
Jeśli miałbym wymienić największy błąd nauki, to byłoby to nagminne mylenie kolonizacji z asymilacją i używanie tylko jednej definicji narodowości oraz jej faworyzowanie. De facto istnieje co najmniej 7 różnych definicji narodowości, takie jak definicja antropologiczna, kulturoznawcza, historyczna, genetyczna czy polityczna.
W najprostszej wersji podziałów, można (według Prof. kulturoznastwa Anny Malewskiej Szałygin) wyróżnić dwa definicję narodu – liberalną, oraz konserwatywną. Liberalna głosi, że do narodu można dołączyć na jedno skinienie, gdyż zależy to od woli człowieka, która nie musi nieść ze sobą żadnych konsekwencji, jest po prostu pewną deklaracją. W taki sposób działają chociażby spisy powszechne i ustawowe mniejszości.
Druga definicja to definicja konserwatywna. Głosi ona, że aby być częścią narodu nie wystarczy tylko zadeklarować ją w spisie. Definicja konserwatywna bierze za wyznacznik najstarsze, znane korzenie i zakłada że wielomilionowe populacje wraz z pochodzeniem dziedziczą wiele cech narodowościowych, w tym takie elementy jak: rasa, mentalność, cechy psychologiczne, język, malarstwo ludowe, stroje ludowe, rzeźbiarstwo ludowe, ceramika ludowa, symbolika ludowa, heraldyka, wierzenia ludowe, pieśni ludowe, kuchnię narodową, architekturę, kulturę rolną, filozofię narodową czy technologię.
Definicje te są uważane za równe sobie, więc niedopuszczalne jest używanie tylko pierwszej do opisu narodu. Tym bardziej, że odniesienie narodowości tylko do deklaracji, jest sprzeczne z definicją narodu według UNESCO (która zakłada 5 czynników, a nie jeden).
Jeszcze bardziej błędne jest ocenianie narodowości tylko po języku, tak jak to się dzieje z np. Kresowiakami czy „Polakami” na Wołyniu. Bowiem spis powszechny w czasach międzywojnia nie pozwalał na deklarację narodowości, a jedynie języka. Nikt nie pytał np. Wołynian kim się czują. Wspomniana już wcześniej Prof. Szałygin wspomniała podczas wywiadu jaki z nią przeprowadziłem, iż mieszkańcy Galicji w międzywojniu deklarowali się zazwyczaj jako „Tutejszy” bądź „Cesarscy” (pozostałość po zaborze Austro-Węgierskim). Więc według definicji liberalnej trudno tutaj mówić o tym, że byli to Polacy czy Ukraińcy. Z kolei jeśli wziąć pod uwagę definicję konserwatywną, to wyjdzie na to że według definicji konserwatywnej Wołynianie czy Lwowianie byli jednak Ukraińcami, bo testy DNA (duża zawartość gen I2) wykazuje, że nie są to potomkowie polskich kolonistów, lecz zasymilowani Rusini, którzy mówili po polsku, ale folklor mieli ukraiński. W dzisiejszych czasach trudno oceniać to w ten sposób z powodu dyfuzji kultur, ale w czasach przedwojennych było to widoczne. To samo dotyczy ludności takich miast jak Rzeszów, Chełm, Sanok, Białystok czy regionu Bieszczad, gdyż to region, gdzie mieszka kilka milionów potomków Rusinów ze średniowiecza. Na Podlasiu asymilowano Białorusinów, zaś w okolicach Podkarpacia – Ukraińców. Najwcześniej asymilacji językowej poddawała się warstwa mieszczańska, stąd w Lwowie, Grodnie czy litewskim Wilnie (Polacy mają tam ten sam gen patrylinarny co Litwini czy „N”) najwięcej osób mówiło po Polsku, stąd zatracili oni pamięć o swoich pochodzeniu.

Warto dodać, że ludność ta jest klasyfikowana jako od początku wschodniosłowiańska, a nie zachodniosłowiańska.

Pierwsze znane granice Polski zawarł dokument dagome iudex z końca X wieku. Teorie o tym, że wcześniej Polska miała inny kształt można zarzucić, gdyż nie istnieją dokumenty, która potwierdziły by to, tym samym należy założyć że Polska była taka od początku jej powstania, czyli nie wiadomo właściwie od kiedy. Taki kraj stanowił związek powiązanych rodowo plemion, podobnie jak Ruś Kijowska więc państwo i naród było wówczas jeszcze ze sobą tożsamo. Wszystko zmieniło się jednak z czasem, gdy zaczęło dochodzić do asymilacji. Przez wiele wieków ludność terenów Księstwa Wołyńskiego, Wielkiego Księstwa Litewskiego i Księstwa Halickiego przechodziła na język polski, stąd zapomniała o swoim pochodzeniu.

Najbardziej logiczna wydaje się więc definicja konserwatywna, gdyż przypomina starą metodologię Tacyta. Owy kronikarz, gdy chciał zdefiniować czy jakiś naród należy do danej grupy, wówczas brał pod uwagę kilka czynników: język, stroje ludowe, cechy fizyczne, sposób mieszkania, sposób poruszania się (osiadłe vs. zmienne), czy tradycja ws. trybutu. W metodologii naukowej wiadomo jest, że tym więcej czynników się weźmie pod uwagę, tym bardziej reprezentatywny jest wynik. Tacyt sprawdzał więc 6 parametrów, a osoby z dwudziestolecia międzywojennego – tylko jeden. Mówili po Polsku – brano ich za Polaków. Nikt nie patrzył na np. na jego mentalność albo na folklor. To wręcz działania pseudonaukowe, bo jeden wyznacznik nigdy nie może być uznany za reprezentatywny.
Po pierwsze należy zaznaczyć, że naród nie jest organizacją, jednogłośną i jednomyślną. Naród nie ma zdolności prawnej, ani zdolności do czynności prawnej. Nie jest osobą prawną. Jest zbiorem osób fizycznych, zrzeszonych w różne, niezależne grupy (rodziny, organizacje, kluby, klasy itd.). Wiele osób o tym zapomina. I np. twierdzą, że w XIX wieku cały „Naród” był zrzeszony w jednym wspólnym celu – „Odzyskania Niepodległości” a Mickiewicz czy Sienkiewicz był ich wieszczem. Jest to oczywisty fałsz, bo w tym okresie 80% Polaków było niepiśmiennych, jak więc jak tutaj mówić o czytaniu Sienkiewicza? Dla przeciętnego Polaka, ważniejsze było to czy zdąży posypać dom solą Świętej Agaty, odpędzić błyskawice dymem z ziół czy też ochronić rodzinę przed Leszym z lasu, niż to jakiemu państwu będzie płacił podatki… Był to efekt działania w ludowej kulturze polskiej i nawet gdyby ludność ta zaczęło mówić np. po niemiecku to i tak zachowała by dawne tradycje wiejskie.
