stąd Polacy mogą błędnie odebrać ich zamiary. Osoba z duży, nie-prostym zarostem kojarzy się w Polsce z rozbójnikiem lub piratem. Problem w tym, że u Niemców taki zarost szybciej i mniej prosto – mają więcej włosów. Do tego oczy Niemców czy Anglików wyglądają tak, jakby się niegrzecznie gapili, a to ich naturalny kształt, brwi też są nieco inne. Jak więc Polak ma odebrać niewerbalnie ich zamiary, skoro od dzieciństwa odczytują inny schemat twarzy niczym kod Java VR? Do tego Niemcy mają szczękę wysunięte w przód co sprawia iluzję, jakby unosili ją do góry (w Polsce jest to symbol egozimu), co oczywiście jest tylko złudzeniem, ale podświadomie czytanym w taki sposób. Nawet gdy zdamy sobie sprawę z tego, że ktoś tak po prostu wygląda to trudniej będzie powstrzymać odruchy takie jak napięcie mięśni czy adrenalina. Tak samo (tyle że na jeszcze większą skalę) było z mniejszością Arabską. Niemcy również dość głośno wydychają powietrze (system ochrony przed przegrzaniem), w przeciwieństwie do Polaków, u których oddychanie jest cichsze, a gest głośnego wydychania jest odbierany jako zniechęcenie do rozmówcy i zdenerwowanie na niego.

Fryderk Szopen – jeden z pseudopolaków, w rzeczywistości osoba o korzeniach niemieckich

Mimo sztywnego podziału na Europę, jako jedno z miejsc gdzie spotykają się dwa światy, to jednak nie jest ono idealnie równe. Bowiem mieszkańcy często migrowali do innych krajów, co prowadziło do dalszej dyfuzji. Największe skupiska populacji o korzeniach z Europy Wschodniej na Zachodzie znajdują się w Andaluzji, Katalonii, Sardynii, Galicji, Kraju Basków, Etrusii, Wenecji, Walencji i Bretani (co ciekawe – większość z nich to dziś rejony separatystyczne). Z kolei najwięcej potomków imigrantów z Zachodu na Wschodzie znajduje się w Sudettlandzie w Czechach, Rumunii, Węgrzech, Ukrainie, Tatarstanie oraz w Polsce. Warto dodać, że granica między populacjami R1B (celtycka), a J2 (zachodnio-bliskowschodnia) jest płynna, tak samo jak granica między populacjami R1A (słowiańska), a N1C1 (uralska). Z kolei granica między R1B, a R1A jest nagła i skokowa, na rzece Łabie, co jest dowodem na ich odmienność. Sądząc po mozaice genetycznej, antropologii fizycznej i motywach kultury, ludność zachodnia mogła przyjść wyłącznie Hetycji przez Grecję i Italię, idąc za braku możliwości – dalej na północ. Z kolei ludność wschodnia jest udowodniona jako wywodząca się gdzieś z ze wschodu, najpewniej szli przez Karelię w Rosji. W pewnym momencie obie populacje się zderzyły i tak zostało do dziś. I w tym momencie zdajemy sobie sprawę, że nie ma tak naprawdę czegoś takiego jak „Europejczyk” czy „Kultura Europejska”. Tak samo jak nie ma czegoś takiego jak „Azjata” (patrząc na różnice między np. Japonią, a Irakiem), gdyż mówimy zazwyczaj jako o Azji, o Azji Wschodniej. Zaś mówiąc „Europie” zazwyczaj ma się na myśli Europę Zachodnią (Francja, Anglia, Włochy) o Europie Wschodniej nie mówi się praktycznie nic (Polska, Rumunia, Ukraina, Serbia, Białoruś).

O ile Niemcy w Polsce utracili język i musieli legitymować się pod Polską flagą, to nie znaczy to że nie było wpływów odwrotnych, gdyż dyfuzjonizm jest zawsze dwustronny. W Polsce można odnaleźć wiele niemieckich motywów w rejonach o największej gęstości ludzi z tego ludu, a to od Niemców wzięliśmy twarde głoski jak cz, sz czy rz, głoskę „f” oraz szyk zdania (pierwotnie było to – Podmiot-Dopełnienie-Orzeczenie). Germańskie zgłoski (jak LS w słowie Polska) też pojawiły się w naszym języku. Polski stał się w wielu wypowiedziach językiem słowiańsko-germańsko-romańskich. Pytanie więc – czy można ocenić pochodzenie języków słowiańskich, w takiej formie skoro od dawien dawna mają tyle niegramatycznych wtrąceń?

Jak wygląda charakter Niemców? Przede wszystkim są głośniejsi niż Polacy. Dla Polaka podejście do przyjaciela, zapalenie papierosa i odejście to już jest rozmowa. Dużo danych przekazujemy niewerbalnie. Dla Niemca jest inaczej, on mówi więcej niż Polak powiedzieć by mógł. Skutki są takie, że Niemcy myślą że Polacy są niegrzeczni i ich ignorują, a Polacy myślą że Niemcy są niegrzeczni bo zwracają na wszystko uwagę i są za głośni jak na wschodnioeuropejski krąg kulturowy. Coś co dla Polaka jest krzykiem, dla Niemca jest tylko głośniejszym tonem, a coś co dla Niemca jest podejrzanym szeptem, dla Polaka jest cichą, kulturalną rozmową. Nie jest to co prawda jeszcze poziom Włochów czy Francuzów, ale nadal różnica jest mocno widoczna.

Tak jak nie należy oceniać Niemców po zachowaniu Połabian (należał do nich Fryderyk Nietzhe i najpewniej też Johan Goethe, którego mentalność nijak nie przypominała mentalności Niemców) to tak też nie należy oceniać Polaków po zachowaniach Niemców. Czasami się tak jednak dzieje. Niemcy częściej się odzywają przez co wydaje się że jest ich więcej (są też wyżsi i ogólnie wyróżniają się z tłumu). To samo dotyczy z resztą ich urody. Następuje wówczas psychologiczny efekt „białego kruka”/„czarnej owcy”. Stado składające się z białych owiec i jednej czarnej wygląda tak jakby jednej czarnej owcy było więcej niż białych. Do liczby rzeczywistej dodana jest jednostka urojona związana z dwójmyśleniem, tworząc liczbę zespoloną, dającą wynik większości mniejszej liczby rzeczywistej, nad liczbą większą. Tak samo jest z Niemcami w Polsce. Nie należy jednak kierować się iluzjami.

Joseph Goebbels i Heinrich Himmler, dwie osoby związane z nazizmem, z czego tylko jeden jest prawdziwym Niemcem – stanowi to najlepszy przykład na fałszerstwo pochodzenia wielu pseudoniemców.

To samo dotyczy kwestii ich rasy, gdyż często w podświadomości miesza się ona w tłumie z rasą Polaków. To tak jakby widzieć niebieskie i czerwone kropki, które z daleka wyglądają na fioletowe. Niemców jest mniej, ale rzucają się w oczy przez to co paradoksalnie tworzy iluzję że jest ich więcej niż w realu. W efekcie wychodzą takie powszechne paradoksy jak „uroda europejska”, która sama w sobie nie istnieje (chyba, że mówimy o hybrydzie, ale to rzadkie przypadki). Również farbowanie włosów i modyfikacja ich kształtu jest szkodliwa dla możliwości robienia analizy tłumu. Bowiem na ocenę wielu ludzi, wpływa często nie świadomość lecz podświadomość. To tym bardziej utrudnia ocenę – kim są Polacy i stąd pochodzą? Ktoś kiedyś zauważył jakby Niemcy mieli by być bardziej podobni do Polaków niż Francuzi, jest to jednak błąd, gdyż twarze robiono jako średnią z wyglądu próbek kontrolnych z obszarów tego kraju. Tym samym do średniej doliczono 20 mln Połabian. Taki sam błąd zrobiono w Przypadku Norwegii, gdzie komputer pomieszał ze sobą Skandynawów z Lapończykami. Anglia jako jednolita wyszła akurat precyzyjnie, jednak pokazuje to jak należy oddzielać te populacje. Wyobraźmy sobie co by się stało, gdyby próbowano obliczyć taką średnią w tak niejednolitych państwach np. w Brazylii albo USA? Generalnie mamy do czynienia z dwoma populacjami w Polsce, mniejszą i większą, które zbyt bardzo się od siebie różnią by oba wywodziły się z jednego kraju. Większa jest rdzenna, mniejsza  – napływowa.

Można zauważyć duży udział Niemców, w niektórych partiach (i ich współpracownikach). Wśród członków i/lub współpracowników KO, można wymienić takie osoby jak Donald Tusk (ten się akurat przyznaje do pochodzenia), Rafał Trzaskowski czy Borys Budka. Wśród członków i/lub współpracowników PiS można wymienić w sumie z najbardziej znanych w sumie tylko Antoniego Macierewicza. Być może jest to związane z tym że w obszarze, gdzie jest elektorat PO mieszka więcej Niemów, ale i też skłonność do reintegracji ich populacji. Wyjaśnia też to specyficzne zachowanie takich postaci jak Donald Tusk czy Rafał Trzaskowski, przy jednoczesnym dziwnym milczeniu takich postaci jak Mateusz Morawiecki czy Jarosław Kaczyński, co skłoniło liderów PO do podejrzeń, że coś ukrywają, a ich zachowanie to jest jedynie normalna reakcja Polaków. Z kolei reakcja Niemców może się wydawać dla Polaków bardzo dziwna, stąd kontrowersje związane z takimi postaciami jak Donald Tusk wynikające z różnic kulturowych. Trudno mówić o etykiecie, kiedy to istnieje duża mniejszość, która to przestrzega innych zasad niż większość i trudno ich zmusić do przyjęcia obcych wzorców kulturowych, aby nie powiedzieć „niemożliwe”. Dla Niemców sprawy muszą być jasne konkretne, bez udziwnień i dróg niekonwencjonalnych. Polacy zaś przeważnie szukają metod niekonwencjonalnych, gdy te akurat będę wygodniejsze i praktyczniejsze. Niemcy przeważnie dowiadują się o tym dopiero po fakcie.

Zauważyłem u że statystycznie Niemcom znacznie częściej przypisuje się cechy zespołu Aspergera i niż Polakom. Praktycznie stanowią oni tak duży procent sumy tak uznanej, że jest to nieproporcjonalne do ich liczebności. Konieczność, iż „wszystko musi być konwencjonalne” skłonność do rzeczy praktycznych, logika ponad emocjami i dość głośny sposób zachowywania się czy częsty brak zdejmowania butów będąc u kogoś w gości (co może być dla Polaków uznane za niedostosowanie społeczne) sprawia, że z braku innej opcji przypisuje się im takie cechy. To jednak nie wrodzona choroba, lecz po prostu efekt wychowania w odmienny sposób.

Gdy Polakowi zabraknie części to albo naprawi sam, albo zbuduje z tego co ma. Niemiec domówi znowu nowe, albo wynajmie mechanika. I bynajmniej nie jest to kwestia pieniędzy. Gdy Polak nie będzie mógł znaleźć noża do krojenia marchewki, utnie ją nożyczkami. Niemiec będzie szukał i szukał, a jak nie znajdzie to kupi nowy w sklepie obok.

Bardzo ważna jest sprawa dotycząca przyjmowania gości. Gdy Polak weźmie gościa do siebie to będzie sprzątał po nim, kiedy już wyjdzie. Inaczej będzie w przypadku Niemców – tutaj wypada posprzątać za siebie. Dla Polaka honorem jest że ktoś do niego przyszedł. Dla Niemca honorem jest to że to on mógł do kogoś przyjść. Może się nawet zdarzyć, że Polak (podobnie jak Fin) przyjdzie do kolegi i się nie przywita, albo odejdzie też bez słowa i nie jest to niegrzeczne, bo dużo danych przekazujemy niewerbalnie. To właśnie dlatego (oraz ze względu na kształt oczu i twarzy, oraz akcent) jesteśmy często brani przez ludzi z Zachodu i Bliskiego Wschoda za smutnych.

Efekty pracy terenowej potwierdzają tezę. Będąc w 7 szkołach i 7 klasach zauważyłem pewną ciekawą statystykę. Choć osoby o korzeniach niemieckich stanowili zazwyczaj około 10%-20% populacji, to jednak odpowiadali za aż 70% wszystkich odpowiedzi i podniesień głosu podczas lekcji. Mogłem też zauważyć, że mają nieco inny akcent, a także wymawiają twardsze „sz” i „rz” niż osoby o korzeniach autochtonicznych.

Wpływ wychowania w mentalności niemieckiej tworzy również embodiment w tym jak te osoby budują bądź prowadzą swoje domy, co wraz z innymi cechami sprawdziłem podczas pracy terenowej u znajomych anglendoitsche, by wykazać związek pomiędzy wyglądem, a charakterem i sposobem bycia, który dowodzi istnienia anglendouitsche i ich obyczajowości. Na osiedlu testowym istnieją 3 rodziny niemieckie z pośród kilkudziesięciu rodzin. W dwóch z nich można zauważyć specyficzny sposób na ich prowadzenie. W domu A istnieje sztucznie nawadniany trawnik, pies, specjalne ogrodzenie, często głośne imprezy są organizowane w środku, panuje duży porządek w środku, dość często pali się papierosy. W domu B istnieje specjalne ogrodzenie, pies (nomen omen owczarek niemiecki), garaż zamieniony na dodatkowy salon, oraz wielki camper (rzecz rzadka w Polsce). Mieszkańcy domu B przywitali mnie kiedyś dość głośno jak szedłem i chcieli pogadać mimo, iż mnie słabo znali. Z kolei mieszkanka domu A, kiedyś będąc u mnie na chwilę zapytała „czy przypadkiem czegoś ci tutaj nie posprzątać? Nie ugotować?”. Wydawało mi się to nieprawdopodobne, że gość wchodzi i zamiast oczekiwać ciastek, nagle chce sprzątać mi dom. Najwidoczniej stereotypy o „Niemcu czystym, oczywistym” „zawsze sprzątającym mieszkanie z balkonem” nie wzięły się z znikąd.

Próbka numer C – rodzina mieszkająca pod Warszawą. Duży dom. Dwoje „anglendoutsche” i dwoje ich dzieci, niemieckie nawet też nazwisko. Dom duży, dziwne sposoby na umieszczenie niektórych mebli. Niektórzy chodzą w butach w domu, nietypowe sposoby na gotowanie. Podobnie jak próbka nr. A skłonność do podróży za granicę (co jest uważane za typowe w Niemczech). Dość donośny głos, generalnie nawoływanie do sprzątania. Inny sposób przyjmowania gości. Bardzo duże zorganizowanie, szybkie wstawanie w sytuacji, gdy trzeba gdzieś wyjechać. Jechanie na wakacje, bardzo szybko po zakończeniu formalności związanej z rokiem szkolnym.

Próbka nr. D – rodzina pod Grójcem. Kobieta anglendoitsche. Specyficzny sposób na potrawy. Przeważnie bardzo zorganizowana, podczas przyjmowania gości cały czas w ogromnej, świetnie wyposażonej kuchni. Stanowisko kierownicze w międzynarodowej firmie. Pies i marmurowa podłoga.

Próbka nr. F – rodzina pod Warszawą. Jedno dziecko. Duży dom i samochód, niemieckie imię dla córki. Podczas wakacji cały czas w trasie, głównie za granicą.

Próbka nr. G – rodzina anglendoitschów w Warszawie. Korzenie z Opola. Duży dom, bardzo posprzątany, podobny sposób zachowywania się niektórych osób jak w pozostałych próbkach. Marmurowa podłoga (podobnie jak w wielu innych próbkach). Pies.

Próbka nr. H – rodzina anglendoitsche na Pomezanii. Duży basen (co się wielokrotnie powtarzało i może być związane z większa potrzebą ochładzania organizmu u ludów zachodu), dużo dużych rzeczy w ogrodzie, aż trzy psy w tym (nomen omen) owczarek niemiecki.

Sytuacja jest trudna do opisania w przypadku tekstu. Sprawę trzeba zrozumieć w praktyce znając takich ludzi, bądź obserwując zachowania znanych osób w trakcie pracy terenowej. Nie tylko wygląd, charakter, sposób mówienia, relacje z ludźmi, ale też niezwykłe ucieleśnienie mentalności w postaci odmiennych tworów materialnych. Nawet gdy Nadreńczyk mieszka w domu typowym dla Polski to jednak zupełnie inaczej go mebluje i przerabia. W ten sposób anglendotische w Polsce tworzą, rozdrobioną, odmienną od Polskiej, równoległą cywilizację.

Skąd taka korealiacja między pochodzeniem genetycznym, a charakterem i kulturą? To proste. Jeśli para Nadreńczyków posiada dziecko, to przekazuje mu nie tylko geny, ale też wychowanie. Dziecko na zasadzie „fazy lustra” naśladuje rodziców i w ten sposób za pomocą inprintingu/wyuczenia przyswaja od nich mentalną część narodowości. Można więc doskonale zdać sobie sprawę, że narodowość nie jest wyborem, lecz dziedzictwem jednak nie wynikającym z samych genów, ale temu co prawie zawsze im towarzyszy – czyli wychowaniu przez dawców tych genów – rodziców.

Zauważyłem że Niemcy mają większą skłonność do zakładania kanałów na YT. Wiele największych youtuberów w Polsce to właśnie oni. Np. najwięksi youtuberzy Lego (BrodatyGeek) największy youtuber Beyblade (Tybuch the Collector), największy youtube tematów gamingowych (TVGry) czy też przez wiele lat nr. 1 na YT w kraju – satyryk kryjący się pod nickiem Niekryty Krytyk.

Warto dodać też, że Niemcy generalnie należą do rodu, który jest dostosowany do jedzenia przeważnie więcej ilości roślin niż mięsa. Polacy zaś genetycznie są dostosowani do jedzenie większej ilości mięsa – tego wymaga ich natura i potrzeby fizjologiczne. Więc np. Polak jedząc u Niemca, w gościach może czuć się źle jak dostanie mało mięsa i wice wersa. Próba częstowania Nadreńczyka samymi mięsiwami może skończyć się tym że poczujemy się jakby mu nie smakowało. Mamy osobne natury, Słowianie jako lud ewoluujący pradziejowo na północnym-wschodzie potrzebujemy białka i żelaza, aż nadto. Taki „konflikt” przypomina słynną bajkę Ezopa o Bocianie i Lisie.

Ludzie w Polsce od dawien dawna zauważali, że ludzie o pewnym wyglądzie zachowują się specyficznie. Zauważyli korealiację pomiędzy pewnymi cechami wyglądu, a cechami zachowania. Nie umieli zrozumieć czemu Niemcy zachowują się tak jak zachowują, dlaczego np. Niemka robi inne rzeczy niż można by się spodziewać po Polaku. Stąd właśnie wziął się stereotyp „głupiej blondynki”, głośnej blondwłosej dziewczyny, mówiącej dziwnie i robiącej rzeczy które mogą dla Polaka wydawać się głupie. Tak samo jak i stereotyp „rudego” czyli chamskiej, rudej osoby bez znajomych, chyba że z własnej bandy. Jest to oczywiście ksenofobia i rasizm, bo choć Niemcom trudno się dostosować mimo upływu wieków do realiów i kultury, to jednak nie znaczy to że należy się bać czy wyśmiewać z każdego Niemca, którego zobaczymy.

Patrząc na całokształt można zdecydowanie stwierdzić, że Niemcy w Polsce utracili wyłącznie język, a wszystko inne pozostało niezmienne. Bez przyjęcia tego faktu, Polacy nie będę mogli zrozumieć dlaczego np. niektórzy obywatele kraju wyglądają, mówią i zachowują się inaczej. Wszystkie zaś mity stworzone przez PRL o „ stuprocentowej czystości narodowo-rasowej” kraju są tylko propagandą sukcesu, czego dowodzi właśnie fakt, iż największa w Polsce mniejszość etniczna jest 50 razy liczniejsza niż myślimy. Zauważmy, że Żydzi istnieli całkowicie nieinwazyjnie  w Polsce przez 500 lat, dlatego że każdy wiedział kim są i jak się z nimi obchodzić by nie popaść w konflikt. Tak długo jak nie zrozumiemy faktu obecności kilku milionów anglendoitsche w kraju i nie powrócimy do dawnej, przed XIX wiecznej definicji narodowości tak długo zawsze będziemy tkwić w paradoksie matematycznym „jednolitości” i nigdy nie zrozumiemy, kim są Niemcy i kim są Polacy. Pogubimy się w niebezpiecznym fałszu.

Robert Lewandowski gra obecnie w Bayern Monachium. trzeba jednak uwzględnić, że sam najpewniej posiada korzenie Niemieckie.

Osobiście mam w rodzinie, w Warszawie jednego Niemca i mogę zauważyć u niego większość z tych cech, zarówno z zachowania, akcentu jak i wyglądu. Przez długie doświadczenie mniej więcej potrafię dostosowywać się do niemieckich realiów. Kiedyś kiedy siedziałem w frytkowni, jedna Niemka podszedła do mnie i zapytała czy coś mi jest (wyglądałem na zmęczonego) – widziałem po twarzy też że ona również przychodzi do tej restauracji bo jest smutna i zmęczona (to nie dlatego, że Niemcy mają specyficzne powieki). Innym razem zrobiłem eksperyment w stylu pracy terenowej będąc w Pizzerni Hutt w Warszawie. Było tam czterech kelnerów. Trzech Polaków i jeden Nadreńczyk. Poszedłem na środek i zapytałem dosyć głosno „Przepraszam czy jest może pudełko na wynos” z niemiecką gestykulacją, akcentem na „ż” i mową ciała oraz zachowaniem typowym dla Niemców. Z pośród kelnerów, trzech Polaków mnie zignorowało jakby niegrzecznego, zaś ten właśnie jeden Nadreńczyk podszedł do mnie, spojrzał w oczy (u Polaków jest to rzadsze) i uśmiechnięty zapytał w czym pomóc. Po wymianie kilku głośniejszych słów doszliśmy do prostego porozumienia i wtem nagle zobaczyłem, że dwóch ludzi – Nadreńczyków – kobieta i mężczyzna (być może małżeństwo) podchodzą do mnie, stoją i nagle zaczynają rozmawiać na temat czy nie mógłbym (akurat ja) udostępnić im swojego stolica i czy przypadkiem zaraz nie kończę. Nagle w środku restauracji stworzyło się całe getto Nadreńczyków. Byłem zdumiony. Czyżby jeden drobny  (nomen omen) gestwystarczył aby nagle zresocjalizować członków podzielonej od 700 lat populacji Niemieckiej w Polsce? Instynkty rodowe są tak silne? Widać było nie pierwszy raz jak członkowie tej populacji ciągną do zachowań będących odwzorowaniem swoich. Czy tym razem był to tylko przypadek? Bez względu na to jak wyjdą następne wyniki eksperymentów, już teraz jestem w stanie stwierdzić, że w cichej, jednostajnej i „nienachalnej” społeczności Polaków, Niemcy czują się trochę samotnie.

Jak III Rzesza naprawdę traktowała „rasę aryjską”? Kilka zdjęć z 1944.

Hitler nie mógł uważać bycie częścią rasy niemieckiej, za coś co wyznaczało bycie obywatelem III Rzeszy, gdyś ten kraj tylko do Łaby na zachód (i to nie od razu) był realnie Niemiecki. Po za tym nie mógł uważać Słowian za lud gorszy, bo sam miał ich w szeregach w ilościach minimum tak dużo jak Niemców (albo i więcej), po za tym układał się ze Słowacją, Bułgarią czy Ukraińskimi i Jugosłowiańskimi kolaborantami…

Hitlerowi nie zależało (z wyjątkiem Żydów) na kwestii rasy, bo choć mówiło się o tym, to przecież to można zauważyć ciekawą korelację pomiędzy DNA, a wynikami wyborów na NSDAP. W rejonach rdzennie germańskich, poparcie dla Hitlera po prostu zanika.

Teraz kilka ciekawych zdjęć na temat tego jak Hitler traktował „Rasę Aryjską”. Jedynych, prawdziwych (to fakt!) eingeldoitshe. Zdjęcia pochodzące z Powstania Warszawskiego

Żebrzący, głodny chłopiec podczas Powstania Warszawskiego o ewidentnie niemieckim pochodzeniu,
Dziewczynka, o typowo niemieckim kształćcie twarzy, modli się do grobu kogoś zabitego przez oddziały Wermachtu.
Dwie kobiety niemieckie, jedna (co widać chociażby po nosie) opłakuje swoją być może siostrę/córką/kuzynkę? Została ona trafiona podczas służby w AK. Trudno o dokładną idemtyfikację z powodu masy krwi i min ludzi na zdjęciu, ale wyglądają ewidentnie na Niemki.
Dziewczynka służąca jako sanitariuszka w oddziałach AK, o typowo niemieckich powiekach.
Ciężko ranny mężczyzna, o niemieckim kształcie nosa, szyji, powiek, uszy i szczęki, koło niego najpewniej jego dziecko – również ranne.

Dokładna kompilacja powiązań Ruś Moskiewska-Mongolia.

Kompilacja, której popularność napędza dzisiejszy konflikt. Nie jest doskonała, brakuje jej wzmianki powiązaniu Ukraina-Kaganat Chazarów (tamga!), a wzorki ukraiński można w sumie też masowo znaleźć w Rosji, ale pod względem powiazań Rosji z Mongolią i Słotą Ordą – bezcenne. Najbardziej szokuje flaga bitewna Mongołów, czy herb Złotej Ordy.

Naziści czyli Słowianie – kilka map do własnej interpretacji

Wybory do Reichstagu Konfederacji. Wyborcy z Polski i Połabia dali radę przekroczyć granicę 50%, lecz w realu ich władze była jeszcze większa, bo obejmowali władzę nad największym podmiotem Konfederacyjnym – Królestwem Prus
Systemy prawne i sądowe
Wyniki wyborów w 1928 – zwycięstwo Konserwatystów

Wybory 1932 – zwycięstwo NSDAP
DNA mieszkańców Niemiec – 1914 tuż przed wyborami
DNA (R1a) w Niemczech i Austrii
Herb jednego z rodów Ukraińskich
Moneta Bolesława Krzywoustego
Moneta krzywoustego, tamga, „ręce boga” i swastyka
Dawne odznaczenie II RP
Wandalska popielnica z Białej, odnaleziona w grobowcach ludności o słowiańskim DNA, Polska
Bułgarska ozdoba
Swastyka z Azji Środkowej (Kazachstan, Nepal, Kirgistan, Rosja)
Okolice Obwodu Rostowskiego
Jedno ze świąt Wojska Polskiego, przedwojnie
Serbia, ludność o haplogrupa genetycznej I2 i R1a

Neopogański obrzęd – Podlasie
Wrocław – jeden z licznych zjazdów neonazistów
Wrocław to ojczyzna NOP – oprócz koloru białego i czerwonego dodano kolor czarny będący Barawami II-giej i III Rzeszy. Oryginalne barwy podobnego ONR, składały się z kolei z PSL-owej zieleni. To jedyne przypadeki używania przez organizacje, koloru czarnego do flagi, oprócz organizacji Islamskich.

Jak to w końcu jest z tą „mitologią słowiańską”?

Religia Słowian to zespół wierzeń, mitów i kultowych praktyk Słowian, zaliczany do systemów religii politeistycznych, szamanistycznych, animistycznych, monistycznych i totemistycznych z akcentami panteistycznymi i być może dualistycznymi. Wykazuje ona wysoką analogię do religii azjatyckich ludów wielkiego stepu[1].

Informacje o religii Słowian w okresie przed rozpoczęciem chrystianizacji w nikłym stopniu dotrwały w źródłach do dzisiaj. Nie zachowały się żadne źródła bezpośrednie, a jedynie okazyjne relacje chrześcijańskie. Rekonstrukcja odbywa się przede wszystkim w oparciu o ślady dawnych wierzeń zachowane w folklorze i wierzeniach z okresu już chrześcijańskiego. Nie bez znaczenia są także badania z zakresu szerzej pojmowanej teorii religii.

Choć ludy słowiańskie oraz powiązane z nimi systemem wierzeń, a prawdopodobnie także etnogenezą ludy bałtyjskie zamieszkiwały na początku średniowiecza gigantyczne połacie Europy (większość terenów na wschód od Łaby, z wyłączeniem terenów zajętych przez Węgrów i ludy koczownicze), nie zachował się z tamtego okresu żaden spójny przekaz opisujący ich wierzenia. Nie istniał odpowiednik Eddy służącej do rekonstrukcji religii Germanów, a tym bardziej rodzime źródła pogańskie. Chrystianizacja Słowian trwała kilkaset lat, a do jej celów przygotowywano misjonarzy, czy wręcz całe konwenty czy biskupstwa. W efekcie zderzenia kultury słowiańskiej z chrześcijańską, od VI wieku następował stopniowy proces łączenia się chrześcijaństwa z lokalnymi wierzeniami. Chrzty władców zakończyły się wraz z podbojem Połabia przez Księstwa Niemieckie i ich sojuszników (XIII wiek), zaś na poziomie chrztów prywatnych około XV-XVI wieku. Nadal jednak wiara przetrwała wieki w postaci ludowych wierzeń, zabobonów (wykorzystywany przez chrześcijaństwo) czy elementów synkretycznych.

Zachowane źródła

Baśnie, mity, legendy i podania

Odmiennie niż w przypadku Sumeru, Egiptu, czy Grecji, nie odnaleziono żadnych zapisanych mitów pochodzących z okresu przed rozpoczęcie chrystianizacji, tak samo jak i żadnego innego zabytku potencjalnego pisma słowiańskiego. Dopiero wraz z absorpcją alfabetu łacińskiego i powstaniu cyrylicy zaczęły pojawiać się pierwsze źródła pisane. Powszechnie uważa się że to wschodnioeuropejskie baśnie/bajki (w zależności od przyjętej definicji) stanowią odpowiednik skandynawskiej sagi czy greckiego mitu i są głównym źródłem wiedzy na temat religii Słowian.

Pogląd ten został szczególnie uznany za czasów rozwoju antropologii i kulturoznawstwa radzieckiego, kiedy to naukowcu badając tzw. „baśnie narodów związku radzieckiego” (Rosji, Białorusi, Ukrainy czy Kazachstanu) stwierdzili iż stanowią one mity, z których została sama historia w momencie, gdy przestano w nie wierzyć.

Jako źródło mitów bierze się baśnie ze wszystkich regionów zamieszkiwanych przez ludność o korzeniach słowiańskich i bałtosłowiańskich (z Połabiem, Łużycami i wschodnią Austrią włącznie). Pierwszy znaczący i niedościgniony zbiór słowiańskich mitów powstał za sprawą Aleksandra Afanasjewa. Jego rozległe dzieło ukazało się w ośmiu tomach i zawierało aż 640 mitów, legend, podań, baśni i opowieści ludowych. Była to największa w kolekcja zebrana przez pojedynczego człowieka. Afanasjew zanotował relacje z pierwszej i drugiej ręki oraz z wcześniejszych zapisów. Trwał prace nad drugą edycją, jednak nie została ona nigdy wydana. Mimo tego Afanasjew stał się jedną z najbardziej wpływowych postaci w ówczesnym Carstwie Rosyjskim, oraz osobą wysoką związaną z kulturą ludową. W Polsce do spisywaczy ludowych podań należeli między innymi Kazimierz Władysław Wójcicki, Artur Oppman czy Stanisław Wasylewski, W Austro-Węgrzech (włącznie z należącymi do niej Czechami i Słowacją) największymi spisywaczami podań byli Bracia Grimm. Część podań w danym regionie słowiańszczyzny ma swoje odpowiedniki w innych krajach Europy Wschodniej, a czasami także w krajach wielkiego stepu.

Mity spisywano kilkadziesiąt, bądź nawet kilkaset lat po rozpoczęciu procesu chrystianizacji. W związku z tym, w wielu z nich widoczne są wpływy chrześcijańskie i uwspółcześnienia, to jednak wyjątkowo powolny proces chrystianizacji sprawił że większość mitów przetrwała w najpewniej niezmienionej przez epoki wersji, zaś w przypadku reszty możliwa jest teoretyczna próba rekonstrukcji ich pierwotnej formy.

Legendy o świętych

Sukcesy w badaniach odnoszą etnolodzy i religioznawcy. Szczególnie w ostatnich latach starają się oni odtwarzać kulty rodzime metodami porównawczymi. Odszukują oni relikty wierzeń pogańskich w opowieściach o Świętych, starając się wskazać w którym miejscu Bóg, diabeł czy określony święty w rzeczywistości zastępuje postać pogańskiego bóstwa lub demona ze znacznie starszej opowieści.

Tradycja synkretyczna

W wyniku łączenia się chrześcijaństwa z religiami rdzennych Słowian powstały rozmaite twory synkretyczne. Było to typowo zjawisko łączenia się sąsiadujących kultur, typowe dla zjawisk opisywanych przez teorię dyfuzjonizmu. W skład zjawiska wchodziły między innymi święta zawierające zarówno chrześcijańskie, jak i pogańskie elementy (ryty wiosny pokrywały się z Wielkanocą, zimową Calendae zastąpiło Boże Narodzenie) czy wykorzystywanie pogańskim symboli (krzyż słoneczny, różnorakie pozostałości totemiczne), oraz łączenie się doktryn.

Kościół starał się utożsamić bóstwa pogańskie z dawnymi postaciami z biblii, bądź ważnymi zmarłymi duchownymi. W ten sposób doszło do hipostazy (uznania za jedno) tych postaci z bóstwami słowiańskimi. Między innymi Kupały z Janem Chrzcicielem, Peruna z Prorokiem Llią, Wołosa (strażnika trzód i stad) ze Św. Własem (Sveti Vlas), Kupalnicę (jedną z ucieleśnień rzek i jezior) ze Św. Agrypiną, Świętowita ze Św. Witem, Zorzę/Jutrzenkę (boginię wschodzącego słońca) z Maryją z Nazaretu, Czarta i Czarnoboga z szatanem, Białoboga bądź jego odpowiednika z Bogiem Ojcem.

Obecnie podejmowane są próby destylacji obu substratów, poprzez oddzielenie elementów związanych z tradycją biblijną, w celu uzyskania wglądu w element pogański.

Tradycja ludowa i tożsamość

Relikty religii pogańskiej przetrwały w folklorze do dziś, choć szczegóły co do formy i skali tego zachowania są różnie interpretowane, oparte na nowoczesnych metodach badań religioznawczych (np. morfologia świętości Mircei Eliadego, europeistyka Georges’a Dumézila). Różne inne aspekty folkloru – obyczaje, rodzime święta, praktyki magiczne, sztuka, czy same sposoby postrzegania świata, zarówno już wymarłe jak i wciąż istniejące mogą naprowadzać na ślad wierzeń pogańskich.

W Polsce duży wkład w edukację o mitycznych wpływach na folklor wniosło wydawnictwo Bosz, które w ramach serii „Legendarz” usystematyzowało dane o wielu istotach demonicznych, bądź sakralnych które wywodzą się z kultury słowiańskiej. Tematyka podejmowana jest różnorodna, odnosząca się między innymi do demonologii, spiritologii, synkretyzmu religijnego czy wiary w smoki.

Wykopaliska archeologiczne

Metody archeologiczne, pozwalające odnajdywać dawne świątynie lub miejsca kultu. Przykładem może być odkryta w latach 90. XX wieku świątynia pogańska we Wrocławiu, pochodząca prawdopodobnie z okresu wspomnianej już reakcji pogańskiej[potrzebny przypis]. Do najbardziej istotnych wykopalisk należą takie relikty jak Światowid ze Zbrucza, Światowid Woliński, Baby Pruskie czy rzeźby na Ślęży.

Teksty źródłowe

Nieocenioną wartość ma tekst bizantyński autorstwa Prokopiusza z Cezarei. W swojej Historii wojen opisał on zwyczaje Słowian, którzy w VI wieku poczęli atakować Cesarstwo Bizantyńskie. Kilka zdań poświęcił on także ich wierzeniom. Sporo wzmianek na temat religii pogańskiej znaleźć można w źródłach dotyczących Rusi i Połabia. Często są to krótkie relacje mające na celu przedstawienie swego rodzaju ciekawostek lub szkalowanie pogańskiego, obcego, bałwochwalczego kultu.

Część informacji można znaleźć w tekstach Ibrahima von Jakuba, odwiedzającego między innymi Polskę czy inne kraje zachodniosłowiańskie, wspominając między innymi o świątyniach nad wodą, posążkach i otworach na wschodzące słońce.

Cennymi źródłami są m.in. ruska Powieść doroczna (kilka opisów kultu pogańskiego sprzed przyjęcia chrztu w 988), niemiecka Kronika Thietmara (opis połabskiej świątyni w Radogoszczy), czy czeska Kronika Czechów Kosmasa (dość zagmatwany opis wróżb wskazujący na istnienie grupy zajmujących się magią kobiet, motywu Baby Jagi).

Swoistą białą plamę stanowi natomiast Polska. Pierwsi kronikarze, Anonim zwany Gallem i Wincenty Kadłubek, nie wykazywali w zasadzie żadnego zainteresowania religią przedchrześcijańską. Nawet przy okazji wspominania o reakcji pogańskiej w latach 30. XI wieku ignorowali jej religijne podłoże. Jedynym elementem mitycznym jest opis Bestii z Krakowa, który stał się pierwowzorem dla europejskiej wersji smoka i był masowo utożsamiany z siedmiogłowym wężem z Apokalipsy.

Zainteresowanie rodzimym pogaństwem wzrosło w późnym średniowieczu. Informacje na temat imion bogów i miejsc kultu podał Jan Długosz, jednak część wymienionych przez niego bóstw i obrzędów jest uważana obecnie za kopię z mitologii rzymskiej. Wspomina, także o synkretyzmie w Zielonych Świątkach.

Metoda oparta tylko na kronikach dotyczących bezpośrednich kontaktów z poganami, wyklucza zasadniczo pełniejsze odtworzenie wierzeń słowiańskich w okresie przedpiśmiennym. W efekcie analizy samych źródeł można jedynie wskazać na pewne główne elementy religii i obce wpływy. Niemożliwe jest natomiast za pomocą tej metody uchwycenie rozwoju czasowego czy różnic regionalnych. Prowadzi to do wyraźnego pesymizmu badawczego, widocznego np. poświęconych tematowi pracach Stanisława Urbańczyka. Badacz ten dosadnie stwierdził, że historia badań nad religią Słowian jest historią rozczarowań[2]. W podobnych słowach wypowiedział się także Jerzy Strzelczyk[3].

Teoria religii

Nie bez znaczenia jest także coraz pełniejsze poznanie teorii religii – mechanizmów sterujących powstawaniem i rozwojem religii w powiązanych ze sobą kulturach lub w skali całej ludzkości. Szczególne znaczenie mają tutaj ogólne wnioski dotyczące ludów indoeuropejskich wiązane z badaniami już wspomnianego G. Dumezila, czy tzw. koncepcja bricolage’u antropologa Claude’a Lévi-Straussa[4].

Kwestia definicji mitu

Większość nowszych badań nad religiami politeistycznymi wykazuje, że nie można rozdzielnie pojmować mitologii i religii z jej aspektem kultowym. Badania te zwykle odnoszone były do religii świata antycznego, jednak z powodzeniem można się do nich odwołać także w przypadku systemu wierzeń słowiańskich. Cytując Andrzeja Szyjewskiego, w takich społecznościach jak słowiańska mamy do czynienia z jednością ontologii i teologii – ontoteologią[5].

U Słowian nie istniało, jak w przypadku mitologii greckiej, części świata współczesnego czy religiach Abrahamowych, wyraźne rozdzielenie świata sacrum i profanum – to co nadprzyrodzone i uświęcone przejawiało się we wszelkich aspektach codziennego życia. Dlatego błędem jest rozdzielne rozumienie lub opisywanie mitologii i religii słowiańskiej. Tym bardziej, że trudno mówić o mitologii w antycznym (Grecja, Egipt, Rzym) rozumieniu tego terminu. Prawdopodobnie zbiór mitów nigdy nie istniał on w jednolitej formie – możemy mówić o pewnej ilości różnorodnych mitów-opowieści pomagających zrozumieć świat i jego nadprzyrodzoną warstwę, powtarzanych w formie ustnej i różniących się zależnie od regionu. Niektórzy badacze posuwają się we wnioskach sporo dalej stwierdzając, że Słowianie w ogóle nie posiadali mitów ani mitologii[6].

Ukraiński badacz Łukasz Kozak, stwierdził że używanie terminu „Mitologia Słowiańska” jest błędem języka, skłaniając się ku „Słowiańskiemu Szamanizmowi” i „Słowiańskiemu Animizmowi”. Jedną z dowodów na podparcie tej tezy jako przytoczył autor, jest niezwykle wysoka analogia mitologii i wierzeń Słowian do wierzeń ludów uralsko-ałtajskich i syberyjskich, Jakutów, Kirgizów, Ałtajczyków, Finów czy Mongołów, włącznie z podobieństwem symboliki i znalezisk archeologicznych, świadczących o ich wspólnym pochodzeniu kulturowy[1]. Kwestia pokrewieństwa Słowian i części ludów ałtajskich jest też potwierdzona genetycznie (R1a).

Dylematy i problemy poznawcze

  • Nie sposób z całą pewnością ustalić, które bóstwa o różnych imionach były w rzeczywistości ze sobą tożsame (tzw. hipostazy), stąd często pojawiają się błędy takie jak łączenie Wołoa (Welesa) z czartem, czy też raczej błędne uznawanie Swaroga i Swarożyca za dwie osobne, postacie. Nie wiadomo też w jakim stopniu można mówić o jednolitej religii wszystkich Słowian, na pewno część wierzeń była zróżnicowana regionalnie.
  • Problemem jest też kwestia interpretatio christiana. Zanim poganizm i chrześcijaństwo na dobre się zespoiły, pisarze chrześcijańscy przedstawiali religię pogańską z perspektywy opozycyjnego kultur. Wywoływało to przekłamania wynikające nie tylko z ksenofobii perspektywy, ale także niezdolności zrozumienia obcej kultury – kronikarze siłą rzeczy wtłaczali wiadomości o pogańskich praktykach do swojego własnego światopoglądu oraz rozumieli przez pryzmat swojej mentalności.
  • Inny problem wynika z trudności odtworzenia przemian następujących w religii słowiańskiej w efekcie zderzenia z innymi systemami religijnymi – manicheizmem i bogomilizmem czy wierzeniami skandynawskimi (błędna „Thoryzacja” postaci Peruna),

Axis Mundi

Kluczowym elementem wielu systemów wierzeń jest mit lub raczej zespół mitów i przekonań na temat konstrukcji wszechświata i połączenia między światem ziemskim/rzeczywistym oraz zaświatami.

Z mitem o axis mundi wiąże się także rozumienie nieba jako wielkiego klepiska lub młyna, obracającego się wokół Gwiazdy Polarnej[13]. W folklorze Słowian zachodnich za oś tej konstrukcji uznawany jest słup biegnący od wspomnianej gwiazdy. Brakuje przekonujących przesłanek, by wierzyć że istniał tylko jeden dominujący motyw axis mundi. Mogło być ich wiele, współwystępujących nawet na tym samym terytorium.

Część badaczy, np. Maciej Salamon, przyjęło że ich religia nie posiadała eschatologii (wiary w ostateczne przeznaczenie) lub, że ta była ograniczona do minimum[14]. W podobnym tonie wypowiedział się niemiecki kronikarz z początków XI wieku, Thietmar z Merseburga, przypuszczając, że Słowianom zdaje się, iż ze śmiercią doczesną wszystko się kończy[15]. W stwierdzeniu tym chodziło raczej o ich mentalność niż kwestią religiją .

Materiał etnograficzny wskazuje jednak na wiarę w formę zaświatów określanych jako Raj, Wyraj lub Nawie[16]. W przeciwieństwie do podziemnej krainy z mitologii Greckiej i mitycznej wyspy Celtyckiej, Nawia to przede wszystkim boska kraina niebios i nieba, podobno do pojęcia niebios u ludów stepowych. Reliktem tego miało by być, nazywanie terminem „Niebo” zarówno krainy zbawionych jak i zjawiska astronomicznego, czy powstania terminu „Królestwo Niebieskie” w polskim przekładzie Biblii. Miało to też uzasadniać to dlaczego Słowianie palili ciała zmarłych, co powodowało unoszenie się dymu czy też budowę wysokich totemów[1].

Niekiedy mogli trafić tam także ludzie porwani przez tęczę, którzy następnie stawali się demonami pogody, płanetnikami Przejście między światem doczesnym i Nawie otwierało się także kilka razy w roku, umożliwiając np. rozmowy z duchami.

Aleksander Gieysztor przytacza przykład z folkloru staroruskiego, wskazując, że miejsce do którego udawali się zmarli określano jako nevedomaja strana[24].

Znacznie bardziej rozbudowana jest demonologiia słowiańskiej. Kościół w procesie chrystianizacji starał się łączyć stare praktyki kultowe z nowymi. W szczególności wykorzystywał prywatne zwyczaje i wierzenia. Na długi czas żywa pozostała wiara w demony i pomniejsze bóstwa, stopniowo zlewająca się z wierzeniami chrześcijańskimi. Kościół utożsamiał z upadłymi aniołami liczne demony, w tym wampiry, wilkołaki czy wiedźmy, co zwiększyło popularność wiary w te stworzenia, także w Europie Zachodniej. Wiele z wierzeń czy praktyk kultowych mających swoje korzenie jeszcze w okresie pogańskim przetrwało aż do czasów najnowszych. Zebrany materiał etnograficzny jest bardzo szeroki – obejmuje setki nazw demonów, niezliczoną liczbę legend oraz relikty folklorystyczne przeróżne zwyczaje i praktyki religijne[17].

Religia słowiańska dostrzegała w przyrodzie stałe istnienie pierwiastka nadprzyrodzonego. Wierzono w przeróżne demony związane zwykle z miejscami. Aleksander Gieysztor podzielił istoty na wodne, leśne, powietrzne i te związane z ogniskiem domowym[26]. Pierwsze trzy kategorie obejmowały głównie istoty wrogie człowiekowi, symbolizujące złowieszczy, nieposkromiony charakter przyrody. Przykładem mogą być wodniki topiące ludzi w jeziorach[18], czy południce, atakujące na polach w południe – wywołujące koszmary lub nawet śmierć poprzez atak serca[19]. Niektóre demony znane były jedynie na niewielkim obszarze, w inne wierzono w całych regionach. Do bardziej rozpowszechnionych należały m.in. postacie uznawane za opiekunów miejsc i władców sił przyrody w określonym miejscu. W przypadku jezior były to wspomniane już wodniki (wodianoje). Opiekunem lasu był natomiast demon znany jako Leszy, Borowy, Boruta lub Dziad[20]. Bardzo rozpowszechniony był i do dziś jest w folklorze motyw wrogiego demona żeńskiego – Leśnej Baby, która do baśni przeniknęła jako Baba Jaga[21]. Przyjmowała ona zwykle postać starej i brzydkiej kobiety, mieszkającej na odludziu w chatce na kurzej stopie. Polowała na błąkające się po lesie dzieci, które po złapaniu gotowała w kotle. Atakowała też nieuważnych dorosłych, dusząc ich swoimi obwisłymi piersiami.

Zdaniem Ludwika Stommy wielu z nich ludźmi zmarłymi tzw. złą śmiercią np. poprzez zamordowanie, samobójstwo, utopienie się czy podczas połogu[22]. Inni badacze wskazują, że rzeczywiście takie mogło być pochodzenie części lub większości demonów, reszta reprezentowała jednak negatywne siły przyrody[24][23]. Najbardziej rozpowszechnionym przykładem demona mediacyjnego, powstałego w efekcie nagłej śmierci przez utonięcie i niejako zawieszonego między życiem a śmiercią jest topielec. Tymczasem zmarłe nagle kobiety mogły stać się boginkami (wiłami, rusałkami)[24]. Istoty te zwykle przedstawiano jako wiecznie młode, uwodzicielsko piękne dziewczyny przebywające nad brzegami zbiorników wodnych. Wabiły one swoją urodą przechodniów, a następnie doprowadzały do ich zguby np. śmierci z wyczerpania pieszczotami. Szczególnie widoczny w wierzeniach słowiańskich jest charakter rzek czy jezior. Demony zamieszkiwały także w lesie czy powietrzu. Te drugie związane były z pogodą, zaliczali się do nich m.in. chmurnicy, obłocznicy czy płanetnicy[34]. Aleksander Gieysztor wyróżnił grupę cech wspólnych, występujących u różnych demonów słowiańskich: m.in. obwisłe sutki, czasowa niewidzialność, wielka głowa, czy nadmiar palców. Zwrócił także uwagę na metody, którymi istoty te dręczyły bądź zabijały ludzi. Za być może specyficzne motywy słowiańskie uznał załaskotanie i zagłaskanie na śmierć[35].

Różne naturalne lub zdrowotne katastrofy przypisywano działaniu sił demonicznych np. poronienia były dziełem boginek, niedorozwój umysłowy dzieci wywoływały mamuny, a opuchlizny i paraliżlatawce. Wierzono też, że dziecko może zostać ukradzione przez demona i zamienione na tzw. boginiaka – istotę odznaczającą się wielką głową, nieruchomym wzrokiem, brzydotą i nieznośnym charakterem[19].

Odrębną grupę demonów stanowiły te związane z gospodarstwem domowym. Zwykle uznawano je prawdopodobnie za niepersonifikowane duchy przodków żyjące w sferach półmroku – ciemnych kątach, pod progami, za piecem, na strychu itp[25]. Te tzw. ubożęta (bożęta, bożątki, bodzięta, domowi, żyrownicy itd.) w zamian za m.in. ofiary w jedzeniu miały zapewnić domostwu pomyślność[26]. Ostrzegały też przed niebezpieczeństwami – wschodni Słowianie wierzyli, że domowy może ukazać się gospodarzowi we śnie lub nawet na jawie. Zdaniem Andrzeja Szyjewskiego kres wierze w demony domowe położyło dopiero upowszechnienie oświetlenia elektrycznego w w XIX i XX wieku, likwidującego wspomniane sfery półmroku[27].

Jedną z podstaw wielu religii jest mit o stworzeniu świata, czyli tzw. mit kosmogoniczny, tłumaczący kto, w jakich okolicznościach, w jaki sposób i dlaczego stworzył świat. Jedną z najczęstszych u Słoiwanj jest identyfikacja tzw. mitu wyłowienia z wierzeniami dawnych Słowian[9]. Mit ten występuje w różnych kulturach syberyjskich (Ural, Jakucja), często w znacznie zmienionych wersjach. Do dziś żywy jest także wśród Słowian. Zgodnie z nim świat początkowo był pokryty morzem, na którym w łodzi dryfował bóg. Spotkał on pływającego w wodzie diabła, którego wpuścił do łodzi. Następnie posłał go pod wodę, by wyłowił z dna nieco ziemi. Z wyciągniętego ziarnka piasku stworzył wyspę stanowiącą pierwszy element nadwodnego świata. W micie tym początkowo bóg i diabeł współpracują ze sobą, dopiero z czasem popadając w konflikt. – w różnych wersjach mitu prosi o radę diabła lub musi korzystać z jego pomocy. Wyraźny jest podział kompetencji – do boga należy władza nad światem nadziemnym i niebem, natomiast do diabła nad podziemiami i co charakterystyczne dla słowiańskiej wersji mitu, światem wodnym. Tym samym bóg ma charakter uraniczny , natomiast diabeł chtoniczny i akwatyczny[10]. Ten silnie dualistyczny mit odnajdywany jest w opowieściach ludowych z terenów Bułgarii, Ukrainy, Polski czy Białorusi.

Postacie są indykowane jako Czarnobóg i Białobóg, które był wielokrotnie wspominane przez kroniki wcześniejsze.

Mit wyłowieniu wraz z dualizmem istot, występuje powszechnie w religiach pierwotnych ludów syberyjskich, między innymi Ewanków. Jedna ze słowiańskich wersji mitu o wyłowieniu mówi o kaczce, która wyławiała z wody świat, siadając na lustrze wody. Podobny wątek znajduje się w mitologii Ainów, gdzie podobną czynność wykonuje pliszka[11].

Rosyjski badacz Władimir Toporow w oparciu o dość dyskusyjną analizę rodzimych bajek zasugerował możliwość istnienia mitu o jaju kosmicznym (podobnego do mitu chińskiego), w którym świat powstał z rozbicia jaj zdobytych w efekcie pojedynku bohatera z wężowatymi stworami, wspomnianymi już żmijami-smokami[12].

Dusza

Moment narodzenia był uznawany przez Słowian za chwilę magiczną, stąd m.in. wiara w niezwykłą moc porońców i dzieci zmarłych podczas porodu[28]. W chwili przyjścia na świat los dziecka i jego życiowe powodzenie były określane przez trzy boginie losurodzanice, a następnie zapisywane na czole jako niezmywalne znamię. Wiara w rodzanice wydaje się bardzo archaiczna, choć stoi w sprzeczności z relacją Prokopiusza, który stwierdził, że Słowianie nie wiedzą nic o przeznaczeniu. Zdaniem Andrzeja Szyjewskiego Prokop miał jednak na myśli nie tyle przeznaczenie, co wiarę w heimarmeneastrologicznie wyznaczoną konieczność zachodzenia zdarzeń[29]. W opinii tego badacza Słowianie doskonale znali pojęcie przeznaczenia, a zgodnie z ich wiarą ludzką egzystencją kierował nie przypadek, lecz indywidualna, przypisana każdemu człowiekowi dola, której przyznawano życie i osobowość[30] (a tym samym, której kierunek było można jednak odwrócić, przebłagać). Podobne zdanie do Szyjewskiego zaprezentował Aleksander Gieysztor[42]. W przeciwnym tonie wypowiedzieli się natomiast Stanisław Urbańczyk i Kazimierz Kryspin, dosłownie przyjmując relację bizantyńskiego dziejopisa[31].

Z wiarą w przeznaczenie wiąże się zagadkowa postać boga Roda, któremu podobnie jak rodzanicom składano ofiary przy okazji narodzin i postrzyżyn. Bóg ten pojawia się w dość nielicznych relacjach z obszaru Rusi, również pod imionami Suda i Usuda. Aleksander Brückner uważał Roda za abstractum[32], Gieysztor natomiast uznał go za pomniejsze bóstwo stanowiące personifikację losu tożsamą z Dolą[45]. Szyjewski posunął się nieco dalej, widząc w Rodzie ważnego boga patronującego pokrewieństwu rodowemu i związanego ze sferą życia pozagrobowego[33]. Skrajną koncepcję zaprezentował Boris Rybakow, którego zdaniem Rod był w czasach archaicznych najważniejszym bóstwem Słowian, a nawet stwórcą świata, wraz z rozwojem słowiańskiej religii zastąpionym przez Peruna[34]. Hipoteza ta spotkała się z niewielkim poparciem, choć w nowszej literaturze nawiązała do niej m.in. Halina Łozko, uznając Roda za Boga nad bogami Ukraińców[35].

Liczne relacje etnograficzne wskazują na wiarę w duszę. Dusza istniała dość odrębnie od ciała i nie stanowiła odpowiednika greckiego „psyche”. Dusza nie tylko oddzielała się od ciała po śmierci, ale czasami także w trakcie snu. U Serbów takie dusze zbierały się nocą na wierzchołkach wzgórz i walczyły ze sobą podczas sabatu. Zwycięstwo dawało pomyślność śpiącemu właścicielowi, a jeśli dusza została pokonana, jej posiadacz mógł już się nie obudzić. Na ziemiach Słowian na wschodzie (Rosja, Białoruś, Ukraina) dusza mogła przyjąć formę Kikimory, malutkiej, długowłosej staruszki, która mogła swym zawodzeniem zapowiadać śmierć. W niektórych mitach, w drzewach i roślinach zamieszkują dusze zmarłych, w ten sposób personifikując je i obdarzając ludzkimi cechami. Między innymi owa wiara doprowadziła do tego, że pewne drzewa uważano z święte, w legendach pojawiały się jako gadające lub krwawiące drzewa, sadzono je jako symbole życia. Jeśli bohater umierał, drzewo usychało, ponieważ mieszkała w nim jego dusza. Takie przekonani są luźno powiązane ze współczesnym poglądem o zbitym lustrze oraz wiarą, że osoba wzywają za diabła ma przepowiadać śmierć i nieszczęście. Dzisiejsze talizmany przynoszące szczęście można przyrównać do magicznych mieczy, samo nakrywających się stolików i czarodziejskich worków w legendach słowiańskich. Owa forma spiritologii była popularna w epoce romantyzmu i ma duży wpływ na współczesny horror europejski i światowy[36].

Duszę przynosił ze sobą ptak, zwykle bocian – przeświadczenie to w zmodyfikowanej formie przetrwało w folklorze do dzisiaj. Dusza za życia mieszkała według najpowszechniejszego wierzenia w sercu i była utożsamiana z oddechem. Według części relacji po śmierci ponownie w formie ptaka odlatywała ona do Wyraju, co miałoby się wiązać z powszechnym obyczajem ciałopalenia. Część badaczy uważa, że istniały dwa rodzaje wierzeń – rozdzielając Wyraj od Nawii. Zdaniem Andrzeja Szyjewskiego była to raczej koncepcja podwójnej duszy – jej część trafiała do Nawie, reszta natomiast, utożsamiana ze swoistym pierwiastkiem rodowym, do Wyraju. Szyjewski posunął swoją koncepcję dalej, uznając, że dusza ta następnie była odsyłana na ziemię przez Roda by w drodze reinkarnacji stać się częścią nowego ludzkiego istnienia[37].

 Zobacz więcej w artykule Dusza (religia), w sekcji Wierzenia Słowian.

Powszechna była, jak już wspomniano, wiara w możliwość przynajmniej częściowego pozostania duszy na ziemi. Doprowadzało to do powstawania wyżej opisanych demonów. Aby zapobiec przekształceniu się duszy w wąpierza czy upiora stosowano skomplikowane obrządki pogrzebowe – np. otwierano wszystkie okna domu by dusza mogła swobodnie ulecieć lub zacierano ślady za pogrzebowym orszakiem[38]. Badania Alfonso di Noli wskazują, że praktyki te odnaleźć można w różnych kulturach i nie stanowią one specyficznej cechy kultury słowiańskiej[39].

Wielu badaczy wskazuje na istnienie wśród Słowian kultu przodków, często utożsamianego z kultem demonów domowych. W. Szafrański za przedstawienia przodków uznał opisane niżej figurki odnalezione w Wolinie[40]. Kosmas w swojej Kronice wspomniał o zwyczaju stawiania przodkom budek – domów dusz[41]. Podobne praktyki aż do XIX wieku występowały u Słowian wschodnich[54]. Śladem kultu przodków są wspomniane już uprzednio obrządki mające na celu kontakt ze zmarłymi lub uczczenie ich pamięci. Oprócz modlitw i ofiar powszechne było urządzanie uczt pogrzebowych i zadusznych. Znane były one pod różnymi nazwami: jako chorwacka karmina, ruska tryzna czy polska strawa. O zwyczaju tym wspomniał polski kronikarz Wincenty Kadłubek[42]. Do dziś przetrwał on w bałkańskiej kulturze ludowej. Istniały także obrządki mające na celu bezpośredni kontakt ze zmarłymi, znane m.in. pod nazwą Dziadów[56].

Lalki jako drewniane wizerunki ludzi, miały mieć magiczną moc posiadania dusz osób zmarłych. Lalka mogła opiekować się ludźmi jeśli była dobrze traktowana, jednak w przypadku zaniedbania mogła się brutalnie mścić, stąd też lalki traktowano były wyjątkowo ostrożnie i z szacunkiem[43]. Zdaniem Andrzeja Szyjewskiego duchy przodków nazywano właśnie lalkami lub lutkami. W efekcie desematyzacji słowo zaczęło dotyczyć dziecięcych zabawek. Dały też początek idei krasnoludków[44].

Idea obcowania duchów zmarłych z światem doczesnym była też elementem utożsamiania świętych ze bogami Słowian i stanowiła pretekst do wprowadzenia doktryny „obcowania świętych”.

[część tekstu pochodzi z Wikipedii, część z moich własnych wpisów do Wikipedii]

Co łączy Polaka, Mongoła i Wandala

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-11.png

Zamieszkujący późniejszą Polskę ludy – Goci, czy Wandalowie są często uważani błędnie za Wikingów. Nie byli też ludem euiropeidalnym, bo nie istnieje coś takiego jak „euroeidalnoć”. Germanie Wschodni nie miel ani kręconych, bujnych bród, ani jasnych włosów. Praktycznie trudno znaleźć na to dowody. Są za to liczne źródłom dowodzące ich ałtajskiej charakterystyki. Jakie ma ta skutki dla Europy Środkowej i jak to w ogóle możliwe?!?!

Rejon ludów stepowych, uralski, ałtajskich oraz paru ludów izolowanych, a także ich kuzynów, rozciąga się na gigantyczny obszar. 7 000 kilometrów, jeśli uznać za ich koniec Alaskę (choć potem krąg idzie jeszcze dalej). Jeśli iść dalej to dochodzimy do Inuitów i Eskimosów, by następnie trafić do Laponii, czyli stąd skąd zaczęliśmy „podróż”. W ten sposób zatoczyliśmy koło – to jedyny krąg kulturowy, która ma kształt pierścienia. Między ewidentnie turkuckimi Chazarami w Charkowie (oraz Tatarami), a Jakutami w Jakucku jest ponad 5 500 kilometrów różnicy, a jednak oba są związane z ludami turkuckimi (Chazarowie. Tatarzy versus Jakuci).

Między najdalszym okręgiem zasięgu Jakutów, a granicą Chazarstanu było prawie 6 000 km, jednak ich kultura była (jest?) podobna.

A teraz wyobraźmy sobie, że małą zmianę – relatywnie niewielką. Że trochę przesuniemy granicę zasięgu na zachód. Do granicy ziem słowiańskich – dla turkutów – Lechistanu. np. do granicy Włochy-Słowenia.

Odległość zmienia się z 6 000 km do 6 700 km. Czyli o zaledwie kilkanaście procent. To nic dla ludów stepowych. A co to zmieniło w wyjaśnieniu historii Europy Wschodniej i ogólnie Europy? Wszystko. I to od początku do końca, jeśli na dodatek uznać autochtoniczność.

Para-Azjatycka fizjologia szkieletów

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-12.png
Jedno z wykopalisk mieszkańców Polski z czasów Rzymskich. Muzeum Pradziejów Ziem Polskich, Warszawa

Szkielety zarówno Wandalów jak i Gotów (i nie tylko) posiadały szereg ciekawych, cech które wykluczają ich pochodzenie od Wikingów.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie dasasdadsasdasad.png
Czaszka ludności Germańsko-Celtyckiej (lewo) i
Wschodniouropejskiej (prawo)

Zauważmy, że szkielety odnajdywane we wspomnianych wcześniej grobach posiadają kilka ciekawych cech. Pierwszą jest fakt, że szczęka jest wysunięta w dół, tak jak np. u Słowian czy Azjatów. Z kolei germański, rodowici Niemcy oraz ludność zachodnioeuropejska i bliskowschodnia posiada szczękę wysuniętą w przód. Mają też dość długie siekacze. Zupełnie inaczej jest w przypadku czaszek Gotów i Wandali – długie są przeważnie kły. Oczywiście mało, który szkielet ma na tyle dużo zębów by to ocenić, ale bywa że się da. Oprócz tego czaszki Germanów Wschodnich są jakby bardziej smukłe i mniejsze.

Kolejne elementy, które warto zauważyć to to że szkielety Gotów i Wandalów są raczej wyższe niż szkielety np. Celtów czy ludności np. Danii. Oprócz tego mają krótszą szyję i krótsze nogi.

Turkuckie DNA

Praktycznie każdy szkielet Gota, Sylinga czy Wandala posiada haplogrupę genetyczną R1a. Jakie ludy posiadają taką haplogrupę jeszcze? Ze starożytnych: Scytowie, Sarmaci, Hunowie, Alanowie. Chazarowie, Gogturkowie. Ze współczesnych: Słowianie, Karelianie, Kirgizi, Ałtajczycy, Uzbecy, Ujgurzy, Ałtajczycy, Turkmeni, Nepalczycy.

Ponadto ten sam gen znaleziono także u kultur poprzedzając Kulturę Przeworską, jak np. Kultura Łużycka.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-20.png
Jeden narodów R1a – Tadżycy.

Co łączy wszystkie te ludności? Między innymi fakt posiadania prostych włosów, szczęki wysuniętej w dół, prostych brwi, dość płaskiego nosa, a także wąskich oczu z fałdą, albo mongolską, albo indiańską, nordyczną (Lapońską). Trudno to jednak porównać do urody Skandynawskiej – Skandynawskiej w rozumieniu urody w stylu „Pipi”, czyli ludności podobnej do zachodniej Europy, ale częściej z blond włosami, rudymi włosami, bardzo bladą cerę, a czasami i piegami. Biorąc pod uwagę powolny czas ewolucji, Wandalowie nie mogli być inni, albo chociaż musieli być podobni. Ba! Jeden badacz próbował nawet wydestylować DNA z tych ludów tak aby ocenić cechy. Wykazały one ciemnobrązowe włosy, u starożytnej ludności R1a.

Inny naród R1a – Ukraińcy (zagroda w Kotorydzu, ludność polskojęzyczna, ale o korzeniach zachodnioukraińskich).
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-39.png
Kirgizi, kolejny naród R1a. Jasnych włosów, powieki semickiej i kwadratowej szczęki nie stwierdzono.



Inne wyposażenie

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-14.png
Na lewo – hełmy mongolskie, na prawo – hełmy Skandynawskie.

Początkowo wiele osób zastanawiało się czy Goci nie pochodzą z wyspy Gotlandia, należącej do Szwecji. Badania jednak potwierdziły, że wyposażenie mieszkańców wyspy Gotlandia różniło się zbyt bardzo od wyposażenia Gotów. Zwolennicy teorii o Skandynawskim pochodzeniu tego ludu zaczęli przypuszczać więc, że mogą oni pochodzić z kontynentalnej części. Trzeba jednak zauważyć, że różnice dotyczą nie tylko kwestii Gotlandii, ale też ogólnie całego regionu Skandynawskiego jak i regionu zachodnioeuropejskiego. Chełmów Wikingów odkryto niewiele, ale wystarczająco by ocenić jak wyglądały. Powyżej chciałbym przedstawić również porównanie do herbów Mongolskich, oddalonych o 4 000 km. Należy zauważyć, że są one bliźniacze do hełmów noszonych przez Gotów i Wandali. Dotyczy on kształtu, formy ochrony boków, „końskiego ogona” czy nawet wzorów. Do tego ich kształt wydaje się dostosowany do kształtu głowy ludów azjatyckich, fińskich i słowiańskich. German w taki hełm by się nie zmieścił. Co ciekawe ludność o genie R1a i I2 kultury Vinca w Serbii rzeźbiła postacie z trójkątnymi głowami, nieco karyakturalne.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-16.png
Chełmy Wandalów i Gotów, oraz kilka (8 i 9) wyglądających na synkretyczne z Normandzkimi.

Chełm jest nazywany różnie. Wśród powszechnie wykorzystywanych określeń jest: „Słowiański”, „Mongolski”, „Tatarski” czy „Germański”. Do tego trzeba zauważyć, że był też związany z wieloma innymi ludami azji, nawet z Nieńcami! Pośrednio jest też powiązany z hełmem samurajskich w Japonii (kwestia ochrony szyi), choć przez izolację wyspy, uległ dużym zmianom. Wąsy przedstawiane na masce (wypukłe, miały sprawić że hełm będzie przylegał do twarzy) przypominają bardzo mocno stereotypowy „wąs kozacki”, albo „wąs tatarski”. Jest on bowiem dosyć prosty. Dlaczego np. Wikingowie nie mogli zrobić takiej samej sztuki w przypadku dołu twarzy w ich przypadku? To proste – posiadali znacznie większy zarost, więc stanowił on problem. U Słowian, Finów i Azjatów zarost rośnie wolno, a najszybciej w przypadku wąsów. Spowodowało to powstanie owego „wąsu tatarskiego” oraz popularnego typu wąsów w Europie Wschodniej, jakie nosili Stalin, Otto von Bismarck (Połabianin), Fryderyk Nietzhe (też Połabianin), Piłsudski (Litwa) czy Bolesław Bierut (Polska).

Urna twarzowa z Pomorza.
Rzeźba zwana jako „Lel i Polel” bądź „Waligóra i Wyrwidąb” pochodząca z wczesnego średniowiecza, z widocznymi wąsami „kozackimi”.

Dodając coś na temat kształtu owego hełmu to często jest on zwany „Szyszakiem” i był używany chociażby przez pierwszych Piastów czy Ruś Kijowską. Charakterystyczny jest w obrazie Jana Matejki „Bolesław Krzywousty”. Był też elementem wyposażenia Husarii, oraz inspiracją dla hełmów Pruskich (które posiadały ochronę na gszyję i był podobne też do szyszaka – podobne skopiowali od nich Anglicy). Z kolei w Polsce Wschodniej, bardziej popularne było nakrycie głowy w stylu Janosika, które to jak się potem okazało – było podobne do nakryć głowy arystokracji Scytyjskiej.

Niektórzy twierdzą, że znaleziono też taki hełm u Franków (Holandia), lecz trzeba zwrócić uwagę, że na to że od Franków, Wandalów dzieliło „raptem” kilkaset kilometrów, a od Mongołów 5 000 kilometrów. Frankowie nie dostarczyli by technologii do Mongolii, ale ludy (w dodatku, które osidłały jako pierwsze konia), które były ze sobą spokrewnione (Wandalowie-Kirgizi-Uzbecy-Chazarowie-Hunowie) osiedlając się i tworząc się jako osobne narody na ogromnym terenie, mogły po prostu wpłynąć na Franków podczas epoki rzymskiej. Na pewno Frankowie nie byli spokrewnieni z Wandalami, bo Frankowie to byli rasowi germanie, a Wandalowie – genetycznie byli bliźniaczy z ludami stepowymi.

Spójrzmy też na kształt owej maski (nr. 6). Maska była ewidentnie była tworzona dla osób, które mają szczękę wysunięte w dół, tak mają Słowianie, Finowie, Tatarzy, Indianie, Litwini i Azjaci. Wikingowie z kolei to rasowi Germanie, więc posiadają szczękę wysuniętą w przód, co mocno wpływa na kształt twarzy.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-18.png
Motyw twarzowy na zbrojach Mongolskich, podobny do motywu z hełmu nr. 6. Maska ta była wzorem dla maski spiskowca, który próbował wysadzić angielski parlament. Obecnie maska ta jest symbolem grupy Anymouns,

Motyw „końskiego ogona” pojawi się też na mongolskich lekkich hełmach, których elementem było też „gniazdo”. Wydają się ona bardzo znajome jeśli spojrzymy na lejki odnajdywane w przypadku Polski, oraz rejonów gdzie Wandalowie czy Goci pozostawili swój dobytek.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie images.jpg
Mongolskie hełmy-lejki
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-15.png
Chełmy-lejki Gotów i Wandalów. Bez miękkiego elementu i „końskiego ogona” (choć widać wtyki na nie)
Urny twarzowe – Pomorze Zachodnie i Środkowe.

Trzeba przejść dokładnie do zbroi Gockiej czy Wandalskiej. Bowiem w wykopaliskach na terenie polski odnajduje się przede wszystkim płytową zbroję, składającą się z prostokątów, zrobioną w kształcie kamizelki, wraz z ochroną na uda. Co ciekawy identyczny motyw jest związany ze zbrojami wojowników ałtajskich: Chazarów, Scytów, Mongołów, Ujgurówm, a nawet Japończyków. Nie była to ani zbroja Rzymska (długie płyty w poziomie, ani wyposażenie wikińskie czy greckie). Istotna jest też kwestia zbroi na ramiona i typu kamizelki pod nią. Coraz to pełniejsze rekonstrukcje, są bardzo mocno „stepowe”.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-23.png
Jedna z najbardziej dokładnych rekonstrukcji zbroi Wandalów i Gotów. V wiek n.e.

Inną kwestią było to na ile zbroje się zachowały. Najpewniej ze względu na fakt bycia jedną z odmian zbroi płytowej część odpadła. Jednak obecność wielu elementów jej, nie daje złudzenia co do jej pierwotnego stanu i łatwo pozwala uzupełnić braki, poprzez równanie z niewiadomą, na zasadzie X + wiadoma = wiadoma. Tym więcej znalezisk się wykorzysta – tym lepiej.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-24.png
Rekonstrukcja zbroi Słowiańskiej, wczesne średniowiecze.
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie wojowie2.jpg
Rekonstrukcja zbroi Słowiańskiej, wczesne średniowiecze.
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 0a05012bcbe913e4d58ae028b90c6c07-fantasy-armor-armour.jpg
Rekonstrukcja zbroi Mongolskiej, XIII wiek.

Jeszcze inną kwestią jest specyficzny sposób nakrycia od pasa w dół. Bowiem istnienie „sukienkowego” typu zbroi jest związane bliźniaczo z syberyjskimi ubiorami, ludów, stepowych, które zawierały taki właśnie krój też do zwykłych ubrań. Tentyp ubioru wraz z rozdzielaniem się poszczególnych grup narodowości doczekał się licznych odmian, takich jak japońskie kimono, kazachski żupan i kontusz, rosyjska rubaszka, stroje ludowe Krakowa czy Warmii, stroje Ainów, Nieńców czy stroje kozackie (wysokie buty też z resztą był wykorzystywane). Ten typ stroju miał ogromny wpływ na stroje mnichów średniowiecznych i inne ubiory średniowiecza. Jego bezpośrednich potomkiem jest szlafrok, długie, męskie płąszcze (popularne sto lat, temu także na zachodzie) oraz współczesne długie kurtki jak i kurtki w ogóle. Specyficzny dla kurtek (szczególnie damskich) podział na „kwadraciki” wywodzi się z takich samych na niektórych ubierał Mongołów, Kazachów czy Wandalów. Ten typ ubioru miał też wpływ na formowanie się kroju damskich sukni.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-49.png
Stroje kilkunastu narodów Rosji, oraz kilku odrębnych państw sąsiednich

Każdemu z takich „kimon” przypadał rodzaj pasa z miękkiego materiału. W przypadku zbroi Wandalów, trzeba było czegoś mocnego by utrzymać zakładaną na to zbroję, w podobnym kształcie. Efektem tego jest powstanie mocnych pasów z dużymi klamrami. Jednym z głównych elementów kultury Wandalów, były duże kwadratowe (nie koliste!) klamry na pas, podobne do tych co nosiły ludy ałtajskie. Nie daje to już złudzenia, co pas podtrzymywał – dolną część zbroi sięgającej w dół.

Kimono samurajskie (bez pasa obi) oraz żupan kazachski, wykorzystany w Polsce, Ukrainie czy na Węgrzech,
Rubaszka – rdzennie słowiańska, wiejska wersja „żupanu”.
Sukmana chłopska
Słowiańscy, leccy łucznicy VI wiek n.e. – rekonstrukcja (zamalowałem blond włosy, bo Słowianie takich nie mają i nigdy nie mieli)
„Żupany” i kozacki żołnierzy Królestwa Prus, wiek XIX.

Jak wyglądał więc wojownik Wandalów, Sarmatów, Gotów, Sylingów czy Kwadów? Wygląda na to, że dokładnie tak:

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie m7unzqax57821.jpg
Rekonstrukcja wojownika Chazarskiego
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie aw.jpg
Inscenizacja jazdy, węgierskeigo Kaganatu Awarów, VI wiek n.e.

Tamtejsze ludy cechuje też wykorzystanie szabli (cienkiej, syberyjskiej – nie mylić z szeroką „szablą” arabską). W czasach V wieku używali jej Scytowie w tym Sarmaci i Alanowie (w których przypadku istnienie ałtajskiego typu zbroi jest jeszcze szerzej potwierdzone). W przypadku Wandalów i Gotów można się natknąć czasami na resztki czegoś co przypomina szablę (a w kwestii szabli krótkiej jest nawet potwierdzone) lecz ze względu na stan mieczy zapewne nie zachowały się ona na całej długości. Jeśli wszystko jest prawdą, to jednocześnie musieli używać łuków i koni. To by wyjaśniało czemu byli w stanie tak szybko się przemieszczać po Cesarstwie. Do tego są bardzo konkretne dowody na to że szabli używano jeszcze w XI, X wieku na terenie Europy Wschodniej, zanim zastąpił ją miecz-krzyż.

Szabla – Światowid ze Zbrucza
Szabla – Baby Pruskie
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 609474_w9eq_stanislaw20meczenstwo_83.jpg

Jako ciekawostka – król Bolesław Śmiały i incydent w kościele. Na obrazie średniowiecznych wdać specyficzny hełm, zbroje i wąsy (podobne miał wódz Wandalów na jednym obrazie, podobne też są na Światowidzie ze Zbrucza) – wychodzi na to że pierwotnym tytułem władcy Słowian i Prasłowian było Chan (słowo „książę” pochodzi z francuskiego)?

Pytanie. Co się stało potem z tym typem zbroi? To bardzo proste, po najechaniu Rzymu na stąpnie kolejnych wiekach (w tym chrystianizacji wschodniej Europy) technologia zbroi ałtajskiej zaczęła się łączyć z technologiami uzbrojeń normandzkich, galijskich czy rzymskich, dając początek technologii rycerstwa Europy i rozpowszechniając wiele wynalazków bądź je popularyzując. Zaczynając od relatywnie lekkiej zbroi z elementami scytyjskimi, na pełnej zbroi rycerskiej w Jesieni i Średniowiecza kończąc.

Ilustracja walk pomiędzy rycerstwem Europy, a wojskami Azji Środkowej w trakcie najazdów Mongolskich, dobrze ukazujący podobieństwo, niektórych uzbrojeń, jeszcze w XIII wieku, albo wpływ zbroi Europy Wschodniej, na uzbrojenie rycerstwa w całej Europie. Jeśli uznać, że to najazd Mongolski (albo Chazarski) na Węgry czy Śląsk, to widzimy wojnę niemal bratobójczą, bo jednak jest normalnością we Wschodniej Europie.

W XVI wieku w Anglii, kawalerzyści zaczęli używać hełmów wzorowanych na tych pochodzących ze Stepów Euroazji. Polska zaczęła wracać do czystej wersji swoich zbroi za czasów Chusarii, kiedy to inni zaniedbywali defensywę. Tak samo jak z szablą. Wieki potem, jej potencjał dostrzegli mieszkańcy Zachodu, gdy to Francuzi zamienili szpadę na szablę, ostatecznie szabli zaczęli używać też inne narody, a także piraci.

Szabla skutecznie sprawdzała się u nas jeszcze w trakcie walk II Wojnie Światowej, gdy to kawaleria używała jej do rozcinania żołnierzy Wermachtu z bliska, gdy jeszcze nie zdążyli przeładować nadal prymitywnych strzelb (nie był to jeszcze czas najlepszej świetności karabinów maszynowych), a koń był szybszy od czołgu (nie każdy wiedział, że czołg potrzebuje krycia w piechocie). Same konie był przez lata dla nas bardzo ważne, nie tylko przez husarię i kawalerię, aż do II WŚ. W latach międzywojennych w Polsce hodowano całe miliony koni. Za PRL stadniny wchodził często w skład PGR-ó i był to ważny element też transportu. Stadnin nadal jest masa, w tym jedna z najbardziej znanych na świecie, która choć zlikwidowana to konie przeniesiono i ich czysta rasa jest konturowana.

Chełm „mongolski” stał się podstawą dla hełmu strażackiego, oraz najzwyklejszej czapki z daszkiem.

Lądowa strategia wojenna

Wspominając kwestię konia, trzeba dodać kolejny wątek bez, którego absolutnie nie można się obejść, jeśli chce się doszukiwać kolejnych cech nie-skandynawskich. Wandalowie i Goci atakowali niemal tylko siłami lądowymi. Nijak ma się do teorii o tym, że Goci byli Wikingami, którzy osiedlili się w Polsce i była ona dla nich tylko jedną ze stacji, w drodze dalej. To samo dotyczy Wandalów, którym też przypisywano takie cechy. Jeśli spojrzymy na mapę działań trzech ludów – Gotów, oraz Jutów i Anglów (czyli Dania) to zauważymy, że tak naprawdę Goci wydawali się być ich całkowitym przeciwieństwem. Droga przez Bałkany i obchodzenie wybrzeża, by dotrzeć do Italii. Albo mieli ważne sprawy w Dalmacji, albo po prostu mieli inną taktykę. Gdyby ci „nieustraszeni żeglarze” rzeczywiści nimi byli, to wówczas przepłynęli by do Italii od razu. Wszystkie inne działania były też lądowe. Rzym był niszczony kawałem po kawałku. Do tego szlaki nie pokrywają się z rzekami, więc nie było raczej mowy o tym, by używać rzek tak jak Wikingowie. Goci na pewno posiadali flotę, ale nie użyli jej do przeprawienia się przez cieśninę Duńską i uderzenia na Rzym. Użyli sił lądowych. Całkowicie opozycyjnie mają się do tego Duńczycy. Anglowie i Jutowie wyzwolili Brytanię (od tej pory zwaną na ich cześć Anglią) dokując koło Londynu i na północ od niego , oraz opływali całą Galię, aby dokonać desantu na jej południu.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 49650880_985608071631181_738076257073233920_n.jpg

Patrząc na następne działania Wikingów, nie mamy wątpliwości że Duński model był tak naprawdę kroplą w morzu. Rozległe szlaki prowadziły, przez cieśninę Gibrantarską, aż nad Morze Śródziemne. Wojna z Anglią odbyła sią na tych samych zasadach co wojna z Rzymem w Brytanii. Kolonizacja rejonów późniejszego S. Petersburga i podróżowanie rzekami. Przez Sekwanę do Paryża, przez całą Vołgę aż do Iranu, przez Dunaj do Bułgarii. Byli też na Wolinie, Elblągu oraz najpewniej docierali też do Warszawy. Do dziś w Polsce mieszkają ich potomkowie, w szczególności na zachodzie kraju. Świadczy o tym haplogrupa I1. Stąd właśnie wzięli się rudzi w Polsce.

Strategia Gotów jest więc opozycyjna.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-41.png

Patrząc jeszcze raz na mapę, nie mamy wątpliwości. Nie tylko Goci czy Wandalowie, ale też Burgundowie, Alanowie czy Kwadowie mieli strategię podobną i bardziej przypominała strategię Hunów.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-42.png

Na koniec warto zaznaczyć, że Wikingowie nazywali Polskę – Wendlandią, albo Gotlandią. Po Niemiecku Słowianie to Wenden. Jedna z sag mówi, że Wikingowie mieli przybyć do krainy Wendów (zapewne kolonizacja koło Odry).

Szamanistyczna religia

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-19.png

Wandalowie i Goci tak samo jak większość Scytów, Słowianie, Japończycy czy Kultura Łużycka dokonywali kremacji ciał zmarłych. Taki rytuał występuje w religiach szamanistycznych i wiąże się z wiarę, że w ten sposób dusza opuszcza ciało i odlatuje do nieba (dosłownie i w przenośni).

Wikingowie z kolei nie minęli takiego rytuału – ciała składali w postaci szkieletu, tak samo jak Celtowie, Rzymianie, Żydzi. Grecy, Egipcjanie…

Starsze osady

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-21.png

Częstym argumentem sa Skandynawskim pochodzeniem Wandalów jest to że w Szwecji odnaleziono osadę, która była niemal identyczna z osadami Wandalów. Porównanie Siedlisk nad Odrą i w Kraghede. Według tej tezy ludność miała wyemigrować ze Skandynawii do Polski przez Wisłę. Problem w tym, że zabudowania odnalezione w Polsce są wyraźnie starsze niż te, które teoria ta uważała za kolebkę Wandalów.

Polsko-Ukraińsko-Rosyjskie tradycyjne domy – XVII wiek.
Domy okresu Jomon – Japonia.

Inna etymologia

Wandalowie, Wiślanie, Wieleci, Weneci, Wendowie, Winulowie, Wołosi, Wołynianie, Wolinianie to różne nazwy związane z ludnościami Środkowej Europy. Mogą być związane z takimi nazwami jak Warszawa, Wiedeń, Wilno czy Wenecja.

Nazwy plemion są podobne, co świadczy, wraz z ich bliską lokalizacją o wspólnym pochodzeniu, bądź co najmniej wspólnej etymologii. Najpewniej należy wykluczyć tezę, że Goci oznaczają „ludzie boga” bo Normanowie na pewno nie byli monoteistami. A słowo „Gotlandia” czyli jedna z wysp Szwedzkich, oznacza „Dobra Wyspa” (skandynawskie got, pokrewne do gut i good/gud). Możliwe, że nazwano ją też z powodu tego, że myślano iż stamtąd byli Goci.

Całkiem możliwe, że nazwy takie jak Gopło, Gdańsk, Gdynia, BydGoszcz są związane z ludem Gotów i Gepidów.

Odmienne stanowisko tekstów źródłowych

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-29.png

Gotika Jordanesa wspomina o Gotach, którzy mieszkali w „Godiskandii” czyli w okolicach Gopła, Kaszub, Kujaw [?]. Ich losy znamy w dużej mierze dzięki Jordanesowi – kronikarzowi pochodzenia Gockiego. Trzeba zaznaczyć, że w „Gotice” wspomniano jednak istotny fakt. Kronika nie mówi, że Goci przemieszczali swe wojska do wojny z Rzymem i wraz z nimi szli też imigranci, ale metropolia zachowała status quo. To coś jakby koło Polskiego Kontegenu Wojskowego w Afganistanie, była też jakaś grupa imigrantów cywilnych. Według Jordanesa, metropolia miała połączyć się z sąsiednimi kulturami. To z kolei jedno zaprzeczeń, tego że Goci opuścili Polskę, co oznaczało by że są przodkami części ludności Polski (bo tak jest), tyle że Polacy nie są Skandynawami. A ludność germańska w dzisiejszym rejonie dawnej Godiskandii to ludność sprowadzona przez Krzyżaków. Wikingowie z kolei woleli Pomorze Zachodnie i ewentualnie Elbląg.

Inne opinia kronikarzy

Również zapisy ówczesnych kronikarzy jednoznacznie utożsamiają Wandalów czy Gotów z późniejszą ludnością.

W X wieku Gerthard z Augsburga w pisanej w latach 983 – 993 hagiografii świętego Ulryka (Miracula Sancti Oudalrici) niejednokrotnie nazwał Mieszka I wodzem Wandalów (dux Wandalorum, Misico nomine).

Z kolei w dziele Adama z Bremy „Dzieje Kościoła hamburskiego” znaleźć można dłuższy fragment: „Słowiańszczyzna, największy z krajów germańskich, jest zamieszkana przez Winnilów, których dawniej zwano Wandalami. Jest to kraj przypuszczalnie większy nawet od naszej Saksonii; szczególnie jeżeli uwzględnimy w nim Czechów i Polan zza Odry, jako że nie różnią się te ludy ani obyczajem, ani językiem”.

W XII wieku angielski kardynał Gerwazy z Tilbury pisał w swoim Otia Imperialia, iż Polacy „określani są mianem Wandalów i sami tak siebie nazywają”. 

Kazimierz Wielki, wznosząc na miejscu zrujnowanej za jego czasów bazyliki romańskiej w Poznaniu – katedrę gotycką, wystawił nowy okazały grobowiec dla swego wielkiego poprzednika – pogrzebanego w tej świątyni Bolesława Chrobrego i na jego płycie kazał umieścić wierszowany napis informujący że Bolesław Chrobry był królem „Regnum Sclavorum, Gothorum sive Polanorum” czyli „królem Słowian, Gotów czyli Polan”.

Powtórzył to również Flavio Blondi, a po nim wreszcie Maciej Miechowita w Tractatus de duabus Sarmatis (Traktat o dwóch Sarmacjach) z 1517 roku.

Warto wspomnieć że również pierwszy polski kronikarz, poruszył kwestię wandalskiego pochodzenia Lechitów. Księga rozpoczynająca „Kronikę polską” zawiera znaną wzmiankę o Wandzie, opatrzoną następującym przypisem: „Od niej ma pochodzić nazwa rzeki Wandalus, ponieważ ona stanowiła ośrodek jej królestwa; stąd wszyscy, którzy podlegali jej władzy, nazwani zostali Wandalami”.

Skąd więc podział na Słowian i Wandalów? Pustkę w źródłach stworzył upadek Rzymu. Wiele z tych nazw pochodzą od Tacyta czy Ptolemeusza. Tzw. Sclaweni to termin używany tylko przez Bizancjum, który dopiero potem wszedł do użytku, a Bizancjum powstało tuż przed upadkiem Rzymu i też nieźle ucierpiało. Można zauważyć jednak u Tacyta kilka plemion z regionu o podobnej nazwie: Stavonoi i Suevi, Suebi, Sakse, Sidinians Mało tego – wiele ludów syberyjskich nosi takie nazwy. Licząc kroniki z całego pierwszego tysiąclecia, obecne nazwy narodów, a potem badania nad ludami np. uralu, doliczymy się masy podobnych nazw, z czego większość zaczyna się na „s”. Naliczymy ich takich nazw co najmniej kilkadziesiąt. Zarówno u Tacyta, Geografa Bawarskiego, Jordanesa czy Greków i Bizantyjczyków.

Inny symbolzm

U Gotów, Wandali i Sarmatów próżno szukać słynnej Triquetry, specyficznego „przeplotu” czy run typu furbank. Można za to znaleźć azjatycką swastykę, typową dla ludów syberyjskich (a występującą też między innymi w Japonii i Nepalu), a także różne odmiany krzyża słonecznego, który jest popularny w regionach Azji Północnej i ludów ałtajskich.



  1. 
  2. 
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-22.png
Popielnica z Białej
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie images.jpeg
Symbole Kazachskie
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie a-small-roadside-shinto-shrine-in-japan-efppfx-1.jpg
Swastyka w Japonii z dziwnie znajomą kapliczką.

Można się też doszukiwać podobieństw do symboli kultury Łużyckiej, oraz pierwszych Piastów.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie dsaasdasdasdasdad.png

Co ciekawe, można znaleźć też jedną z odmian tzw. „lunuli” czy symbolu jagby półksiężyca, z wysuniętym kawałkiem czegoś co przypomina jakieś słońce. Podobny motyw był na herbie Chanatu Mongolskiego jako jedna z odmian tamgi, oznaczała słońce wschodzące nad doliną, jedna z jego odmian to herb Ukrainy, a nawet wzór orła w Europie Wschodniej (bliźniaczy do Gockiej fibuli). Co ciekawe przedstawiony powyżej krążek, jest IDENTYCZNY jak znak jednego z rodów Japońskich. Do tego podobny symbol odnaleziono na Pomorzu z czasów pierwszych Piastów.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-43.png
Od góry, od lewej: Fibule Gotów (IV-V wiek n.e.), ozdoby Ukraińskie (XVIII wiek), herb Mołdawii, flaga Mongolii (XII wiek), herb Ukrainy.
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 91607043_2623202291117371_2238113329165893632_n.jpg
Skarb z Pomorza – czasy wczesnopiastowskie.

Coraz więcej świadczy o tym, że Germanie Wschodni = Ałtajczycy = Słowianie. Do tego trzeba dodać fakt, tego jak analogiczne symbole to tamgi tworzono. W Polsce i na stepach Euroazji motów „słońca nad doliną” jest masa (używali go między innymi Piastowie Śląscy). Używano do niego często też motyw krzyża słonecznego (Polska wersja pochodzi co najmniej z 1 000 late p.n.e, a pierwowzór jest znacznie starszy).

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-44.png
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-45.png

W Polsce południowej (szczególnie Górny Śląsk i Śląsk Opolski) motywów takich jest masa, a większość jest analogiczna do barw Ukrainy. Jedną z odmian jest np. słońce w postaci krzyża „żelaznego” w którego przypadku dolinę zastępuje podkowa. Stąd wziął się zwyczaj dawania podkowy na drzwiach, niektórzy mówią że powinna być umiejscowiona tak, by otwarta część była na dole, lecz na tych herbach zawsze, gdy jest krzyż słoneczny, to ta część jest na dole. Dzięki temu zgadza się z Pan-ałtajskim motywem i archetypem. Na przykładzie jest godło Sokolna. Jakie są najważniejsze zwierzęta dla Kazachów (co mają podobną flagę)? Sokoły i orły, oraz konie. Co noszą konie? Podkowy. A jakie zwierzęta palono, w ramach pochówku całopalnego, w raz z ludźmi, w obrządku Wandalów? Konie i „jakieś” ptaki. Co ciekawe, Sokolnictwo jest w Polsce wysoce popularne.

Totemizm

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-25.png

Totemy wschodnioeropejskie wcale nie są ograniczone do czasów Kultury Praskiej. Można je odnaleźć też w innych okresach, jednym z nich jest Kultura Przeworska czyli okres Germanów Wschodnich i Sarmatów. Najbardziej znanym przypadkiem są trzy, specyficzne posągi z czego jeden jest wyższy od drugich. Wzorem pasują zarówno do Bab Pruskich, Światowida jak i częściowo nawet „Kobiety z Rybą”.

Posągi takie występują masowo, także na terenach Kazachstanu, Uralu czy Mongolii i są często bardzo stare. W przypadku Mongolii analogia (sposób trzymania rogu chociażby). Skoro lud oddalony od 4 000 kilometrów miał takie same, to musiał być spokrewniony, tym bardziej że pierwsze kontakty Mongolia-Europa to wojna Mongolsko-Rusińska. Do tego trzeba dodać genetycznie potwierdzone pokrewieństwo na linii Słowianie-Germanie Wschodni-Kirgizi-Uzbecy-Ałtajczycy-Ujgurzy-Scytowie-Tadżycy.

Moty stawiana totemów dotyczy bardzo dużego obszaru Azji Północne. Zaczyna się od Połabia, Prusy, Polski i Ukrainę, przez Kazachstan, Ural, Ałtaj, Mongolię, Buriację, Jakucję, kończąc na Japonii, Kamczatce i Kanadzie. Słupy miało zapewnić duchom kontakt z naszym światem, niczym antena. Czasami ich elementem były kule w środku słupa. Zimą budowano je też ze śniegu.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-47.png
Totem w Czadyr
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-48.png

Najstarszy totem jest z drewna, pochodzi z Uralu i jest najstarszym posągiem na świecie – ma 9 000 lat p.n.e. Już wówczas możemy zauważyć, że ma większość specyficznych cech, dla późniejszych „bałwanów”, zarówno Mongolskich, Słowiańskich jak i Wandalskich. Oraz wzorki Nieńckie.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-46.png
idol Szygirski – Ural, koło Jaketynburga

Można także pewne motywy odnaleźć w kulturze Jomon w Japonii, która z kolei jest jednoznacznie uznawana za bliźniaczą z Serbską kulturą Vinca.

Totemizm ten miał duży wpływ na stworzenie kultu totemiczno-solarnego zwanego „krzyżem” (czyli słupa, z mniejszą linią na górze do którego modlą się dziś Polacy), a najlepszym dowodem, na to jest to jak motywy syberyjskie i krzyża słonecznego (włącznie z postaciami ze Światowida z Zbrucza), wykorzystano do budowy X-wiecznego krzyża, który sprowadzono potem do Irlandii.

W wielu totemach można dostrzec czapką tatarską, jest ona podobna do Ruskiej, Kazachskiej, ale przypomina też jeden z „lejków”, w które okładano potem koński (nawiązanie do roli konnicy?) ogon. Takich samych „lejków” jak nosili Wandalowie i Goci.

Pewne w miarę podobne posągi można znaleźć też na pograniczu Germańsko-Celtyckim, lecz biorąc pod uwagę duży zasięg w głąb Azji kręgu „bałwanizmu”, były to wpływy wschodnie (można je znaleźć np. w Galii, ale w Irlandii czy UK już nie.), łączone z celtyckimi elementami (takimi jak budowle w stylu Stonehenge, triskalion, czy wszechobecna postać dzika).

Zbieżność z Podhalem

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie c5a43e48f60f274fa7d0d69a58eeb1b9.png

W latach II Wojny Światowej, część polskich Górali ogłosiła się potomkami Gotów – uznali to w związku z niezwykle wysoką analogią gockich ozdób do ozdób góralskich. Podobieństwo było ewidentnie uderzające. Używali tego jako element tego, aby przyłączyć się do Hitlera. On sam choć raczej nie interesował się Gotami (raczej Allemanami czy Bawarami) zadowolił się i utworzył kolaborancki oddział.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-51.png

Najbardziej charakterystyczna wydaje się rozeta zakopiańska, jedna z odmian perunicy. Przeciwnicy teorii używali argumentu o tym, że podobną odnaleziono w Grecji, lecz północna Grecja (czyli Macedonia Południowa) to nie potomkowie Hellenów, tylko Macedończyków, czyli potomków plemion słowiańskich takich jak Wajunitowie, Jeziercy czy Milingowie. Najpewniej to właśnie sąsiedztwo odmiennych ludów, doprowadziło do powstania unikalnego tyngla językowego zwanego Greką. Pochodzenia północnego są najpewniej takie słowa jak logos czy tenebris (po cieńszym rosyjskim „temno”). Po za tym Kultura Wołoska, jest słowiańską kulturą transnarodową i sięga od Ukrainy, aż po Bułgarię,

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie zamoscspr.jpg



Bardzo istotne są przede wszystkim też fibule, nie tylko można zauważyć, że przypominają kształtem zakopiańskie ozdoby, ale też mają bardzo ałtajski wzór, który przypomian wzory na fladze Kazachstanu, a takie wzorki można znaleźć nawet u Ainów na Sachalinie i Hokkaido. Wzór ten stał się w średniowiecznej Europie jednym z najpopularniejszych do ozdabiania bram i krat (szczególnie na wschodzie). W Polsce jeszcze w latach PRL-u był niema monopolowym motywem.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie asddasasdda.png

Fibule przypominają bardzo mocno zakopiańskie ozdoby. Do tego jeszcze bardziej widać powiązania Podhale-.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-53.png

Do tego widać w nich również powiązania z innymi Gockimi i Wandalskimi ozdobami.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-52.png

Język?

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-28.png

Czy wiemy cokolwiek o języku Gotów? Często mówi się że dowodem na jego istnienie jest Biblia Gotów. Problem w tym że jej oryginał nie zachował się do naszych czasów, a jedynie przepisania. Jedyną pozostałością jest jedna „strona” , która pochodzi z VI bodajże wieku i użyty w niej alfabet, dał początek pismu „Gothic”. Problem w tym, że trudno ją przetłumaczyć, bo jedyne tłumaczenie to te z przepisani, a te są podawane w wątpliwość. Przede wszystkim tłumaczenie transkrypcji nie jest pewne, robione zazwyczaj poprzez analogię do języków Skandynawskich. Problem jest taki, że język ten jest za miękki, ma za dużo samogłosek i dość mocno „Połabskie” i „Bałtowskie” zgłoski, włącznie z końcową rolą „s” typową dla bałtów i ludów azjatyckich (na temat Greki już się wypowiadałem, Łacina to osobny temat). Widać gołym okiem parę słów germańskich, ale to raczej wygląda na ciasto wschodnie z zachodnimi rodzynkami.

Są tylko dwa przekłady na alfabet łaciński, gockiego języka pochodzącego z Kodeksu Karolińskiego. Oto jego część:

Jah witubnijs g(u)þ(i)s

hvaiwa unusspilloda si(n)d

stauos ïs

jah unbilaistidai

wigos ïs

Hvas auk ufkunþa

[.]raþi f(rauj)ins

aiþþau hvas ïmma

raginens was

Jako dowody z kolei na nieautentyczność przedruków Biblii Gotów, podaje się takei fakty jak:

  • Istnienie, aż czterech odmian przez przypadki, a języki Skandynawskie mają dwa .
  • Dziwny, maszynowy druk, gdy już od 100 lat znana była maszyna Guttenberga
  • Brak run nordyckich, choć Goci według tej teorii byli Normandami, a Wulfilla miał korzystać z ich run, między innymi przy tworzeniu alfabetu
  • Pojawiły się ona nagle i w dość tajemniczy sposób dopiero w XVI w. w benedyktyńskim klasztorze w Werden, w Niemczech, który znany jest raczej z pisania i przepisywani ksiąg, niż ich przechowywania
  • Kilka wersji przepisani jest zrobiona jakby innymi wersjami alfabetu

Wracając jeszcze raz do tematu, trzeba zaznaczyć że „miękkość” wyjaśnia się, w ten sposób, wyjaśniając tym że jest to język „Staroskandynawski”, problem w tym że to by nie wyjaśniało np. jakim cudem języki niemiecki jest taki twardy. Szwedzki jest trochę miększy (a nawet Duński) od Niemieckiego czy Holenderskiego, ale to najpewniej efekt przenikania się ludności Wikińskiej i Lapońskiej, więc języki i społeczeństwa się mieszały. Za najbardziej „staroskandyanwskiego” uważa się Islandzki, który miał być w separacji. Pomija się jednak to, że około połowa z 300 000-cznej ludności Islandii, to nie-normandzka ludność Slawoidalna i tak było od początku. Najpewniej w wyprawie na Islandię wzięli udział też Lapończycy (którzy mają dużo genów typowych dla Słowian) czy też może nawet sami Słowianie. To wyjaśnia między innymi, dlaczego posunięcia Islandii, są tak inne od np. Norwegii. Trzeba dodać, że elementy zgłosek czy pewnych trendów w słowach typowe dla Lapończyków czy np. Połabian występują w dużej mierze w Islandzkim. A w języku Gotów – szczególnie. Pytanie tylko, jak to rozczytać.

Inną kwestią jest spraw z królami Gotów, Wandalów czy Burgundów. Wśród nich można znaleźć spory zbiór imion wyglądających na Skandynawskie (w przeciwieństwie do Bibli Gotów – z autentyczną gramatyką Skandynawską), ale też trochę imion przypominających, autentyczne imiona Słowiańskie, a nawet parę imion brzmiących jak z Uzbekistanu. Problem jest w tym, na ile zapisano je poprawnie, skoro zostały oryginalnie zlatynizowane. Czy mogli zapisać wszystkie głoski i czy dobrze Rzymianie je usłyszeli (niemal przypowieścią stała się scena z ‚Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, w której Niemiec, pobuduje napisać „Brzęczyszczykiwicz)? No i na ile był to rdzenne imiona, władców a na ile tzw. Lingua Franca? Jordanes był Gotem, ale jego imię inspirowano biblią…

Teraz zacytujmy blog „Taraka” jeden z nielicznych, autochtonicznych blogów „nie-turbosłowiańskich”.

Królowie Wandalów czy innych ludów podobnych, to miał być między innymi: Visislaus, Radagaisus, Alaric, Corisco, Spośród 23 wymienionych w tabeli władców herulskich i wandalskich wyróżnić można aż 10 osób noszących imiona o słowiańskim brzmieniu, 7 osób noszących imiona o brzmieniu germańskim, 4 noszące imiona o nieznanej etymologii, 1 osobę noszącą imię łacińskie i 1 osobę bezimienną.

Visislaus (N.: Wisilaus)Wyszesław, Wisław, Wiesław
6. Vitislaus (N.: Witislaus)Witosław, Witsław, Wicsław, Wicław
11. WisimarWyszemir, Wyszemiar, Wyszomierz, Wizymiar
12. Miesiclaus (N.: Miceslaus)Miecisław
13. Radagaisus (N. również: Rhadagastus)Radogost, Radegast, Radogoszcz
14. Corisco (N.: Corsico) [7]Gorzysław, Korzysk?, Korzęsko?, Korzeńsko?
14. Godegisl (N.: Godegisilus; inne: Godigisclo) [8]Godzisław
16. Gensericus (N.: Genseric; inne: Geisericus) [9]Gęsiorek, Gęsiorzyk, Gąsiorek [10]
17. Visislaus (N.: Wislau lub Visilaus).
21. Radagaisus (N.: Rhadagastus)
22. Visislaus

Imiona o germańskiej etymologii (7 osób):
7. Alaric, 8. Dieteric, 9. Temeric (N.: Teneric), 10. Alberic, 15. Gundericus, 18. Alaric (N.: Alaricus), 19. Alberic (N.: Albericus).
Imiona o nieznanej etymologii (4 osoby):
1. Anaras (N.: Anavas) , 2. Alinar (N.: Alimer), 3. Anthyrius (N.: również Anthur), 4. Hatterus (N.: Hoter lub Hoterus).

Imiona o łacińskiej etymologii (1 osoba):
20. John (N.: Johannes; pol. Jan).[13]

Bezimienni (1 osoba):
23. … of the Wenden (król Wenedów o nieznanym imieniu). [14]

Corisco (Corsico) utożsamiany jest czasem z imieniem Krak [znanym z np. Kroniki kadłubka – mój przyp.]. Inne łacińskie formy tego imienia to: Croscus, Crocus, Crusco.

[koniec cytatu]

Trzeba uwzględnić też to że oprócz danych ówczesnych czasów, kronikarze z średniowieczni w późniejszych okresach (patr, poprzednie punkty) łącząc Wandalów ze Słowianami, opisywali też władców, aż do VIII wieku – to jedno z niewielu momentów gdzie spinana się niemiecki szacunek co do dat panowania Dynastii Lechitów (czyli dynastii, której ostatnim władcą miał być Popiel), która miała się zacząć w VII wieku. King of the Wenden to księżna Wanda? Kto wie.

Jeśli z kolei uwzględnić królów Burgundów, to część z nich pokrywa się z wieloma postaciami władców z tzw. Kroniki Prokosza, czyli Kroniki rzekomo napisanej w IX wieku przez Prokosza, w realu na pewno młodszej o wieki.

No i patrzmy też na to że władcy mogli się różnie nazywać pod względem językowym. Mieszko (Mieczysław?) czy Bolesław mieli słowiańskie imiona. Ale już Ludwik Węgierski czy Kazimierz Wielki, mieli imiona obcojęzyczne. Nie wiemy jak długo Wikingowie wpływali na dzieje Polski, lecz mówi się o tym że dopływali także do Gniezna. Mogło to sprawić przyjęcie obcych imion. Kontakty na linii Wschód-Północ był bardzo dobre jeszcze za czasów Rusi Kijowskiej. To ludność Francja i Anglii była w konflikcie z Normandami.

Kilak władców Cherusków ma imiona podobne (-mir), Rzymianie łączyli ich tez z Etruskami, którzy jak się okazało, byli imigrantami z okolic dzisiejszej Ukrainyco pewnie wpłynęło na kształt łaciny.

A co z językiem Alanów? Byli Scytami, a na temat jeżyka Scytów jest tylko parę zdań, odnalezionych gdzieś w okolicach Azji Środkowej i trudno je intepretować.

Na koniec tematu tylko jedno zdanie w języku Wandalów. Jedno i jedyne:

Skapja macia ja drinkan

Jakie wyjątkowo swojskie brzmienie słowa „macia”. Prawie jak słowacka „maćka” czy głoski miękkie w językach takich jak Rosyjski czy Czeski. Dodam jeszcze, że zapisywanie „an” często jest używane jako zastąpienie głoski „ą” której nie ma w alfabecie łacińskim.

  Inna kultura archeologiczna

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-27.png



Kwestia poruszana pośrednio w poprzednich tematach, ale jednocześnie warto zwrócić uwagę na to, że Wandalowie należą do Kultury Przeworskiej, zaś Goci do Kultury Wielbarskiej. Częściowo pokrywa się to z poprzednimi kulturami regionu. Patrząc na wiele takich kultur, można doszukiwać się w nic grani ludów i państw (nawet rzekomo „młodej” Białorusi). Kultura Longobardów pokrywa się dość mocno z mapą Słowian Połabskich. Czasami ludność tą nazywano zbiorowo „Saksonami” (słynne „s”) lecz te określenie dotyczy też ludności Dolnej Saksonii. Czy tutaj kończy/kończyło tak naprawdę granic Germanie/ludy azjatyckie? Trudno powiedzieć, raczej Sasowie nie pochodzili z Danii, a więc skąd? Zaznaczę tylko, że rejon Łużyc po jej wstąpieniu w szeregi unii Świętego Cesarstwa Rzymskiego, zwano Górną Saksonią (a też była ona częścią Połabii). Dynastia Sasó wywodzi się właśnie z tej drugiej (a może pierwszej?) Saksonii.

Widać tutaj, tez unikatową kulturę dla Wolina i Uznamu. Ten rejon ma unikalną, występującą tylko tutaj, odmianę/mutację genu R1a (tak jak Olsztyn). To nie tylko potwierdza silną tożsamość, ale i też jest jednym z dowodów, na to że przesiedlenia w 1945-1950 był w jakichś 95% komunistycznym fałszerstwem.

Dziwnie znajome nazwy plemion

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 86st5r1.png
A.

Mapa Tacyta versus Mapa Geografa Bawarskiego. Choć Geograf Bawarski nie odwiedził całej Polski, to jednak można dostrzec podobieństwa nazw ludów regionów. Potwierdzenie tożsamości tych civitas jest jednak możliwe przede wszystkim dzięki testom DNA.

Wyglądów to jakoś tak

Goci i Gepidzi – Goplanie

Wandalowie – Wiślanie

Luigowie – Lenduzi

Silingowie – Ślężanie

Trzeba zaznaczyć, że to nie tylko aż cztery szokujące podobieństwa nazw, ale też idealnie pokrywające się lokalizacja. Jedna osoba sugerowała kiedyś, że Lugowie, należy czytać (tak jak po włosku) Luidziowie, co by było jeszcze podobniejsze do Lędzianie. Po z tym – Sillingians jest zdecydowanie podobniejsze do Sillesia niż Sleenzene. Na dodatek Jordanes wspomina o znajdującym się niedaleko krainy Gotów, grodzie Sillestina. Na temat Wandaló/Wiślan warto dodać, że takie też było stanowisko Kadłubka. Goplanie, wydają się wspólnym określeniem Gotów i Gepidów.

Wenetowie, są na mapie dosyć na zachód, lecz zazwyczaj są bardziej kierowani na wschód, ale w tej samej jednak osi pionowej. Pokrywają się wówczas z Ukraińskim plemieniem – Wołynianami. Tymi samymi, których niektóre potomkowie ginęli z rąk UPA, a tak naprawdę choć mówili po Polsku, mieli korzenie też Ukraińskie.

Kolejna ciekawostka, to plemię Sidinians, które jest umieszczone tuż w okolicach miasta Szczecin. Niedaleku mu też do Świnu i Świnoujścia. Etymologia wydaje ię być wspólna.

Kwestia „kontaktów”

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-55.png
Hunowie i Alanowie przeciw Rzymowi

Ta metoda jest rzadko używana, ale obecnie jest kolejnym ważnym elementem. Jak z pośród kilku „ludów” określić czy jest ot jeden lud (bądź zbiór ludów), czy kilka? Można posiłkować się kwestią kontaktów między nimi.

O jakich kontaktach (wojnach, traktatach, handlu) wspominają kronikarze? Np. o relacjach: Gocko-Wandalskich, Chazarsko-Alańskich, Gocko-Alańskich, Gocko-Swebskim, Alańsko-Mongolskich, Huńsko-Alańskich, Alańsko-Wandalskich, Awarsko-Alańskich, Alańsko-Wandalsko-Swebskich.

O jakich relacjach NIE MA WZMIANEK: Wandalsko-Sclaweńskich, Huńsko-Awarsjkich, Awarsko-Madziarskich, Scytyjsko-Sarmackich, Chazarsko-Scytyjskich, Tracko-Bułgarskich, Gocko-Sclaweńskich.

To tylko autentycznie potwierdza wnioski, że: 1. Wandalowe i Goci byli innymi nazwami plemion, bądź starymi nazwami. 2. Chazarowie i Alanowie byli odmianami Scytów z różnych regionów. 3. Hunowie połączeni z rdzenną ludnością Pannonii to Awarowie, którzy zwą się Madziarami, Węgry to przeinaczone Hungary (kraj Hunów), czyli Hunowie to nazwa Zachodniorzymska, Awarowie to nazwa Bizantyjska, Madziarzy to nazwa Węgierska. 4. Bułgarzy to Trakowie (7 rodów, Bułgaria oznacza „kraj wielu ludów”, Germania/Galia/Garia –> pol. „kraj”). 5. Dalmaci to przodkowie Chorwatów.

Oczywiście są też źródła inne na temat ostatnich dwóch przypadków, ale można je łatwo znaleźć samemu.

Równanie demograficzne

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-57.png

Kolejny, rzadki sposób udowodnienia, że Goci nie przybyli ze Skandynawii. Gocja i Wandalia był zamieszkiwane przez podobną ilość ludzi co Polska za Mieszka. A mięło pochodzić całkowicie ze Skandynawii. Dzisiejsza Skandynawia (z Lapończykami włącznie!) To 15 mln ludzi, wraz z Danią. Gdyby Wikingowie nie migrowali, to patrząc na ilość ich potomków, w Skandynawii było by ponad 20 mln. A co gdyby Goci i Wandalowie realnie pochodzili ze Skandyanwii, ale nie wyemigrowali? Dzisiaj musiało by tam mieszkać około 60 mln osób. W V wieku to my musiało być około 2 mln ludzi. Gęstość zaludnienia była by więc na poziomie najgęściej zaludnionych państw Europy i Azji Mniejszej. W realu mieszkał ich około jednej piątej tego, a jeśli odciąć Laponię i uwzględnić tylko krainę Wikingów, to liczba ta spada jeszcze dwukrotnie. Więc w tym przypadku taka teoria nie zgadza się z równaniem i łamie… prawo zachowania masy i energii (sic!). W końcu imigrująca osoba to masa z energią pędu jego migracji, ale jak widać masy nie było, więc i energii nie mogło być.

Kwestia „Skandii”u Jordanes i Skandyanawii

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-59.png

Pozostaje nadal kwestia Skandii, czyli legendarne krainy, z której według Jordanesa mieli pochodzić Goci. Jednak słowo ‚”Skandia” ma słowiańską sgłoskę „sk”, w Danii też jest (najpewniej pod wpływem, wpływów Lapońskich) ale na końcu i bez otwartej sylaby. Skandia, brzmi jak kolejna odmiana krain licznych, lokalnych ludów na „s”. Do tego motyw, wody z której przepłynęli ludzie, jeśli uznać ją za legendę, może mieć sporo wspólnego z mitem wyłowienia (kilkadziesiąt jego wersji na Słowiańszczyźnie i Syberii, od Uralu aż po Hokkaido) oraz niezwykle ważną dla Słowian sferą akwatyczną (szczególnie słodkowodną, co widać po ilości legend i bóstw wodnych). Stąd wzięło się słowo Skandynawia, kiedy to uznano że jest to kraina dosłowna. Ciekawa jest końcówka „w”. Jest ona bardzo często (bądź w podobnej wersji) jako początek wielu słów na ludy (Wenedowie, Weneci) i wiążą z taką etiologią takie narody jak Słoweńcy i Słowacy.

Bardziej ciekawa jest jednak sprawa z kwestią „nawia”. „Wia” To archaiczny element słowa, który zachował się być może jako odpowiednik łacińskiego garia (kraina).

Nawia (tutaj jest całe „nawia” nei tylko „wia”) to zachowane słowo w starych językach słowiańskich oznaczające sferę uraniczną, związaną ze światem nadprzyrodzonym, i życiem po śmierci. Nawia i Niebo (podobne słowa?) to to samo. Oznacz zarówno zjawisko meteorologiczno-atmosferyczne jak i krainę świętą. Dusza unosiła się do niebo i dosłowni w przenśni. Identycznie jak w przypadku mongolskiego Tengryzmu (ciekawe – niebo po Chińsku to „tian”), konfucjanizmu i kultu niebios, religi buriacji czy Japonii (Wysoka Równa Niebios). Potem oczywiście motyw nieba w takim wydaniu wchłonęło chrześciajańsdtwo.

Pawia to sfera piekielna, związana z jaskinią, ogniem i piecem. Należy to rozumieć bardzo dosłownie, szczególnie przez pryzmat czarta (w bibli sheol utożsamia sięz ciemnością, w Polsce piekło utożsamia się ogniem). Słowo Pawia jest związane ze słowem „piekło” (a co za tym idzie słowami „pieczara”, czy „piec”) oraz „panew”.

Być może od słów Nawia i Pawia, wzięto przedrostki „na” i „pod”, kiedy przedrostki pojawiły się u ans pod wpływem łaciny.

Na pewno należy bezdyskusyjnie wyrzucić popularne wśród turbosłowian założenie (bo na pewno nie teorię czy nawet tezę) o tym, że Nawia to kraina umarłych, pod ziemią, a Pawia (zwana przez niektórych błędnie „Prawią”) to kraina „bogów”, Nawia to odpowiednik też piekła, której królem był jakiś „Weles” a przejścia strzegł żmij, to tylko szaleńcze kopie z mitologii greckiej. Nie ma na to żadnych dowodów, to tylko wynik myślenia, że każda mitologia jest jak grecka (a także mieszania mitologii greckiej z chrześcijaństwem, w myśli renesansowej, a więc już potrójnej pomyłce), oraz mylenie rodzin językowych z rodzinami religii (przy jednoczesnym zapominaniu tego, że nie wiemy jak dokładnie wyglądały kiedyś języki i trzeba też patrzeć na takie zasady jak liczba częstych zgłosek itd.) Przedstawiona wyżej teoria zgadza się całkowicie ze słowami pokrewnymi, na dodatek ma potwierdzenie w folklorze, oraz w tradycji pogrzebowej (unoszenie się dymu w górę z pochówku ciałopalnego). No i zgadza się a szamanistycznymi założeniami religii Słowian.

Trzecim elementem miała być „Jawia” czyli po prostu tu gdzie „stoimy”.

Mamy więc Jawię, Pawię i Nawię. Skandynawia wygląda jak jakaś odmian Nawii. Biorąc pod uwagę, fakt że u Słowian była masa wątków sfery akwatycznej, wygląda na to że Skandynawia to kraina legendarna (no i na wodzie lepiej widać niebo, więc i nawię). Nie należy jej mylić z celtyckim Avalonem! Avalon to kraina za morzem Atlantyckim,. gdzie według Celtów ludzie mogli płynąć od krainy wiecznego sześcian. Jest to więc odwrotność Skandii u Gotów (któryż z niej PRZYBYLI).

Skandia (jak jest w oryginale to już inna sprawa), widać wiąże się jakoś z ludami na „S” może oznacza jakąś prakolebkę ludu? Niby Goci po przyjściu na Godiskandię (czyli na ląd), mieli walczyć z Ulmerugami (którzy byli z nimi spokrewnieni), ale jednocześnie przyznali że najpewniej pokrewni do nich są Gepidzi. Co ciekawe – udowodniono, że R1a pochodzi z Karelii nad Jeziorem Onega (koło oceanu arktycznego), skąd przed tysiącami laty, miała rozprzestrzenić się ludność ałtajska tego genu i nie tylko.

Finalna kompilacja

Ludy, które na 99% były ludami słowiańskimi: Sarmaci, Alanowie, Goci, Wandalowie, Luigowie, Silingowie, Kwadowie, Swebowie, Longobardowie, Dakowie, Trakowie, Pannończycy, Norynjcanie, Dalmaci.

Ludy, które nie był Słowianami, ale były z nimi bratnie: Scytowie, Chazarowie, Sogdianie, Hunowie, Tatarzy

Ludy, które na 99% były ludami germańskimi/skandynawskimi: Allemanowie, Bawarowie, Frankowie/Fryzowie, Anglowie, Waregowie, Brukterowie, Teutonowie

Ludy, które na 99% były ludami celtyckimi: Galowie, Brytowie, Irlandczycy, Szkoci/Piktowie, Walijczycy, Iberowie.

Społeczności multinarodowościowe z różnych grup: Italia (większościowa rdzenna ludność + wschodni Etruskowie, Sardyńczycy i Latyni oraz Wenecjanie pochodzący do Wenedów), Grecja (Hellenowie i Macedończycy), Hiszpania (Iberowie, oraz mniejszość Walencyjska pokrewna z Etruskami). Oprócz tego Bretończycy w Galii, pochodzący od Wenedów.

Po V wieczne mniejszości: Burgundczycy (Burgundzka mniejszość we Francji o tej samej nazwie), Katalończycy, mieszkańcy Galicji Hiszpańskiej, Andaluzji i być może też Kraju Basków (mniejszości pochodzenia Wandalskiego + mniejszości z innych plemion), pozostałości Longobardów i Wandalów w Italii.

Osobna kwestia: Madziarzy/Awarowie – „melanż” Hunów i Pannończyków, być może się też krzyżowali po rasa Słowiańska i stepowa są kompatybilne instynktownie i oba są podobnie dostosowane ewolucyjnie, więc i tak ewolucja by trwałą tą samą drogą.

Pochodzenie na razie niewyjaśnione: Heruskowie, Chaukowie, Hattowie.

Podsumowanie

Temat nie miał nie tyle na celu potwierdzenie ciągłości osadniczej. Chodziło raczej o potwierdzenie ałtajskich korzeni ludności Wschodniej Europy patrząc na wykopaliska, jeszcze z czasów Rzymu. Top jednocześnie też sposób na zaprzeczanie Normandzkiej genezy Germanów Wschodnich. Ze względu na zachowanie się dużej ilości w starych czasach lamentów „czystych” kulturowo można do tego podejść bez konieczności robienia destylacji co jakiś czas. Wszystko wskazuje na to że to nie brodaci germanie z toporami pokonali Rzym (choć w sumie też mieli w tym swój udział – Frankowie, Anglowie i Jutowie ) lecz ludność para-mongoidalna na koniach, z łukami i zbroją płytową. Do tego są oni potomkami mieszkańców Europy Wschodniej, czyli 66% populacji Europy.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie dasdasdasdasdasasd-1.png

Po za tym mieli ogromny wpływ, na Europę zarówno pod względem symboli (solarny symbol Wandalów, wywodzący się z tzw. „Rąk boga” szybko pojawić się w kościele i na monetach władców), czy też pod względem tego jak bardzo wpłynęli np. na heraldykę, czasami nawet flagi czy technologię i ubiory średniowieczne. Wiele rzeczy, które są błędnie uważane za europejskie, pochodzi z Azji, a azja kończy się gdzieś na Łabie. A może inaczej? Nie ma Europy – jest Euroazja. Europa Wschodnia to przedłużenie Dalekiego Wschodu, a Europa Zachodnia to przedłużenie Bliskiego Wschodu. Europa to miejsce, gdzie te cywilizacje się zderzają, a wschód bardzo wpław na zachód swoją liczebnością. Innymi miejsca zderzenia tych dwóch kultur są Indie, Afganistan, Pakistan (różna ludno), Iran (wpływy północne) czy Tadżykistan i Uzbekistan (wpływy południowe). Dawniej także Turcja (podbicie Hetycji przez turkotów).



Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 2022-03-08t000000z_1166293724_mt1kyodo0001u6da5_rtrmadp_3_japan-ukraine-talks-scaled-1-1.jpg

Można by tu mówić, jak ot była dalej ja bardzo wpływało, o tym jak szamanizm wchłoną chrześcijaństwo, jak bardzo Słowianin różni się od mieszkańca Zachodu, jak powstał międzynarodowy mem „Fingolia” czy też w jaki sposób Europa była dalej zawsze podzielona na dwie części, niema we wszystkim. Ale to już inna historia.

13 powodów, dlaczego j. polski był bardziej spokrewniony z japońskim, niż z niemieckim czy francuskim.

Język polski, którego używamy na co dzień posiada ogromną liczbę domieszek romańsko-germańskich. Nie tylko w postaci słów, których używany, ale także głosek czy zasad gramatycznych. Istnienie takich głosek czy zasad gramatycznych, budzi błędne przekonania o przeszłości naszego języka. Bowiem zapożyczyć można praktycznie wszystko. Skoro zdarzały się przypadki, że dany naród stopniowo tracił dany język zamieniając go na np. język sąsiada to jak najbardziej mogły by być etapy pośrednie. My jesteśmy obecnie w momencie, w którym mimo tego że oczyściliśmy go częściowo – nadal widać pewne zmiany. Są one większe niż w np. Ukraińskim, co nie znaczy że w tamtym języku też nie ma poważnych zmian. Poniżej przedstawię kilka wyjątkowo kontrowersyjnych faktów o języku polskim.

  1. Nie było odmiany przez rodzaj
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-7.png

Swojego czasu sporo się mówiło o aferach związanych z tym, że nazwy niektórych zawodów nie są odmieniane przez rodzaj żeński, co spowodowało że feministki domagały się zmiany, uważając że zostało to wymyślone umyślnie, aby stworzyć stereotyp, że kobieta nie może pracować w niektórych zawodach. Najciekawsze jest jednak to że – kiedyś w języku polskim (i co za tym idzie – najpewniej we wszystkich językach słowiańskich) – nie było odmiany przez rodzaj! Przyrostek żeński „-a” wywodzi się z łacińskiego przyrostka oznaczającego to samo. I tak np. „Amicus” to przyjaciel, a przyjaciółka – „Amica”. Albo słowo „Animus” i „Anima”, czy też idąc dalej „Julius” i „Julia”. Setki lat nauczania w kościele po łacinie i nauki uniwersyteckiej po łacinie nie pozostały bez (nomen omen) konsekwencji. Szczególnie miało to znaczenie w przypadku imion żeńskich i męskich. Co ciekawe – Rosyjskie Sasha może być imieniem i męskim i żeńskim! Tak jak np. japońskie imię Hikari, ale nie np. imiona łacińskie czy angielskie. Odmiana przez rodzaj w przypadku imion była wiadoma, ale jak ustalić to jakim rodzajem określić słowa takie jak np. woda czy trawa? Bardzo proste – zrobić to co jest typowe dla ludu szamanistycznego – oprzeć się na powszechnie przyjętej personifikacji. Większość z licznych bóstw wodnych w Polsce była bóstwami żeńskimi – woda kojarzyła się z damskimi włosami (tak wiec w mitach często występowały kobiety – bo odnosiły się one do przyrody). Takich utożsamień nie było np. w Grecji bo Greczki miały inny kształt włosów. Tak więc niemieckie „wasser” gdy zostało spolszczone na „woda” zyskało łacińską odmianę żeńską. Trawa stała się formą żeńską bo jak tu nie porównać włosów kobiety do trawy?

2. Nie było odmiany przez liczbę

Język polski nie posiadał pierwotnie również odmiany przez liczbę! Takie wnioski nasuwają się między innymi na skutek języka starocerkiewnego. Zachowały się w nim między innymi takie słowa, w których występują jery czyli, krótkie samogłoski które mogą mieć dwie formy – tylną i przednią. Jedna z nich zmienia koniec zdania po miękkiej spółgłosce na coś co przypomina węgierskie „y” na końcu zdania. Potem ta sama głoska zaczęła być używana w językach słowiańskich jako końcówka mogąca być użyta dla zaznaczenia liczby mnogiej. Skąd się to wzięło? Na pewno nie z łacińskiego „es”, oraz angielskiego „s”. Najbardziej prawdopodobne jest to że pochodzi od niemieckiego „e” (germanizacja językowa była tak samo obecna jak latynizacja) używanego do określenia liczny mnogiej i np. drzewo to „Baum”, a drzewa to „Baume”. Najpewniej to właśnie niemieckie „e” zostało zamienione na bardzo podobnie brzmiące „y” w tworzeniu odmiany przez liczbę. Potem doszła jeszcze synteza z też zapożyczoną odmianą przez rodzaj i powstały kolejne, nowe przyrostki. Najpewniej próbowano użyć takich sufiksów do przekazania większej ilości informacji.

4. Głoski sz, cz, rz wzięliśmy z Niemieckiego



W języku polskim nie było kiedyś głosek takich jak sz, cz i rz. Zarówno cz jak i sz to zapożyczenia z niemieckiego. Dawniej każde, rdzennie polskie słowo zamiast „sz” posiadało coś stylu „si”, a zamiast „cz” coś w rodzaju „ci”. Słowa będące zapożyczeniami często zawierały takie głoski jak „cz” czy „sz” więc ich używano, a w końcu zaczęły się mieszać ze słowami z języka polskiego. Jeśli jakieś słowo kończy się na spółgłoskę, po której jest „c” „Szmelc” to mamy niemal pewność że jest germanizmem. Czasami próbowano w Polsce dodawać „e” przed „c” (np. „walec”), ale było z tym różnie.

5. Głoski ż i dż wzięliśmy z Francuskiego

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-8.png

Również ż i dż mają obce pochodzenie – najczęściej z francuskiego. Jest to szczególne bowiem, wiele słów z ż. rz ma ma negatywny wydźwięk: żul, żółty, żygać, żaba, żyd, murzyn, albo takie słowa jak dżuma czy dżdżownica. Czemu? Słowa te mają negatywny wydźwięk bo są kojarzone z rzeczami negatywnymi. A czemu są kojarzone z rzeczami negatywnymi? Bo mają negatywny wydźwięk – błędne koło. Przyjęło się że rzecz negatywna ma „ż” w nazwie bo brzmi nienaturalnie dla Polaków. Nie zawsze jest to pojęcie negatywne, ale tak się kojarzy. Szczególnie znaczenie w przypadku słów z francuskiego mają słowa na końcówkę „aż”, jak np. witraż, tatuaż, makijaż, legendaż. Potem mieszało się to i zaczęło się pojawiać w słowach rdzennie polskich. Zamiast ż i dż było tam kiedyś ź i dź.

Bardzo często zdrobnienia w j. polskim polegają na dodawaniu miękkich głosek. Np. dzidziuś, mamusia, jedzonko. Potem Polacy śmieją się z Czechów, Rosjan i Ukraińców (albo z Japończyków) że ich język brzmi jak zdrobnienia. To jednak pierwotna forma tych języków. Zdrobnienia w j. polskim nie są (tak jak np. zdrobnienia w języki Niemieckim) de facto zdrobnieniami. Są próbą przywrócenia j. polskiemu rodzimej formy. Takiej, która nie kojarzy się obco tak jak np. język Niemiecki, który brzmi dla Polaków jak wulgaryzmy. I tak np, słowa „jedzonko”, „spanko” „sianko” posiadają końcówkę „nko”, które jest bardzo popularne w np. języku białoruskim.

6. Było ograniczenia występowania samogłosek, w stosunku do innych samogłosek

Aby dany język mógł zostać zaklasyfikowany do grupy tzw. „indoeuropejskiej’ musi jednocześnie spełnić pięć wymogów. Jednym z nich jest fakt nieposiadania tzw. harmonii wokalicznej, czyli ograniczenia występowania samogłosek w stosunku do innych samogłosek. Na skutek makaronizmów, wtrąceń i zapożyczeń doszło jednak do zalania języka słowami obcymi, więc wystąpiła sytuacja, w której trudno było mówić o takim ograniczeniu. Jednak, gdy oddzielać obce słowa i głoski z czasem widać jak narasta harmonia wokaliczna. Przykład: w języku Polskim „u” nie może występować po „A”. Słowo takie jak „Aura” jest dla nas trudno do wymowy. Aura nie jest jednak słowem polskim – pochodzi z łaciny. Jest więc jednak harmonia wokaliczna. Gwoździem do jej trumny była kwestia wprowadzenia przyrostków. W łacinie przyrostki powstawały poprzez wymowę „o” pomiędzy nimi. Np. PseudOefedryna, KorpoOrealizacja, ProtOmalaOpolinezyjczycy. Można było niemal w kółko dodawać kolejne moduły. W Polsce zaczęto w pewnym momencie stosować ten trik w stosunku do słów, rodzimych albo słów z języków trzech – często jednocześnie. Przykłady: WielOosobowy (czy widzicie te podejrzane „podwójne O”?), niebieskOróżowy (niebieski – rdzenny, różowy – z francuskiego). Aby zapobiec natężanie się kolejnych zdecydowano, że należy w pewnym momencie zacząć dodawać myślniki, ale i tak było już trochę za późno. W ten sposób człowiek musiał robić kilka razy wdech w ciągu jednego słowa.

7. Nie było przedstostków, wzięliśmy je z łaciny

Nie spełnienie jednego z 5 punktów wystarcza by uznać, że język polski nie był językiem indoeuropejskim. Oprócz tego można jednak też pokusić się o dowodzenie spełnienia innego punktu – istnienia przedrostków. Przedrostkiem w łacinie mogło być praktycznie wszystko lecz były też krótkie, specjalne. W Polskim nie było pierwotnie przedrostków. Niemal każdy pochodzi z łaciny. W ten sposób doszło do pewnego rodzaju zapożyczeń, na dodatek z zamienieniem elementów na głoski nie występujące pierwotnie w języku, polskim i wzięte z np. z francuskiego (który z łaciną jest powiązany). W ten sposób nastąpił taki proces:

Pre –> Przed

Post –> Po

Dys –> Bez

Non –> Nie

Para –> Prawie

Przykładów takich jest więcej, z czasem zaczęto też próbować tworzyć własne przedrostki. Ciekawostka – w słynnych słowach z XIV wieku „Daj, ja pobruszę, a ty poczywaj” jest „poczywaj”, a nie „odpoczywaj”. Teraz zauważmy nienaturalny „szef” między „D”, a „P”. Czy „po” jest przedrostkiem? Raczej nie ma słowa „czywaj” więc najpewniej to nie przedrostek lecz forma jakiejś dawnej odmiany rzeczowników.

8 i 9. Było prawo otwartych sylab i było więcej samogłosek

Zdania niemal zawsze kończyły się na samogłoskę. Wyjątków było niewiele, dotyczyły szczególnie samogłoski „k”. W północnoazjatyckich językach z prawem otwartych sylab, jedną z niewielu samogłosek, którą można wymawiać na końcu jest między innymi „s” (popularne w językach słowiańskich i bałtyckiej, oraz w fińskim, a także językach takich jak japoński), oraz „k” (węgierski, japoński, eskimoski). Zauważmy teraz, że bardzo wiele zdrobnień zawiera „k” na końcu: ananasek. bochenek, Kamilek, Maksiuniek. świntuszek. Najpewniej to próba przywrócenie rodzimej, miło brzmiącej formy. Ale np. taki węgierski posiada to zawsze czy japoński, który był izolowany od wpływów.

Teraz porównajmy słowa w polskim do słów w ukraińskim, który zachował wiele elementów starych. Na przykład weźmiemy czasowniki.

Sprzątam – ja pribiraju

Uciekam – ja tikaju

Szukam – Ja siuju

Szepczę – Ja siepociu

Trę – Ja natiraju

Żmudzę – Ja linniły

Potrzebuję – Ja potreba

Wrzucam – Ja kidaju jocho

Przeszukuję – Ja siukaju

Rzebrzę – Ja blachaju

Nie dość, że widać jak przedrostki uciekają to jeszcze słowa zaczynają przypominać coś w stylu japońskiego. Do tego odmiana przez osoby nie istnieje, a osobę określa się przez partykułę (tak jak np, w japońskim, gdzie dopowiednikiem „ja” jest „łatasi”) i widać że nie ma swobodnej alternacji w obrębie rdzenia wyrazowego (co jest trzecim punktem wykluczającym języki słowiańskie z grupy indoeuropejskiej). No i słowa kończą się niemal zawsze na samogłoskę. Do tego trzeba dodać dużą ilość samogłosek. Co ciekawe prawo otwartych sylab, dotyczy przede wszystkim czasowników. W przypadku rzeczowników dopuszczone są takie końcówki jak „s”, „k” czy „n”. Wspominałem kilkukrotnie o j. japońskim. Dodam, że w języku japońskim również istnieje trend, w którym spółgłoski na końcu są zarezerwowane głównie dla rzeczowników, a czasowniki mają ich najmniej (w wersji standardowej). Z kolei w przypadku przymiotników, kończą się one zazwyczaj na „i”. Tak samo jak w j. polskim! U nas jest oprócz tego jeszcze wersja „y” czyli bliźniacza do „i”.

10. Zgłoski były ograniczone i typowo ałtajskie

Zgłoski w języku polskim był ograniczone i dotyczyły tylko wybranych syntez. Były one generalnie typowe dla takich języków jak fiński, japoński czy języki indiańskie. Przykładowymi zgłoskami, które były akceptowalne jeśli dodać do nich samogłoskę „a” było „ska”, „tka”, „bra”, „kta”, „nba”, „cka”, „nka”. Jak widzimy dotyczą one przede wszystkim zestawień głosek bezdźwięcznych i to tylko gdy są maks dwa. Tak samo jest w języku japońskim! Wyjątkiem jest „n” i to w obu przypadkach. I np. japońskie „Konbanła” i góralskie „Gońba” opierają się na swobodzie albo „n” albo „ń” jako głoska dźwięcznej. Sprawa słowa takiego jak „Brama” można wyjaśnić w ten sposób, że w jeżyku japoński, czasami „u” jest praktycznie niesłyszalne. Jest tam wiele słów, które brzmią inaczej według japończyków, niż podają zagraniczni tłumacze (np. takie dziwne słowa jak jakitomorokosz czy kinjoskyj). „Br” może występować np. w słowie „Bradziru” (Brazylia), choć japoński język jest ograniczony sylabariuszem. Oprócz tego „br” występuje w językach indiańskich jak np słowie „Nebraska”.

11. Nie było podwójnych, identycznych samogłosek

Takie przypadki jak „kk” czy „bb” był nieobecne. Bowiem słowo „Wanna” jest zapożyczeniem. i np. hebrajskie „abba” czy arabskie „rakka” czy też język niemiecki, zawierały takie systemy, ale nie języki słowiańskie. Nawet słowo „lekko” jest wzięte od łacińskiego „leptos” więc nie wiadomo przez jaki proces przemiany musiały dostać się do polskiego.

12. Nie było głoski „F”, bądź był okazyjna

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie image-10.png

Już za czasów głagolicy pojawiały się pierwsze znaki do zapisu „x” oraz „f” w języku starocerkiewnym, tylko że dotyczyło wyłącznie zapożyczeń z greki. O ile w przypadku „x” jest to logiczne, to mało kto wie że „f” nie było kiedyś obecne w językach słowiańskich.

Weźmy przykładowe słowa na „f”: frędzel, figiel, fenyloalanina, ferie, freja, fiołek, fantazja, farfocel, fantom.

Słowa 1, 2 i 8 to germanizmy. 3, 4, 5, 6 i 8 to latynizmy. Piątka pochodzi ze staroskandyanwskiego. F jest obecne w językach germańskich, romańskim, perskich czy arabskim, ale nie u Słowian! A jak to wygląda w przypadku np. Japonii? Cóż, niby jest, ale np. Fukashima, czyta się raczej „Wukasima”. Pomiędzy „W”, a „F”. Po za F jest dopuszczalne tylko przed „u”. Tak jak np. w Czeskim („Kolejka nie funguje bo weter fuka).


13. Mieliśmy inny szyk zdania

Najbardziej popularna cecha języka staropolskiego to specyficzny szyk zdania. Zamiast systemu takiego jak np. w języku angielskim, czy niemieckim – podmiot orzeczenie dopełnienie, był system taki jak w języku japońskim, bądź koreańskim – podmiot dopełnienie orzeczenie. Każdy kto czytał „Janko Muzykanta”, czy „Krzyżaków’ wie że tak właśnie brzmiał język polski. I tak np. zdanie „Ja siedzę na tapczanie”, musiało by brzmieć „Ja na tapczanie siedzę”. A przypadku Ukraińskiego „Ja sydziu na dywani”, zmieniło by się na „Ja na dywani sydziu”. Skąd zmiana? Najpewniej na skutek języka niemieckiego, który spowodował że około 100 lat temu zmiana szyku zdania była już zaawansowana. Szybko wpłynęła na Polskę, a to wpłynęło też na rejon na wschód od niej. Często jednak używa się nadal starego szyk uzdania, jak chce się zaakcentować orzeczenie, albo po prostu piszę się anonimowy komentarz w Internecie będąc zdenerwowanym, wściekłem hejterem, robi się nie tylko błędy ortograficzne, ale i też dotyczące szyku zdania. Taki sam szyk zdania jest w japońskim i np. „Nie, to tak nie jest” (jedno ze zdań, które w polskim mają nadal szyk zdania starty), to „Ie, cigajmas”. W j. japońskim każde zdanie ma ten szyk.

Na sam koniec porównanie języka Połąbskiego. Nie jest oczywiście „czysty”, ale daje ciekawy wygląd.

Aita nos, tâ toi jis wâ nebesai, syętü wordoy tüji jaimą; tüji rik komaj; tüja wüľa mo są ťüńot kok wâ nebesai tok no zemi; nosę wisedanesnę sťaibę doj nam dâns; a wütâdoj nam nose greche, kok moi wütâdoyeme noshim gresnarem; ni bringoj nos wâ warsükongę; toi losoj nos wüt wisokag chaudag. Pritü tüje ją tü ťenądztwü un müc un câst, warchni Büzac, nekąda in nekędisa

Dlaczego Japonia otworzyła się w XIX wieku?

Przyczyny Izolacji

W Japonii od wieku XVII-ego przez wiele lat trwał stan wyjątkowy. Wynikiem tego był kontakt z mieszkańcami Europy, głównie Francuzami, Hiszpanami, Portugalczykami i Holendrami, którzy po odnalezieniu morskiej drogi do Indii i Chin, dotarli ostatecznie do Japonii. Po okresie przyjaznej współpracy, coraz to większe kontrowersje wzbudziło to kim w rzeczywistości byli przybysze. Szczególne przerażenie wzbudziła wojna hiszpańsko-meksykańska, w ramach której niemal cała Mezoameryka znalazła się pod okupacją Hiszpanów, oraz wygrana wojna z Inkami i okupacja większości ich terytorium, oraz okolic, w szczególności zbrodnie dokonane podczas walk na ludności cywilnej i wandalizm. To właśnie one wytworzyły przez kolejne lata światowy stereotyp Autochton=Dobry, Przybysz=Zły.

Zdobycie Teutochican/Mechiko City przez Corteza przy wsparciu plemion sąsiednich, stało się symbolem rodzenia się największego europejskiego imperialistycznego kraju, od czasów Rzymu.

Hiszpanów uznano w Japonii za szpiegów mających na celu przygotować się na podbój Japonii, tak jak dawniej przybysze do Ameryki opowiadali rodakom o tym co tak znaleźli. Japończycy (którzy według, niektórych teorii mieli odkryć Amerykę jeszcze przed Kolumbem) uważali, że Hiszpania może być gotowa na powtórkę scenariusza w przypadku Japonii (szczególnie że okupacja Meksyku, spowodowała krach na europejskich rynkach złota i Hiszpania szukał nowych rozwiązań na ratowanie ciężkiej sytuacji w swoim kraju). Kontrowersje wzbudziła też rywalizacja między Katolikami, a Protestantami, co w przypadku Japonii mogło doprowadzić do przeniesienia się wojny 30-letniej na część ich kraju i doprowadzić do scen rodem z „Imienia Róży”. Ostatecznym argumentem dla Szogunatu było powstanie chłopskie, którym broń dostarczyli Portugalczycy. Europejczyków uznano za takie samo zagrożenie, jak dawniej Mongołów, wywołało to przerażenie. Europejczyków uznano za zagrożenie najwyższego stopnia i zdecydowano się wprowadzić nadzwyczajne środki, mające zapewnić Japonii suwerenność za wszelką cenę i każdym kosztem.

Zabicie europejskich misjonarzy i pro-europejskich Japończyków. Zdjęcie szokuje przede wszystkim dlatego, że zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo kimono przypomina mnisią szatę. Nie ma wątpliwości, że strój tak jak i żupan, musi się wywodzić od jednego syberyjskiego stroju. Był to jeden z elementów, który sprawił, że Chrześcijaństwo odnosiło początkowo sukcesy w Japonii, jednak tym samym stawało się tym bardziej ryzykowne, jako element wywiadu i potencjalnej pułapki w rękach Europy.

Dokonano brutalnych ataków na Europejczyków, pozostałości ich działania wykorzeniono siłą, nałożono szereg embarg, w tym na Francję, Hiszpanię czy Portugalię oraz ograniczono ogólnie handel morski. Granica została zamknięta i nie pozwolono Japończykom na zapuszczanie się poza granice kraju. Kraj zaczął się coraz bardziej militaryzować, budowano artylerie nabrzeżne, zwiększała się ilość klasy samurajskiej – i tak mocno zmilityrazycowane państwo, stało się jedną wielką fortecą, europejskie statki, które zbliżały się do Japonii, miały być natychmiast likwidowane bądź odstraszane salwą bez ostrzeżenia.  Jedynie Holandia i Chiny mogły nadal prowadzić wymianę handlową z Japonią.

Wyspa z osadami i faktoriami holendrów. W okresie edo była miejsce, gdzie Holendrzy jako wyróżniony naród mogli swobodnie prowadzić handel z Japonią.

Pierwsze zmiany

W wieku XVIII pozwolono na import książek z Europy poprzez kupców z Holandii. Instytut Badania Nauk Zamorskich stał się pierwszym w Japonii uniwersytetem, choć jego czasy świetności zaczęły się dopiero w okresie Meji.

Instytut Badania Nauk Zamorskich, od Meji, Cesarski Uniwersytet w Tokyo, od 1949 Uniwersytet Tokijski.

Znacznie istotniejsze w kwestii otwarcia się Japonii była ekspedycja na Sachalin i Wyspy Kurylskie, pod koniec tamtego stulecia. Ludność ta zamieszkiwana była przez Ainów, najbardziej wyizolowany, pierwotny i egzotyczny odłam narodu Japończyków. Choć ich język sama ludność była genetycznie niemal identyczna z Japończykami z południa, to jednak przez tysiące lat ich język (choć mający podobne zgłoski) stał się niezrozumiały. Przez lata Ainowie i Japończycy południowi i środkowi żyli w relatywnie pokojowych stosunkach, choć Ainowie musieli też dostosować się do nowych nakazów standardów stanowych okresu Edo (strój, język urzędowy). W momencie dotarcia Japończyków na Kuryle i Sachalin zetknięto się z północną częścią tej ludności. Handlowano z nimi (między innymi kupowano skóry) – twierdzono, iż rejon ten jest częścią Japonii, który to przez tysiące lat uległ jednak „separatyzmowi”, co skłoniło do wysiłków w celu faktycznego przyłączenia tego rejonu do Cesarstwa. Wyprawa zakończyła się jednak efektem znacznie rozleglejszym niż przypuszczano. Zetknięto się bowiem z przedstawicielami nie tylko ainowskim państewek, ale późniejsz też samego Carstwa Rosyjskiego.

Niektóre z rdzennych narodów Syberii.

Rosja od wieku XIV stopniowo ogłaszała wstąpienie do Rosji kolejnych części Syberii. Obecność tej ludności, oraz ich potomków zmieniła całkowicie strukturę ludnościową Rosji, przenosząc ciężar realnej władzy w stronę wschodniej części. Dzięki pozytywnym oświadczeniu woli lokalnej ludności, obyło się praktycznie bez walk i proces osiągnął niebywałe rozmiary, tworząc nowy „Wielki Chanat”. Już w XVII wieku ogłosiła wstąpienie de nomine części środkowych i wschodnich, lecz w realu w roku 1800 w granicach de facto było jedynie kilka procent tych rejonów (głównie sukcesujących po Złotej Ordzie). Mimo to było to wystarczające, aby Japończycy zetknęli się z Rosjanami, czy też mówiąc bardziej szczegółowo Rosjanami, oraz różnorodnymi kulturowo potomkami narodów Syberii, w tym momencie mówiących już jednak po Rosyjsku. Moment ten był szokiem dla Japończyków, bowiem nie spodziewali się że jakiekolwiek państwo północne czy północny podmiot dyplomacji spróbuje nawiązać z nimi kontakty.

Część jeżyków na Zachodzie Rosji.

Sytuacja nie skończyła się tak jak w przypadku kontaktów z mieszkańcami Zachodu, bowiem mieszkań Europy Wschodniej, różnili się od mieszkańców Europy Zachodniej, wszystkim – zarówno wyglądem jak i mentalnością czy kulturą ludową. Zdobyli sobie zaufanie Japończyków, którzy rozumieli ich w przeciwieństwo do niż poczynań czy kultury mieszkańców Zachodu. Szczególną role miała ludność Rosji Azjatyckiej. Szczególnie z Jakucji, która niemal nie różniła się od Japończyków fizjologicznie i wydawała się być z nimi kulturowo wręcz bliźniacza. Niektórzy Japończycy wyruszyli w podróż po Carstwie Rosyjskim i państewkach syberyjskich – podczas tej wyprawy dotarli, aż do Moskwy, brali udział w Rosyjskich uroczystościach i zwiedzali Rosję w ramach misji dyplomatycznej i ekspedycyjnej (z Królestwem Polskim i Ukrainą włącznie). Werdykt był prosty – Rosjanie i ich krewni, choć teoretycznie mieszkają w Europie nie są spokrewnieni z „Kolonialnymi Barbarzyńcami”. Nawet język Rosyjski choć oddalony o tysiące kilometrów ukazał się nieporównywalnie szybszy do przyswojenia przez osoby japońskojezyczne niż Holenderski, co przyspieszyło mediacje i kontrakty handlowe.

Początek integracja Rosja-Japonia miała ogromne znaczenie dla późniejszych wydarzeń, gdy to Japończycy inspirowali się głównie kulturą Rosyjską, oraz Pruską (Królestwo Prus przed zjednoczeniem Niemiec, choć zamieszkiwane przez ludność niemieckojęzyczni, była w 95% bratnia z Rosjanami, w tym w aż 80% Prusaków pochodziło od Polaków). Właśnie dlatego mundur Cesarza Meji przypomina strój barbórkowy, a japońskie mundury – ułanów. Utożsamienie Rosysjkiego/Pruskie/Wschodnioeropejskiego „krzyża słonecznego” (pogańskiego symbolu, wchłoniętego przez chrześcijaństwo) z Amaterasu, dało początek nowym Japońskim odznaczeniom. Dlatego właśnie tak wiele z nich posiada elementy podobne do tych z Ukrainy, Polski czy Rosji.

Folklor Rosyjski miał ogromne znaczenie w integracji Japońsko-Rosyjskiej. Zwrócono uwagę nawet na podobieństwo „płaskich” malowideł i mitologie.

Analogie stylu symboli (nawet barw) oraz inne przypadki analogii Rosja-Japonia pozwoliły szybko przełamać pierwsze lody, jednak nadal pozostawała kwestia ustaleń terytorialnych. Japończycy bowiem rościli sobie prawo do części Sachalinu ze względu na zamieszkujących ich Ainów. Rosjanie z kolei rościli sobie też do niego prawo, gdyż usiłowali zjednoczyć wszystkie narody Syberii w ramach jednej, wielkiej Wszechrusi.

Relacje Japońsko-Rosyjskie były mimo tego pierwszymi od lat przyjaznymi kontaktami Japończyków z obcokrajowcami prócz Chin i Holandii. Czy to właśnie Rosjanie przekonali Japończyków taka naprawdę do otwarcia handlu? Trudno powiedzieć, ale na pewno miało to ważny wpływ na późniejsze wydarzenia.

Zmiany na Pacyfiku i mała stabilizacja

Pod koniec wieku XVIII siły Hiszpani i Portugali nieprzerwanie od 300 lat okupywały 80% terytorium Mezoameryki, 25% terytorium Ameryki Południowej. Jednak 10-letnia wojna o ich niepodległość była dla Hiszpanów tym, czym dla Francuzów Waterloo. Powstanie kilkudziesięciu niepodległych państw, zamieszkiwanych przez zlatynizowaną ludność rdzenną bądź wielonarodową ludność rdzenno-napływową obaliły kolonializm. Terytoria „Ameryki ponadśrodkowej” było w 8% zajmowane przez marionetkowe państwa UK i Francji, jednak była to inna forma sytuacji, z resztą powstanie wielonarodowego USA szybko przyniosło stratę UK. Przez ponad 80 następnych lat nikt nie myślał o zamorskich podbojach, na dużą skalę. Jednocześnie rozwój handlu z Chinami i pojawienie się parostatków, sprawiło że coraz to więcej okrętów zaczęło (chociażby nieświadomie) trafiać w okolice Japonii. Pojawiały się statki między innymi Angielskie czy Francuskie (nie było rzecz jasna znienawidzonych przez Japończyków Hiszpanów). Japonia nie podchodziło do sprawy przychylnie, statki które musiały z jakiegoś powodu coś powiedzieć miały jeden wyznaczony port, ale generalnie nadal Japonia traktowała Europejczyków Zachodnich  jako wysokiej rangi zagrożenie.

Terytoria okupywane przez Królestwo Hiszpanii i Królestwo Portugalii na przełomie XIX wieku. Na szaro – niepodległe państwa Indiańskie.

Punktem przełomowym był jednak kontakt Japończyków z Amerykanami od strony Wschodu 1837. Wówczas to do Japonii przypłynął amerykański statek, z Japońskimi rozbitkami chcący uzyskać pomoc, oraz poprosić o możliwość uzyskania miejsca, gdzie Amerykanie mogli by odpoczywać i zjeść coś po ciężkiemu wyprawie wielorybniczej. W obawie, iż jest to flota wroga, statek został ostrzelany przez artylerię nabrzeżną, co zmusiło go do odwrotu. Władze młodego państwa USA zaniepokoiły się sytuacją, co doprowadziło do zimnej wojny między Japonią, a USA. Jednocześnie władze Kraju Kwitnącej Wiśni nakazały przygotowanie się do odparcia ataków morskich i postawiono artylerię w stan najwyżej gotowości. USA w związku z sytuacją wysłały ekspedycję kilku okrętów wojennych, które miały zbadać sytuację. USA w owym okresie było państwem obejmującym de facto jedynie 25% obecnego terytorium, toczące ciężkie walk i Indianami co sprawiło, że kraj ten nie był pewien jak długo utrzyma się na mapie. Oceanię, traktowano jako kolejny ‘”dziki zachód” wymagający wyjątkowej ostrożności i środków prewencji. Japończycy widzą statki zrobili publiczne pokazy sumo w celu odstraszenia „barbarzyńców” jednak dla Amerykanów, pokazy te wyłącznie zdziwiły. W roku 1846 do Japonii przybył komodor Biddle, nie mogąc stawić czoła obronie przeciwokrętowej nie osiągnął żadnych sukcesów. Dopiero Kapitan Perry w asyście kilku statków zdołał dostać się na ląd, ale nie otrzymał odpowiedzi od władz. Głosowanie w Shogunacie było w większości za status quo polityki zagranicznej i ignorowanie żądań Amerykanów, tym bardziej że duża część amerykanów stanowili Brytyjczycy, którzy byli przedstawicielami Europy Zachodniej.

Nawet 100 lat potem toczyły się dyskusje co do zamiarów Amerykanów. Przeciwnicy tego kraju (w szczególności ZSRR) powtarzał, iż Amerykanie mieli na celu kolonializm Japonii w stylu „zgniłego zachodu”, jednak Amerykanie bronili się twierdząc, że sytuacja nie była dla nich korzystna, relacje z Japonią niestabilne, zaś podejrzenia wobec Amerykanów o imperializm, wynikały wyłącznie z uprzedzeń Japończyków do białych ludzi. Jako, iż USA samo w sobie było kiedyś kolonią, ich polityka wobec odległych krajów była dosyć inna.

„Czarne statki” McPerrego – zostały ukazane na japońskiej karykaturze jako wroga ekipa piracka.

Rok po pierwszej wizycie, kiedy to McPeery został odgoniony, powróciła kolejna ekspedycja. W związku z ryzykiem wybuchu wojny Japońsko-Amerykańskiej i nieprzewidywalnością Japończyków, McPeery zyskał ochronę w postaci 9 statków i piechoty morskiej. Zaproponował Japończykom traktat. Traktat zawierał: zobowiązanie do wzajemnej nieagresji, możliwość wzajemnego handlu w pięciu portach japońskich, ustanowienie konsula do spraw amerykanów na wyspach, zakup przez Japończyków broni amerykańskiej i wysokość ceł.  Do reprezentacji Japonii wyszedł panujący wówczas Shogun, gdyż obecność Cesarza przed obcokrajowcami była wówczas absolutnie wykluczona. McPerry nie wiedział jednak, że nie stoi przed głową państwa, tym samym nawet po pod posianiu traktat nie mógł legalnie wejść w życie, nawet gdy minie data jego rozpoczęcia. Podpisanie traktatu przez Shoguna rozładowało jednak napięcie i ryzyko wojny, w szczególności artykuł o nieagresji. W późniejszych latach, Shogun wystąpił do Cesarza o ratyfikację tego i innych traktatów. Otwarcie portów dla USA na skutek usilnych nacisków amerykańskich statków rozpoczęło okres zwany Bakumatsu.

Amerykanie i Japończycy w Kanagawie

            Kolejnym traktatem zajął się Harrison. Amerykanin jak przystało na jego naród był umiejętnym marketingowcem oraz negocjatorem handlowym i powołał się na sytuację we Francji oraz UK. Zwrócił uwagę na konflikt pomiędzy UK, a Chinami (Wojna Opiumowa). Handlarze Angielscy byli mocno obciążeni przez podatki Chińskie, więc próbowali przemycać opium. Chiny zaczęły wówczas konfiskować zapasy tego zioła. Zamiast jednak pozostawić je w konfiskacie, zaczęli niszczyć te zapasy opium, zaś zdenerwowana UK wysłała 10 000 żołnierzy w statkach aby odbić swoją własność, zanim zostanie zniszczona do końca. Harrison chwalił, iż USA jest pokojowe w przeciwieństwie do Anglii i Francji, oraz podjudzał Japonię przeciw tym dwóm krajom i że interesy z USA są znacznie lepsze. Dodał, żeby podpisał traktat i zastosował do UK i Francji zasady takie jakie zaproponuje USA, nie zaś propozycje Francji i UK. Był to jednak jedynie element marketingu, który różnił się od realnych wydarzeń. Żołnierze morscy w Chinach nie byli tak liczni by działać (oprócz wyjątków) na lądzie tak zaludnionym jak Chiny, wojna była spontaniczna, nie zaplanowana dalekosiężnie, zaś ustępstwo wynikało bardziej z faktu, iż Chiny (w przeciwieństwie do UK) mogło sobie na takie manewry pozwolić, wpływ miał też Konfuncjanizmu i mentalności Chińczyków. Można się spodziewać, że Togutawowie zdawali sobie z przewagi jaką mieli nad Wielką Brytanię, oraz mityzacją jej osiągnięć – być może właśnie to doprowadziło, do tego że zgodzili się na pomysł Amerykana.

Brytyjski statek zatopiony przez marynarkę Chinską

W kolejnych latach sytuacja się zmieniała. Japonia zdecydowała się podpisać traktat z Wielką Brytanią i Francją (ta pierwsza zwierała też podobne podejście do konsulatu jak w przypadku USA), tym bardziej że w tamtych czasach nie zdołał się jeszcze wykształcić Francuski i Angielski imperializm kolonialny (w rozumieniu tworzenia państw marionetkowych, choć dochodziło do spięć i starć). Zreorganizowano handel z Holandią (1856), polepszono stosunku z Rosją. Carstwo w 1855 zaproponowało Japonii „salomonowy” kompromis – Japonia bierze krainę Ainów, zaś Rosja bierze krainę Oroków (północ Sachalinu). Traktat ten był jednak tylko oceną tego, gdzie dany kraj ma się nie zbliżać, nie zaś kontraktem ze stroną, która reprezentowała dany naród Sachalinu. Stąd też mimo, iż była źródłem stabilizacji na granicy Japońsko-Rosyjskiej – to do realnego włączenia tych terenów w dane państwa, potrzeba było jeszcze kolejnych lat i stopniowych procesów. Jednocześnie zdecydowano się o rozwinięciu handlu z Rosją. Ważny był też traktat handlowy z Prusami (1861), którego traktowano podobnie jak Rosję. Zdecydowano się na stosunki z niewielką Portugalią (1860), która to w czasach Konkwistadorów, preferowała pokojowe osady na wybrzeżu późniejszej Brazylii, niż wojny. Nie podpisano natomiast traktatu z Hiszpanią.

Pruska wyprawa do Japonii. Warto zwrócić uwagę na wschodnioeropejskie „stalinowe” wąsy Prusaków, które były podobne do tych noszonych przez Japończyków. Wynikało to z tego, że w obu przypadkach.

Sytuacja ułatwiła handel i rozładowała napięcia związane ze Stanami Zjednoczonymi. Nadal jednak Japonia nie była pewna co do zamiarów obcokrajowców z Francji i Anglii. Handel z Europą umożliwił szybszy import i eksport towarów. Przyspieszyło to rozbudowę sił japońskich. Przez dłuższy czas potem w kinematografii japońskiej dominował obraz ostatniego okresu Edo, w postaci procesarskich Hanów (w tym Satsumy) używających różnorodnej broni, w tym najnowocześniejszej, oraz Tokugawów walczących po staremu. W rzeczywistości zarówno stronnictwo Pro-cesarskie jak i Pro-shogunatowe, były podobnie, nowocześnie (jak na tamte czasy) uzbrojone na co wpływ miał też handel.

Mimo relatywnie niskich, ceł statki Europejskie musiały ponieść duże koszty związane z transportem przez oceany. Podobnie jak w przypadku Chin, równe punkty dla obu krajów, nie miały sensu w przypadku radykalnie różnej sytuacji odległych od siebie państw.

Czasami można natknąć się na tezę, iż Japonia w końcowym okresie Edo była zacofana. Jest to teza niepodparta dowodami. Owszem produkcja nie była tak wydajna jak w przypadku końca XIX wieku, lecz to samo można równie dobrze powiedzieć o każdym innym kraju w tym okresie (Indie, Chiny, Niemcy, USA, Polska) i zmiany w następnych latach były związane z rewolucją w handlu, przyrostem naturalnym czy też rewolucją przemysłową, która była już globalnym zjawiskiem. Po za tym Japończycy posiadali wiele własnych technologii, nie znanych w Europie, a dających przewagę, bądź wykorzystywali starą technologię w sposób dający skuteczność podobną, bądź większa niż teoretycznie nowocześniejsze odpowiedniki.

Kontratak konserwatystów

Sytuacja związana z obcokrajowcami niezadowoliła wszystkich, spora część z ludności uznała, że obcy są intruzami. Inne kontrowersje wzbudziła kwestia konsula i jego roli w przypadku USA i UK. Japończycy żądali aby ustanowić takiego samego w USA i UK w przypadku Japończyków tam przebywających, oskarżając rząd iż faworyzuje obcokrajowców. Możliwości podróży do USA przez Japończyków były jednak wówczas ograniczone, bądź niemożliwe.

Regularnie dochodziło do zabójstw Europejczyków w Japonii. Wśród wielu incydentów dokonanych przez konserwatystów było dużo wydarzeń z zabójstwami nie tylko jednej, lecz wielu osób co sprawiło że przebywanie w Japonii dla cudzoziemców stało się bardzo niebezpieczne. Również osoby próbujące się dorobić na handlu z Japonią były zagrożone. Japonia próbowała zażegnać kryzys wypłacając pieniądze rodzinom poszkodowanym, lecz fale narastały. Próbowano nowych negocjacji, lecz wysadzanie ambasad i konsulatów stało się normą. Podczas trwania okresu radykaliści dokonali blisko 180 zorganizowanych ataków terrorystycznych przeciwko obcym handlarzom, statkom i konsulatom.

Zamach na brytyjskich dyplomatów w Edo

Problemy ekonomiczne i zagrożenie życia ich obywateli sprawiły, iż państwa Zachodnie ostatecznie przestały pozostawać bezczynne wobec sytuacji. Szczególne niebezpieczne były sprzeciwiające się Europejczykom klany samurajskie. W odpowiedzi na śmierć Charlesa Richardsona i ostrzeliwanie Royal Navy, wojska zaatakowało Kagoshimę ostrzeliwujące ja i niszcząc kilka statków. Na lądzie szybko okazało się jednak, że zbroja samurajska jest w stanie wytrzymać trafienia z pocisków Angielskich, zaś Anglicy przestali inwestować w defensywę. Broń palna miał zbyt słabe tempo przeładowywania, by móc się mierzyć z japońską bronią białą (wojska angielskie nie były dostosowane do walk z bliska, a samurajowi – tak).

            Słabą sytuację Brytyjczyków, zakończył Shogunat który wspomógł Brytyjczyków i nakazał samurajom z Kagoshimy zapłacić za śmierć Anglika. Satsuma następnie wynegocjował i zapłacił funtów odszkodowania, ale nie przekazał morderców Richardsona Brytyjczykom, którzy jednak zgodzili się dostarczyć Satsumie okręty wojenne o napędzie parowym. Ponieważ bakufu odmówiło zapłaty 3 milionów po interwencji Shimonoseki, obce narody zgodziły się obniżyć tę kwotę do 25 000 w zamian za ratyfikację przez cesarza traktatów o nieagresji i handlu (wcześniej nie uprawomocnionych), obniżenie podatków celnych do 5%.

Statki Brytyjskie ponoszące klęska w bitwie o Shinoseki.

Zwolennicy ataków na europejskie cele twierdzili, że Europejczycy planują podstęp i jeśli nie powstrzymają ich teraz, wkrótce UK i Francja napadnie na Japonię.

Sytuacja była na tyle napięta, że Cesarz Kōmei, zrywając z wielowiekową tradycją imperialną, musiał interweniować ogłaszając 1863 r.  „Zakon Wypędzenia Barbarzyńców”. Klan Chōshū z siedzibą w Shimonoseki, pod rozkazami Lorda Mōri Takachikiwypełnił rozkazy cesarza i od 10 maja zaczął polować na cudzoziemców. Otwarcie przeciwstawiając się szogunatowi, Takachika kazał bez ostrzeżenia wystrzelić wszystkie zagraniczne statki. Zabójstwa zmieniły się w o masowe zatapianie obcych statków i śmierć obcych wojsk i cywili.

Pod naciskiem cesarza szogunat musiał ogłosić koniec stosunków z cudzoziemcami. Rozkaz ten został przekazany zagranicznym delegacjom przez Ogasawara Zusho no Kami w dniu 24 czerwca 1863 roku:

W związku z nasilającymi się dalej atakami, mieszkańcy Zachodu wysłali eskadrę czterech brytyjskich okrętów, trzech francuskich i jednego holenderskiego do Hyōgo w listopadzie 1865 r. Innym przypadkiem były wystrzały w stronę Shimaseki przeciw japońskim organizacjom, dowodzonym przez potężnego daymio Takachikę z klanu Chosho. Francuskie okręty i 250 żołnierzy zaatakowały miasteczko niszcząc posterunek artylerii. Do walk i wzajemnych wandet dochodziło do momentu gdy Cesarz nie zgodził się oficjalnie zakończyć swojej operacji ekstremistycznej. Upoważnieni szoguna do prowadzenia negocjacji z siłami obcymi. Konflikt ten uświadomił Japonii, że wojna nie jest rozwiązaniem.

Członkowie Shougunatu podczas negocjacji z Brytyjczykami. Kłanianie się im przez Japończyków, nie wynikało z „uznania ich za lepszych” lecz ze standardowego zwyczaju Japończyków.

                                                        Koniec okresu Edo

Zwiększenie interwencji Cesarza w sprawy kraju zaczęły coraz bardziej zmieniać sytuację. Zaczęło bowiem dochodzić do coraz większych zespoleń pomiędzy Cesarzem, a Shogunatem. Istotnym momentem był akt kiedy to Cesarz Komei i Lemochi Tokugawa zezwolił na ślub swojej siostry z Shogunem, sam Shogun odbył w tym celu podróż w asyście 3 000 strażników. Mimo, iż do małżeństwa nie doszło to jednak jego potencjalne efekty i tak nastąpiły. Coraz większą rolę bowiem zaczęły odgrywać samurajowie z Satsumy, Chosho, Tosa, Hiroshimy i Saga. Tworzyli one środowiska skupione wokół Cesarza. W 1968 roku na tron wszedł syn Komei – Cesarz Meji, zaś obecny Shogun rządzącego w Shogunacie Togutawów –  Yoshinobu Tokugawa, w roku 1968 zdecydował się zwrócić uprawnienia Shouna Cesarzowi. Spowodowało to przekształcenie Shogunatu w Oligarchię Meji, związaną głównie z rodami pro-cesarskimi (choć Tokugawowie mieli znaczącą rolę w dochodach państwa). Co prawda doszło jeszcze do walk wewnętrznych, związanych z eskalacją napięć związanymi ze sfałszowaniem edyktu Cesarskiego o odebraniu tytułów Tokugawie, lecz sam Togutawa szybko wycofał się  konfliktu (choć jego zwolennicy walczyli jeszcze przez rok na północy). Zakończenie okresu Edo w chwili przekazania uprawnień przez Shoguna, sprawiło że doszło do zmiany roli Cesarza. Sprzeciw wobec obcokrajowców, był w następnych latach połowiczny, choć ostatecznie narósł i sprawił, że w Japonia ostatecznie przeszło do kontrataku, co doprowadziło do pacyfikacji pro-zachodnich Chin i likwidacji wszystkich kolonii europejskich w Azji przez Japonię podczas II WŚ. Jedynie konflikt graniczy z Rosją pozostaje do dziś aktualny.

Osatni Shohun – Tokugawa Yoshinobu

Kamil Maciej Trzoch

Andrew Gordon, Nowożytna Historia Japonii (realia Japońskie)

Conrad Totman, Historia Japonii (realia Japońskie)

Nowa Era, Zrozumieć Przeszłość (sytuacja geopolityczna)

Ollie Bye, The Spread of Writing: Every Year (szacunki faktycznych granic koloni w 1800)

Dlaczego bomba atomowa NIGDY nie zniszczy Warszawy? Fakty, które ośmieszą Rosję oraz zawiodą fanów Fallouta

Nie będzie nigdy atomowej zagłady, ani nigdy nie zostaną zbudowani „zabójcy miast”. Nie będzie kilometrów zburzonych budynków. Po prostu nie będzie, chyba że będą przez długi czas trwały tam regularne walki i będą stałe naloty dywanowe przez wiele tygodni. I to tylko pod warunkiem, że większość będzie miała do 5 pięter i będą z cegły, a nie z betonu oraz uderzenia będą zawsze bezpośrednie. Oczywiście w takim tempie szybko skończy się amunicja i na kolejne miasta już nie starczy. Wysadzenie bomby atomowej w Warszawie, w roku 1944 przed Powstaniem, na pewno zawiodło by Hitlera. Dzisiaj też nie mamy się czego obawiać. Czemu powody są proste i opierają się na podstawowych prawach fizyki. Obalają tezy, które są oparte głównie na propagandzie Sowieckiej, oraz dziełach kultury typu Fallout.

Teza tworzona przez lata Zimnej Wojny, oraz podsycana przez Fallouta, Metro oraz Stalker: Cień Czarnobyla sprawdzała się jako obiekt fabularny dla powieści grozy i akcji, ale nie za bardzo ma zastosowanie w rzeczywistości. Nie będzie powtórki, ani z Hiroshimy 1945, ani z Warszawy 1944. Powodów jest wiele.

Powód 1 – ogólna teoria względności

Little Boy w porównaniu do Hiroshimy, na tle wieżowców i kamienic Centralparku 1:1 wygląda po prostu śmiesznie

Zdajmy sobie najpierw sprawę z tego, że to nie grzyb atomowy w Hiroshimie był taki duży, a to domy w mieście były takie małe, do tego duża ilość skrzyżowań robiła błędną iluzję, że jest ich więcej. Większość z nich miała jedno, góra dwa piętra wysokości, do tego gdy nie było miejsca, budynki budowano pod kątek 90 stopni do budynków sąsiednich, więc z lotu ptaka wydaje nam się że jest większa ilość budynków – i tak jest, bowiem budynki te były po prostu małe. Nie ma to jednak pozytywnego wpływu na ogólną ich masę i powierzchnię.

Jedna z głównych wysp Hiroshimy – zdjęcie wydaje się być zrobione w złej skali, ale jest prawdziwe. Porównanie budynków do średniej wysokości drzew, daje dobre rozeznanie do tego ile materiału tak naprawdę zniszczono – czyli znacznie mniej niż może się wydawać. Obszar, który wygląda na ogromny, znacznie maleje po dodaniu punktów odniesienia.

Tak więc Hiroshima przypominała trochę wschodnioeuropejskie ogródki działkowe. Jednopiętrowe budynki, zrobione z drewna, które były niewielkich rozmiarów. Oprócz tego trzeba też uwzględnić, że miasta jako takie były kiedyś mniejsze niż dzisiaj.

Obszar zniszczeń w Hiroszimie z 1945 na tle dzisiejszej Hiroshimy, nie imponuje już tak bardzo, aby nie powiedzieć że nie imponuje w ogóle.

Jednak zabudowa była bardzo gęsta, więc najpewniej nawet ich rozmiar nie wystarczył by do takiego efektu jaki zastano po uderzeniu. Bowiem de facto to nie bomba atomowa zniszczyła zabudowę Hiroshimy, lecz to zabudowa była źródłem zniszczenia dla samej siebie. Jak?

Powód 2 – to nie bomba atomowa zniszczyła Hiroshimę.

Przede wszystkim należy uwzględnić fakt, że zniszczenia dokonane w Hiroshimie (jak i Nagasaki) nie był efektem fali uderzeniowej, lecz reakcji łańcuchowej. Miasto, które było zbudowane niemal w całości z drewna uległa po prostu pożarowi. Tak samo było z resztą, z niektórymi częściami Tokyo, które zostały zaatakowane największym w historii bombardowaniem. W skutek tego zginęło jednak tylko kilka procent populacji miasta (tak samo jak w Osace i Nagoji), a Aliantom bomby się po prostu skończyły, a przetargi na nowe zajęły by (jak to zawsze bywa) zapewne z 10 lat, a siłą nic by nie przyspieszyli.

Płonąca przybrzeżna dzielnic Tokyo – największe bombardowanie w historii, które jednak Japończyków w ogóle nie ruszyło.

Jedyny obszar, gdzie Alianci wygrali była Okinawa, (położona 1 000 km od właściwej Japonii), gdzie jednak straty w sprzęcie były miażdżące. Niewielka wyspa była tylko przedsmakiem, a kosztem pyrrusowgo zachowania swoich posiadłości w Azji- Oceanii (o czym UK, Francja czy Holandia mogły już tylko pomarzyć) – Hawajów, było stracenie przez USA około 500 000 żołnierzy co osłabiło nieporównywalnie ich potencjał, tym bardziej że wojsko USA nie było, aż tak liczne jak w późniejszych dekadach. Amerykanie mogli sobie pozwolić tylko na ataki na miasta najbliżej Okinawy, a takim była Hiroshima, bardzo mocno wysunięta na południe i Nagasaki. Bomb już jednak nie było, jedyną opcją na jakiekolwiek bardziej udane ataki, było wykorzystanie broni jądrowej, aby rozpocząć reakcję łańcuchową pożarów. Hiroshima zamieszkiwana była przez kilkaset tysięcy osób, z czego aż 100 000 stanowili żołnierze (co w sumie było typowe wówczas dla Japonii). A de facto był to jeden z jedynych dostępnych celów.

Widok z lotu ptaka na wyspy w centrum Hiroszimy – wyglądająca na gigantyczną wioskę rybacką – przed bombardowaniem latem 1945 r. Proste domy z materiałów drewna/papieru ryżowego/słomy ryżowej odnawianych w regularnych odstępach czasu

Hiroshimę i Nagasaki nie zniszczyła energia bomby jądrowej, tylko energia syntezy węgla i tlenu pochodzącego z drewna i słomy ryżowej, budynków które uległy podpaleniu przez ciepło i ogień wybuchowej bomby. Nie użyto broni jądrowej, lecz chemicznej! Broń jądrowa była tylko katalizatorem całego procesu. Obecnie bardzo popularna jest teoria spiskowa, mówiąca o tym że wybuchy nuklearne nie istnieją, a wszystko to to tylko straszak stworzony przez Amerykanów przeciwko Japonii, a potem ZSRR. Nie należy się temu dziwić. W końcu kwestie dotyczące broni jądrowej są dość tajne i wsunie można powiedzieć, że pseudonaukowe. Bowiem nauka musi być ujawniana publicznie i w całości. Nie może zawierać elementów utajnionych. Dlatego też np. receptura Coca-Coli czy produkcja znaków wodnych na banknotów nie jest uznawana za naukę, a bardziej za zaawansowaną i powszechną, magiczną sztuczkę (pers. magus – ukryty). Z bronią jądrową jest tak, że niby jest ujawniane jak to działa, jednak na tylu dużo rzeczy jest tajnych, że powstaje wiele domysłów. Do tego lata propagandy utrudniły analizę. Zwrócono na to uwagę między innymi na blogu Proroctwa.com, gdzie dziwiono się rażącą wręcz nieskutecznością bomby w Hiroshimie przeciw budynkom nie-drewnianym. Wniosek był taki, że broń nuklearna to wymysł – czy to prawda? I tak i nie. O tym pod koniec.

Zasięg pożarów po wybuchu bomby w Hiroshimie i Nagasaki. Warto zauważyć, że bardzo nierówne są kształty. Nie przypominają okręgu. Do tego w Nagasaki promień zniszczeń jest nieporównywalnie mniejszy mimo, iż bomba miała zbliżoną siłę, a w wielu miejscach są dziwne przerwy w zniszczeniach. Wynika to z tego, że wszystko to było zależne od paliwa jakim było drewno, oraz sposobów jaki się roznosi. Do tego okolica miała nieco inną powierzchnię.

W bardzo bliskim zasięgu wybuchu znalazło się sporo budynków ceglanych. Piloci celowali w samo centrum miasta, gdzie znajdowały się jedyne konstrukcje zrobione z nie-drewna. Najlepszym przykładem tego jest bank, który choć został zniszczono w kilkudziesięciu procentach, nie zawalił się oraz budynki które znajdowały się kilkadziesiąt metrów od wybuchu, wytrzymały niczym bunkry. To budynki najbliższy od białej kropki na prawo. Gdy spojrzymy na następne zdjęcie zrozumiemy, co się stało potem.

Niewyraźne zdjęcie dobrze ukazuje, że budynki nie-drewniane się po prostu wybuchu nie imały. Budynki wzdłóż głównej ulicy dzielnie zniosły falę uderzeniową. Czy to nie dziwne, że przetrwały budynki najbliżej wybuchu? Nie dziwne, kiedy zwrócimy uwagę z jakiego był materiału. Do tego ochroniły one budynki, które były dalej na wschód, ale o tym potem.

O
Budynki najbliżej wybuchu.
Ocalałe konstrukcje w centrum miasta, oraz nieliczne pozostałe domy drewniane.
Pożar i jego zasięg. Widać też pociągi i Łodzie, które wydają się ignorować skutki wybuchu.
Ocalałe budynki. Miejsce, gdzie zatrzymał się pożar.
Kolejne miejsce blisko strefy zero, które wydaje się znosić wybuch i pożar niewzruszenie. To największy w Nagasaki kompleks zbudowany z innego materiału niż drewno.

Powód 3 – broń człowieka nadal nie dorównuje „broniom” natury.

Abstrahując do Japonii, kraj ten niewzruszenie odpowiadał na zarówno bombardowanie Hiroshimy jak i Nagasaki. Wszelkie głosowania na temat ewentualnego zakończenia walk zawsze były jednogłośne odrzucane przez Izbę Reprezentantów i Izbę Radnych. De facto jedynie Cesarz miał inne zdanie. Dla Japończyków wybuch bomby atomowej nie był imponujący biorąc pod uwagę to że Japonia przeżyła już gorsze – rzeczy i kataklizmy, trzęsienia ziemi, tsunami, tajfuny i wybuchy wulkanów, które co najmniej dorównywały temu co robiła bomba nuklearna.

Nagasaki po bombie nuklearnej i po trzęsieniu ziemi – te same miejsce.

Można nawet uznać, że robią one znacznie większe zniszczenia, biorąc pod uwagę, że są w stanie rzucać wielotonowymi kontenerami.

Powód 4 – pogromca bomb nuklearnych – III zasada dynamiki Newtona

Schemat odległościowy zaczynający się od 30 psi, lecz nie uwzględniający tego że samo zniszczenie budynku już go zmniejsza.

Tym co jest powszechnie stosowane przez niemal wszystkie media, zarówno Internet jak i telewizję to kwestia zasięgu fali uderzeniowej nie uwzględniająca w ogóle trzeciej zasady termodynamiki Newtona czyli Nietzh’owe „Gdy patrzysz w ciemność, ciemność patrzy również w ciebie” czyli po prostu „Akcja Reakcja”. Mało bowiem osób zdaje sobie sprawę z tego, że kiedy fala uderzeniowa uderza w budynek, to budynek uderza również w falę uderzeniową z taką samą siłą lecz w odwrotnym kierunku, który neguje część jej mocy. Co to oznacza? Walczą ze sobą dwie siły – siła spójności pomiędzy siecią atomową cegły czy betonu, a falą energii kinetyczno-sonicznej. Jeśli siła fali wygra, to budynek się zawala (także na skutek grawitacji), jednak fala zużywa do tego część samej siebie!

Wszelkie dane na temat zasięgu bomb atomowych zbierana patrząc jak bomba roznosi się na terenie niemal w ogóle nie zabudowanym, na pustyni albo tundrze. Miało to sens, bowiem ZSRR liczył na unieszkodliwienie pustynnych baz USA, a one same chciały zlikwidować bazy wojskowe Sowietów na Syberii. Na takich przestrzeniach fala mogła spokojnie rozchodzić się na kilometry. Oczywiście tym dalej tym by była słabsza, co wynika ze skutków niesienia jaj przez 1 zasadę dynamiki Newtona. Wszelkie symulacje spadnięcia bomby na Warszawę, Londyn, Nowy Jork, Poznań czy Białystok uwzględniają rozchodzenie się fali w taki sam sposób w jaki rozchodziła się na pustym terenie. Jest to oczywiście śmieszne i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Co prawda podczas testów broni jądrowej, ustawiano w jakichś odległościach domy i budynki testowe, ale przestrzenie pomiędzy nimi były bardzo duże. Nijak nie można tego porównywać do sytuacji, w której będziemy mieli do czynienia z kilometrami mniej lub zwartej zabudowy w dużym, co najmniej ceglanym mieście (podpaleń drewna oczywiście nie liczę). Tsar Bomba była nazywana „zabójcą miast” bo zasięg miał liczyć tyle kilometrów ile ma Londyn. Problem w tym, że Londyn to nie pustynia, tylko kilkadziesiąt km zwartej zabudowy z cegieł, szczególnie w centrum.

Spójrzmy chociażby na krater po Tscar Bombie koło piaszczystej ulicy. Skoro bomba ma mieć niezależnie od ilości przeszkód na dodrze ZAWSZE zasięg kuli fali uderzeniowej równej kilkadziesiąt kilometrów, to dlaczego krater nie ma tylu kilometrów? Fala najpotężniejszej bomba w historii o mocy 50 megaton, dała radę przebić raptem kilkanaście/kilkadziesiąt metrów gleby. Dalej jej siła została wyzerowana.

Co więc gdyby zrzucić bombę atomową np. w środek średniowiecznego zamku, albo carskiej fortecy? Albo chociaż grodu piastowskiego z grubym na 40 metrów murem ze scalonych kamieni, sklejonych i zasypanych ziemią? Czy wybuch wyszedł by na zewnątrz? Co więc w przypadku zabudowy, która sama w sobie jest barierą?

Co jeśli znajdzie przeszkody w poziomie? Pewne badania próbowali robić Amerykanie. Jeden z nich powiedział kiedyś, że Little Bot nie zniszczył by Waszyngtonu – „To Hollywood zniszczyło Waszyngton”. Krótko mówiąc – realia filmów, a realia realu nie zgadzają się w tym przypadku. W 2012 Wshington Post zrobiono symulację, która miała przewidzieć możliwość zdetonowania broni jądrowej przez terrorystów w centrum Waszyngtonu. Zniszczeniu miał ulec rejon tylko około 700 metrów od centrum wybuchu, dalej miały być już tylko rozbite szyby. To kilkakrotnie mniej niż w przypadku Hiroshimy, gdzie spadła taka sama bomba.

Co więc z bombami megatonowymi? Takimi, których fala w próżni ma po dziesięć kilometrów? 15 megaton Castle Bravo ma falę około 3 razy większą niż Little Boy (choć używa znacznie większej siły, bowiem fala rozchodzi się w 3 wymiarach, więc przelicznik jest bardzo niekorzystny dla atakującego, przez np. zużywanie energii w górę czy też faktu, iż tym dalej tym energia zużywa się szybciej na zasadzie podobnej do maszyn prostych). Więc 1500 m wystarczy do stłumienia wybuchu.

Co w przypadku najgorszego scenariusz czyli wybuchu Tsar Bomby? Ta bomba nie istnieje i nie dało się jej użyć inaczej niż stacjonarnie (czyli transportując 7 ton uranu), ale spróbujmy dmuchnąć na zimne. W tym przypadku jest ona około 5 razy silniejsza od Castle Bravo, ale jej zasięg jest tylko 5 razy większy od Tsar Bomby, gdyż do zwiększenia zasięgu o taki sam promień trzeba dużo więcej energii niż wynosi mnożnik samej siły, bowiem promień ma 1 wymiar, a wybuch – 3 wymiary. Tutaj wybuch ustał by według tej wersji po ponad 2000 metrach. Tyle z owego „zabójcy miast”. ZSRR chwalił się, że może zwiększyć moc do nawet 150 megaton (co zabiło by też ich ludzi), co w praktyce dało by zniszczenia w przypadku Waszyngtonu zapewne w jakichś 3000 metrach promienia, czyli 6000 m średnicy. A średnica Warszawy ma 40 000 m. Taka bomba to jednak już jednak tylko fantazje radzieckich naukowców.

Zasięg wybuchu w Waszyngtonie Little Boya (pomarańczowy), Castle Bravo (Czerwony), oraz Tsar Bomb (fioletowy) na mapie Hiroshimy i zasięgu zniszczeń z Littel Boya w Hiroshimie (ostatnia, czarna kreska).

To zasięg w przypadku Waszyngtonu to wielokrotnie mniej niż w przypadku zasięgu tych samych bomb, nadal jednak dane których użył Washigton Post nie uwzględniały 3 zasady termodynamiki, a nawet większa wytrzymałość surowców nie została w pełni uwzględniona. To tylko nieco bardziej go złagodziła. Przecież budynki w zasięgu kilkudziesięciu metrów w Hiroshimie nie dały się zburzyć, więc bomba taka musiała by być jeszcze bliżej (tak jak konwencjonalne rakiety i bomby). Symulacja to uwzględnia tylko i wyłącznie nowy materiał, albo po prostu (co jest bardziej prawdopodobne) fakt, że w nie było by reakcji łańcuchowej pożarów tak jak w Hiroshimie czy Nagasaki.

Tutaj z kolei możemy się posiłkować badaniami wysadzania bomby atomowej pod ziemią.

Project Cannikin polegał na detonacji bomby o aż 5 megatonach (połowa Castle Bravo). Wywołało to trzęsienie ziemi, ale nie dało w ogóle rady się przebić przez warstwę ziemi. Dziura, którą zostawiła w ziemi miała promień około dziesięciu promieni samej głowicy, czyli max. kilkanaście metrów.

To samo dotyczy eksplozji pod wodą w odległości 500 stóp od powierzchni, która dała radę wzbić część wody, nad powierzchnię ale nie na odległość taką, jaką mogła by osiągnąć fala w powietrzu, właściwie to nieporównywalnie mniejszą.

Na sam koniec dodam jeszcze jeden element, czyli wydarzenie z Chin. Wybuch w Chinach, gdzie wybuchł cały magazyn niebezpiecznych substancji. Wybuch był silniejszy niż Project Trinity – wybuch bomby atomowej o mocy dwóch littleboyów. Wybuch załamuje się na poziomie pierwszych przecznic i budynków do trzech pięter (z parterem włącznie).

Do tego swoistą zaporą są drzewa, bowiem jako ciało sprężyste (na dodatek włókniste), bierze całą energię nuklearną chwilowe odkształcanie, nie łamiąc się przy tym!

Co więc gdyby był rok 1939 i Hitler chciał by zrzucić na Warszawę Tsar Bombę, gdyby wtedy istniała, miał by ją i mógł ją zrzucić swobodnie? Biorąc pod uwagę, że kamienice miały do 10 pięter, oraz były bardzo gęste, robiąc swoisty mur, a bomba spadła by w Ogrodzie Saskim, które zamiast ogrodu był by kamienicami, sprawa cała sprawa wyglądała by mniej więcej tak.

Kamienice w najbliższe okolicy zawaliły by się, gdyż bomba ta była by znacznie silniejsza niż w przypadku Little Boya. Dalej siła była by zużywana, ale przechodziła by jakoś daje, ostatecznie załamała by się i tylko te fale, które nie miały przeszkód by zniszczył budynki dalej. Była by MASA dymu, ale niewiele ognia bo do zniszczenia pierwszych kilkudziesięciu kamienic zużyto by całą siłę. Ponad kilkaset kamienic w rejonie Placu Bankowego, Marszałkowskiej i Muranowa uległo by zniszczeniu do gruzów, ale dzięki temu ocalało by cała reszta – czyli kilkaset tysięcy kamienic na Śródmieściu, Ochocie i Woli. Pierwsze kamienice ocaliły by całą resztę, a co za tym idzie – także ludzi mieszkających w dalszych rejonach i sprzęt.

Jednak jak wiadomo Hitler nie potrzebował bomby atomowej, by dokonać w Warszawie rzeczy takich, a nawet znacznie gorszych. Wystarczył naloty dywanowe, miesiące walk i obozy zagłady. Zamiast jednak ufać symulacjom Google Maps, lepiej jest zrozumieć, że każda przeszkoda na drodze fali ją zużywa. I jeśli zniszczy się budynek pierwszy i drugi, to przy trzecim już może nie być siły. Nie da się jednocześnie zjeść cukierka i go mieć.

Powód 5 – żelbetonowa kurtyna

Marymont-Ruda na Bielanach, cześć dzielnicy Marymont Ruda- stanowi jedną z Warszawskim fortec nie do zdobycia.

Cegła to konstrukcja to nie jedyna kosntrukcja nie-palna i wytrzymalsza od drewna. Z czasem zaczęto bowiem korzystać z jeszcze innego, jeszcze wytrzymalszego materiału – betonu, potem mieszanego z żelazem, tak aby powstał zbrojbeton/żelbeton/zelbeton. Od lat 50 tych budownictwo wielkopłytowe stało się stylem narodowym Europy Wschodniej i Azji, a najszybszy jej rozwój przypadł na lata 70-te. Wielkie kompleksy przypominające fortece, od kilku do kilkudziesięciu pięter, wielka długość (do kilkuset metrów), okna idealne dla snajperów, niemal niezniszczalne struktury, zbudowane często w kole niczym mór, albo z dodatkowymi wieżowcami ponad owy „mur” przypominały wieże, do tego z licznymi schronami ukrytymi w środku. Czy była to tylko technika dla „housingu”? Cóż, to wersja oficjalna – a prawdy można po latach domyśleć się samemu.

Osiedle „Za Żelazną Bramą”. Czy nazwa nawiązująca do starej bramy w Ogrodzie Saskim była tylko krypotnimem?

Europa Wschodnia zaczynała przypominać średniowiecze, po raz pierwszy od dawna zainwestowano na taką skalę w defensywę. Pod tym względem Układ Warszawski miał nad NATO gigantyczną przewagę. Był to moment, kiedy technika budowlana przewyższyła znacznie technikę wojskową. Po raz pierwszy od czasów średniowiecza, ludzi więcej zainwestowali w obronę niż atak (choć w atak nadal inwestowano więcej niż Zachód). Technika budowlana przewyższyła militarną. Osiedla budowano w relatywnie bliskiej obecności ważnych wojskowych rejonów np. Tarchomin i Legionowo blisko Modlina i Zegrza. Targółwek i Gocław blisko Rembertowa. Ochotę i Mokotów blisko Okęcia, Jelonki blisko Bemowa itd.

Zelbetonowe osiedla z wielkiej płyty przebija nawet Manahttan i co minimum remisują z Honkgkongiem. Tutaj nic nie pomoże – nawet wszystkie głowice Rosji.

Sporo mówiło się na ten temat, propos bloków wielkiej płyty. Mówiono bowiem często, że nawet w przypadku bomby atomowej by przetrwały. Podobne symulacje okazały się pozytywne w przypadku spadnięcia głowicy jądrowej w centrum Warszawy, gdzie osiedle Za Żelazną Bramą miało pozostać nienaruszone. Rosjanie na tyle znali się na technice jądrowej, że jak byli w stanie zrobić najsilniejszą w historii głowicę, to tym bardziej byli w stanie zrobić coś co ten wybuch zatrzyma. Podczas testów, gdy jakiś betonowy budynek ulegał uszkodzeniu przy uderzeniu z bliska bronią jądrową, wówczas wprowadzano dodatkowe wzmocnienia, aż do momentu gdy stawał się niemal niezniszczalny. Taki standardy wprowadzano w fabrykach prefabrykatów w całym bloku komunistycznym. A to jeszcze nie koniec – bowiem większość tych bloków została potem wzmocniona ceglanymi warstwami! Nowe budynki dzisiaj mają i zelbeton i cegłę, ale są za to często większe w poziomie, więc hamują falę w inny sposób. W ostatnim czasie rosyjski politolog i spec do spraw bezpieczeństwa Paweł Luzin, odtajnił kilka ciekawych faktów, jako odpowiedź na

Jeśli to będzie atak na miasto, to teoretycznie tak, ale tak naprawdę tego nie wiemy. Hiroszima i Nagasaki były miastami z drewnianą zabudową. Dzisiaj świat mieszka w miastach betonowych i nikt nie wie, jak zadziała bomba atomowa w miejscu zalanym milionami ton betonu. […] Jeszcze kiedy były próby na poligonach w ZSRR, to badano skutki dla konstrukcji betonowych. Budowano betonowe konstrukcje imitujące fabrykę, bloki mieszkalne. Po wybuchu badano skalę zniszczeń. Jeśli były duże, to wychodzono z założenia, że należy wzmocnić konstrukcje [bloków w Europie Wschodniej] z betonu, dodać więcej zbrojenia. Więc nie należy się spodziewać, że taka bomba zniszczy miasto. […] Ostatnie próby atomowe na poligonie na świeżym powietrzu zostały przeprowadzone w 1963 roku. Potem zakazały ich umowy międzynarodowe. Za to od 1963 roku do końca lat 80. prowadzono próby podziemne. Znasz wtedy gęstość gruntu, jego właściwości. Bomba wybucha, a potem ludzie schodzą na dół, badają skutki. Na podstawie zebranych danych modelują, jakie będą skutki na przykład dla dużego miasta. Ale to są modele, a jakie zniszczenia mogłaby wywołać bomba atomowa o takiej lub innej mocy zrzucona na współczesne miasto, nikt nie wie. Łatwiej zakładać, jakie będą skutki psychologiczne – panika, demoralizacja. […] Najgorsze na pewno będą skutki psychologiczne.

Brudno na Targówku. Większość blokowisk zrobiono jaki labirynt wysokich budynków, wiele było zrobionych na planie koła, w które układały się budynki. Wszystko przemyślano taktycznie.

Najlepszym przykładem jest obrona Kijowa. Budynki bez problemu znosiły nawet bezpośrednie udeżenia rakietami, które przecież z bliska przebijały się dalej niż fale uderzeń jądrowych, gdyż epicentrum uderza tuż koło celu i jest sprzężone. Większość jest tylko osmolona z wybitymi szybami. Kilak bloków udało się zniszczyć w poprzez zawalenie jednej klatki, ale tylko jeśli chodzi o budynki wysokości około 7 pięter. Mówimy tutaj o kilku z kilkuset zaatakowanych budynkach, które przecież był bombardowane setkami, bądź tysiącami rakiet – niemal wszystkim co miała Rosja prócz wyrzutni Topol.

Powód 6 – rakieta z bombą musi najpierw trafić

Nie wystarczy mieć głowice i rakiety do ich wystrzeliwania – trzeba jeszcze trafić w cel. Samoloty mają najgorszej bo muszą dolecieć i nie dać się strącić, więc ZSRR i Rosja powierzyła swoje głowice głównie rakietom Topol, czyli Wojewoda (potem Sarmata), z których część jest wystrzeliwana na ruchomych wyrzutniach. Problem jest w tym, że rakiety te są tak duże, że łatwiej je strącić. Nieco lepiej jest z Iskanderami, ale również za mocno rzucają się w oczy i radary. Manewrujące Iskandery są kolei na tyle cienkie, że nie pomieszczą głowic takich jak Toczka/Iskander czy tym bardziej Topol. A lecenie po trajektorii prostej, jednocześnie naraża ich na ostrzał pocisków krótkiego zasięgi typu Wieloprowadnicowa Wyrzutnia Rakiet. PRL inwestował w pociski przeciwlotnicze i rakiety. Łuna, Vołochov, Buk, Kub, Krug, Grad, Vega, Newa i więcej.

Sytuacja z tarczą Antyrakietową Izreala pokazała, że można strącić ponad sto i pół rakiet, przepuszczająca tylko kilkanaście – i to małych, zaś wojna na Ukrainie udowodniła że można strącać na inny sposób, nawet rakiety manewrujące. Taka tarcza jest w Rumunii, a i również już w Polsce w postaci wyrzutni Patriot i rośnie w siłę.. Przez lata pojawiła się wyrzutnia Langusta, rakiety Piorun czy Jevelin. Do tego tarcza ma być połączone z takimi systemami jak Plitwica czy Poprad (kwestie „nieistniejącej OPL” to tylko chwyt clicbaitowy prasy), oraz przyszły Narew. Oraz zakup niewyobrażalnej wręcz (500 wyrzutni 300 km zdziwiło by nawet Adolfa Hitlera) ilości rakiet Homar. A są też inne rakiety i inne sposoby na zastrzelenie pocisku. Dotyczy to nie tylko Polski, ale też innych państw związanych z taką defensywą. A ogólne przesłanie jest takie, że głowicę łatwo strącić. I nie wybuchnie, bo nie jest to bomba zapalna. Musi dojść w idealnym momencie do wsunięcia się rdzenia w rurę z tego samego materiału uranowego/plutonowego, na sygnał wystrzeliwującego. Jeśli coś pójdzie nie tak to koniec z wybuchem. Do tego rakiety Topol przeładowują się nomen omen ruski rok, a ich ilość jest mniejsza niż ilość głowic. Trudno też wystrzelić kilka na raz. Tak samo z Iskanderami, których już jednak nie ma bo zużyły się podczas Wojny na Ukrainie. A jeśli jednak jakaś trafi – wówczas odsyłam do poprzednich punktów.

Konsekwencje

Na świecie jest obecnie około 15 000 głowic, o średniej mocy 80 kiloton. To generalnie nie jest coś co mogło by zagrozić unicestwieniem jakiegokolwiek kraju z dużymi miastami, i nawet w czasach zimnej wojny, kiedy głowic było 8 razy więcej nie doprowadziło by to nigdy do takich efektów, jakie spodziewali by się ludzie.

Skoro nie w ilość to może w moc? Co jeśli nie tylko powtórzy się plany Tsar bomby, ale będzie się nadal zwiększać moc bomby jądrowej? Aż do kilkuset megaton? Niestety (albo na szczęście) to praktycznie niemożliwe. Nie tylko biorąc pod uwagę, fakt wagi, ale też biorąc pod uwagę fakt, że do kolejnych wersji używa się nowych radioaktywnych metali. Najpierw uran, a potem pluton. Jednak dalsze metale superciężkie (np. Neptun) są tak niestabilne, że trudno utrzymać długo ich nawet małe ilości, albo występują w śladowych ilościach, tak jakby natura sama zabezpieczyła się przed człowiekiem, zanim się pojawił.

Jednak człowiek nie potrzebuje jednak głowic jądrowych, aby dokonać strasznych zniszczeć. Hitler udowodnił to w Warszawie czy obozach zagłady. ZSRR udowodnił to w Dreźnie. Nieszczęść w Syrii, Jemenie nie można porównać do Hiroshimy i Nagasaki. Uderzające bezpośrednio bomby, wybuchające skondensowaną siłą przy budynku, często mają większą moc na metr sześcienny niż fala nuklearna po X metrach rozrzedzenia się, a takich jest więcej. Do tego dochodzą ofiary na skutek bullet hellu oraz skutki głodu. Po co komu bomba atomowa, skoro są skuteczniejsze sposoby na sianie zniszczenia jak np. naloty dywanowe? To przykra prawda, ale na szczęście wojna na Ukrainie pokazała, że technika budowlana znacznie wyprzedziła technikę zniszczenia.

Czy więc teorie spiskowe o tym, że broń jądrowa nie istnieje są prawdziwe? Cóż, istnieje wybuch jądrowy jako reakcja, więc należało by uznać że tak. Ale jeśli uznać, że według nich (i nie tylko ich ale także wielu innych ludzi), definicją broni jądrowej jest bomba, która ma niszczyć jednym ciosem fali uderzeniowej całe miasto i może doprowadzić do wymarcia wszystkich ludzi, to mają rację – „broń atomowa” nie istnieje. Czyli Putin nie ma nas czym straszyć.

Co łączy „Barbaros” i koalicję antyhitlerowską?

4 września mógłby być unijnym świętem Wolnej Europy ale nie jest, bo wszystko wydarzyło się chyba zbyt dawno… 4 września 476 r. stało się coś co sprawiło, że mieszkańcy Europy mogli odetchnąć z ulgą. Coś co można porównać do Desantu w Normandii, albo Monte Cassino. Dlaczego? Bo gdyby nie to jedynym językiem w Europie była by łacina.

Słowo „Imperializm” oznacza taką ideologię, w której to dany kraj dąży do podporządkowania sobie innych narodów, grup, krajów, organizacji. Skąd jednak ta nazwa? Skąd wzięło się słowo Imperializm? Stalinizm, wziął się od Stalina, Nazizm ma korzenie w III Rzeszy, Markzizm od Karola Marksa… Imperializm to z kolei ideologia związana z postacią Imperatora, Cesarza Rzymskiego, czyli po prostu – Imperium Romanum. Określeniem „Imperializm” oznaczał, że jakiś kraj zachowuje się podobnie do Rzymu. Np. Hiszpania atakująca Meksyk czy Państwo Inków, albo Hitler napadający na całą Europę. Sytuacja związana z Hitlerem, zmusiła Europejczyków do zjednoczenia się przeciwko wspólnemu wrogowi – zwiększyło to integrację Europejską i przyczyniło się do stabilizacja różnych części Europy, dekady potem. Nie był to jednak pierwszy taki przypadek. Wydarzył się już wcześniej choć na mniejszą skalę.

Jakie było to wydarzenie? Koalicja przeciw Szwecji w czasach I Wojny Europejskiej? Nie, bo wojna nie była związana tylko ze Szwecją. Wojna z Napoleonem w czasie II Wojny Europejskiej? Nie, bo większość osób uważa że Napoleon miał rację i dążył do obalenia monarchii absolutnych, łamiących prawa człowieka (czyli Rewolucja Francuska itd.) Kiedy więc się to wydarzyło? Znacznie dawniej….

Zaczęło się niewinnie, od jednego miasta, które walczyło z innym. W ciągu 400 lat podbiło całą Italię. Skończyło się to tym, że powstała struktura bardzo silna jak na tamte czasy. Rzym nie poprzestał na wojnie w Italii i rozpoczął się podbój innych państw. Padli Berberowie (Maroka), Kartagińczycy (Libia), Iberowie (Hiszpania), Galowie (Francja), Belgowie, niektórzy Germanie (w tym Allemanowie) czy Brytowie. Ludy wschodu stawiły natomiast opór. Podbito Trację, Dalmację czy część Dacji jednak na rzece Dunaj obrona stawiła niemal niezniszczalną tarczę. Również Piktowie (czyli Szkoci) starali się przeciwdziałać Cesarstwu, atakując garnizony w Brytanii.

Cesarstwo Rzymskie narobiło sobie bardzo pokaźną listę wrogów, przez liczne zbrodnie wojenne – wojny napastnicze, niewolnictwo i marginalne traktowani innych ludzi niż mieszkańcy Italii. O ile ludzie z Zachodniego-Południa zostali pokonani, to ludzie z Wschodniej-Północy mieli odrębne geny, sposób działania, kulturę i technologię, która okazała się dla Cesarstwa Rzymskiego kamieniem na kosę.

W końcu miarka się przebrała i najwyraźniej mieszkańcy wschodu powiedzieli sobie, że jeśli nie wspomogą podbitych ludów, zarówno ludy pobite jak i (jeszcze) wolna Europa mogą źle skończyć. Tak zaczęło się pierwsze w historii Europy „Responsible for Protect” na skalę międzynarodową. Brzmi współcześnie, ale przecież wojna nigdy się nie zmienia. Albo Wschód, albo Rzym. Albo Imperializm, albo wolność. Było to wprawdzie obrona konieczna zbiorowa, ale też przede wszystkim, wojna prewencyjna i nieprawdopodobny kontratak. Po prostu w pewnym momencie Rzym przekroczył pewną granicę i reakcja mogła być tylko jedna.

Gdzie to ustalono? Na jakimś wiecu, zgromadzeniu? Gdzie była „Rzymska Konferencja Teherańska”? Nie wiadomo, bo źródeł nie ma. Opisy odnośnie przyczyn tych wojen są niejasne, ale analizując sytuację, nie mamy wątpliwości że jednak było tak jak powyżej.

Około 375 roku na tereny Pannoni, przybyli stepowi Hunowie i utworzyli tam swoje państwo, później zwane Kaganatem Awarów, a współcześnie – Węgrami (Hungaria). W wyniku mieszania się rdzennego społeczeństwa Pannoni z Hunami, powstał specyficzny naród, określający się mianem Magyar. Hunowie nie wahali się walczyć z Cesarstwem Rzymskim i wypędzać kolejne oddziały z Pannoni. Taka sytuacja sprawiła, że wiele ludów zyskało na odwadze, widząc podejście Hunów co najpewniej zwiększyło ilość społeczności, które chciały znacznie gwałtowniej przeciwstawić się Rzymowi.

Goci już od III wieku przygotowywali się do wojny z Rzymem. Zaczęło się od potężnych kontentengenów stacjonujących w okolicach Dunaju. Kontegeny podzieliły się na dwie, liczbę grupy – Wizygotów i Ostrogotów. 378 roku Ostrogoci uderzyli na Bułgarię tocząc walki pod Andrianopolem.

Duże problemy związane z zażądaniem tak dużym państwem, sprawiły 395 podzielono Cesarstwo na dwa. Wrogowie Rzymu tylko na to czekali. Jednocześnie trwała bowiem ofensywa Ostrogotów na Grecję i Ateny.

W 400 roku n.e. Burgundowie zamieszkujący tereny dzisiejszej Polski przeprowadzili błyskawiczne uderzenie na Wormację. W międzyczasie to samo zrobili Wandalowie, którzy zaczęli wraz z Burgundami porwać wypędzić Rzymian spod rzeki Ren, cofając ich wgłęb Galii. Wspomogli ich, także Alanowie ze terenów Ukrainy. Tak samo jak w przypadku Kwadów.

W 401 siły Ostrogotów przedarły się przez Bałkany i wyzwoliły Dalmację, a W 406 roku Burgundowie wyzwolili istotny fragment Galii, które od tego czasy zwany jest Burgundią. W 410 roku siły Ostrogonów uderzyły na północne Włochy i miast oRzym.

W 411 roku Swebowie zdobyli Galicję w Hiszpanii. Tereny na południe do niej zostały zajęte przez Alanów, w międzyczasie Wandalowie po udanym przepędzeniu Rzymian z większości terenów Galii, prowadziły kompanię na południu Hiszpanii. Wizygoci z kolei działali na wschodzie Półwyspu Iberyjskiego. W 413 padła Narbona, a w 415 uderzyli na Kartagenę. W 418 Kartagena. pada pod naporem Wandalów, zaś w 418 Wizygoci zakończyli operację w Hiszpanii środkowej. Powstały tam różnorodne strefy okupacyjne.

425 rok to zwycięstwo Wandalów na wyspach, na wschód od Hiszpanii, 430 rok to już tylko prosta droga przez Maroko i Tunezję. W 439 roku rozpoczęło się zdobywanie Kartaginy. W 456 roku uderzono na Leptis Magna, a następnie wyzwalając dzisiejszą Algerie i Libię.

Straty jakie ponieśli Rzymianie w Galii, utrudniły działania na morzu. Wówczas to Anglowie, Sasi i Jutowie z Danii przeprowadzili szturm siłami morskimi. w 450 roku doszło do desantu w Bretanii, która szybko uległą deromanizacji dokonanej przez wojska Wikingów. Z tego powodu, rejon ten nazywano potem Anglią. W 455 roku Frankowie z dzisiejszej Holandii przyłączyli się do wojny w Galii, kończąc ją na niekorzyść Rzymu. Z tego powodu rejon ten jest dziś nazywany Francją, choć Galowie stanowią zdecydowaną większość jego ancesorów. W tym samym roku Ostrogoci wyzwolili Noryncję.

W tym samym roku doszło do desantu marynarki wojennej Wandali u boków Rzymu. Siły były miażdżące. Nie wąchały się niszczyć murów, wykorzystując ich słabe punkty, atakować ważne osoby polityczne i niszczyć pomniki Cesarzy. Rzym został spustoszony. Rok potem zdobyto Sardynię. W 457 roku z kolei dokończono ostatnią operację Wizygotów w Galii.

461 rok to zdobycie przez Wandalów Sycylii, a 467 to wdarcie się do Grecji. W 470 Ostrogoci wyzwolili dzisiejszą Serbię, oraz przepędzili Rzymian z północnej Bułgarii.

472 roku Burgundowie w porozumieniu z rzymską opozycją zdobyli Rzym, a jego władca został zabity, a wojska cesarskie w stolicy – doszczętnie wyniszczone. Zachowała się jednak nadal władza Cesarza.

476 wybuchły walki toczone przez Alanów i Skiriów przeciw Cesarzowi. Agent Kwadów obalił wówczas ostatniego Cesarza i odesłał koronę do Bizancjum.

480 roku trwały kolejne zwycięstwa Ostrogotów nad siłami Wschodniorzymskimi, szczególnie w Grecji czy Bułgarii, a do 493 zakończyły się ostatnie operacje Ostrogotów na Bałkanach.

Gdy Hunowie,

Odbiwszy się od stolicy 413 roku zdobyli Narbonę